Miłość kosztuje. W gabinetach weterynaryjnych wiedzą ile

Polska miłość do zwierząt domowych ma wymierną wartość ponad 2,5 mld zł, które co roku zostawiamy u weterynarzy. Mierzona w ten sposób temperatura tego uczucia rośnie ostatnio w zawrotnym tempie.
Czyta się kilka minut
Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"
Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"

Pies zdycha czy umiera? Czy wolno trzymać go na łańcuchu? A koty? Powinny wychodzić w mieście z mieszkania? No i co z fajerwerkami w sylwestra? To tylko kilka z najczęstszych pytań o miejsce zwierząt domowych w polskiej przestrzeni publicznej. W pełni uzasadnionych, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że nieco ponad 12 milionów gospodarstw domowych między Odrą a Bugiem jest dziś domem przeszło 14 milionów psów i kotów – nie licząc zwierząt gospodarskich oraz pomniejszej czworonożnej lub skrzydlatej menażerii.

Sporom, a nierzadko awanturom o prawa zwierząt i granice wolności ich opiekunów daleko do rozstrzygnięcia, choć wydaje się, że zwolennicy powrotu do czasów, w których bezkarnie topiło się w stawie małe kocięta, są od dawna na przegranych pozycjach. Trzy ostatnie dekady odcisnęły silne piętno na polskim stosunku do zwierząt domowych, które w powszechnym odbiorze przestały być żywym inwentarzem, a stały się towarzyszami życia. Kimś – bo nie czymś – o kogo dba się nie mniej niż o pozostałych członków rodziny i ratuje za wszelką cenę.

Właściciele 7273 polskich gabinetów i przychodni weterynaryjnych lubią to.

Weterynarz w cenie 830 złotych 

Cysia ma siedem lat, puszysty ogon i wstręt do podróży samochodem, nabyty pewnie jeszcze za kociaka. Zapakowana w transporterze do auta, najpierw zawodzi jak opętana, a potem moczy się ze strachu. Jej opiekunowie na czas wakacji wolą więc zostawiać ją u 71-letniej sąsiadki, Marzeny.

– W ostatnie wakacje, jak co roku, Cysia wylądowała u mnie w mieszkaniu. Ale tym razem coś mnie podkusiło, żeby zabrać ją na działkę – wspomina pani Marzena. – Kiedy wróciłyśmy do domu, zauważyłam, że kotka jest niespokojna. W końcu zaczęła wymiotować.

Diagnoza – zatrucie pokarmowe – przeraziła panią Marzenę mniej niż rachunek z gabinetu weterynaryjnego, do którego udała się po pomoc. – Dwie godziny, ze trzy zastrzyki, badanie USG, jakaś kroplówka i osiemset trzydzieści złotych do zapłaty. W portfelu miałam dwie stówy, byłam pewna, że tyle wystarczy. Na szczęście w domu zachomikowałam jeszcze kilkaset złotych na leki. Poszły na kota.

Pani Marzena początkowo nie zamierzała wtajemniczać opiekunów Cysi w tę ponurą historię, doszła jednak do wniosku, że musi o niej opowiedzieć dla dobra kota, który mógł mieć powikłania. Sąsiedzi nie mieli pretensji, usiłowali tylko zwrócić jej pieniądze. Konsekwentnie odmawiała, aż dali sobie spokój. 

– Obawiam się, że w tym roku już mnie o pomoc nie poproszą, a szkoda, bo kocham zwierzęta. Cała sprawa uświadomiła mi przy okazji, że kotek, który kiedyś był naturalnym towarzyszem, staje się powoli luksusem nie na kieszeń emeryta – wzrusza ramionami pani Marzena.

Jacek Łukaszewicz, sekretarz Krajowej Rady Lekarsko-Weterynaryjnej: – Usługi weterynaryjne drożeją, właściciele gabinetów też ponoszą coraz wyższe koszty prowadzenia działalności. Nie znam niestety badań ani danych, które pokazywałyby dynamikę wzrostu cen w naszej branży, ale jest ona adekwatna do wzrostu kosztów utrzymania gabinetów i kosztów wprowadzania w nich nowoczesnych procedur diagnostycznych i terapeutycznych. Każdy przypadek wymaga odrębnego podejścia, różnych leków i innych zabiegów. 

Ceny badań weterynaryjnych: inflacja razy dziesięć 

To, co Krajowa Rada Lekarsko-Weterynaryjna uważa za niewykonalne, już drugi rok z rzędu publikuje na swoich stronach serwis PetHelp. Dane zebrane z 16 województw uporządkowano tu wedle najpopularniejszych zabiegów i badań.

W styczniu br. cena za prześwietlenie zwierzęcia wahała się od 190-200 zł (Opolskie) do 230-260 zł (Pomorskie). Rok wcześniej – od 165-190 zł (Mazowieckie) do 200-220 zł (Zachodniopomorskie). Najwyższa cena za rentgen poszła więc w górę w ciągu 12 miesięcy aż o 18 proc. Najniższa – o ponad 15 proc. 

W 2024 r. w 12 z 16 województw można było zlecić kompleksowe badania krwi za mniej niż 100 zł. Rok później – już tylko w czterech, za to najwyższa cena za taką usługę wzrosła ze 120 do aż 160 zł, czyli o jedną trzecią. Średnio o 10-12 proc. podrożały usługi profilaktyczne, takie jak odrobaczanie czy szczepienia. 

Ceny zabiegu kastracji w przypadku psów małych ras urosły symbolicznie, za to w całym kraju dało się zauważyć ostrą podwyżkę cen sterylizacji kotek. W 2024 r. można to było zlecić jeszcze za 300 zł. Rok później stawki zaczynały się już od 400 zł. 

W całym 2024 r. tempo wzrostu cen wyniosło 3,6 proc. Właściciele niektórych gabinetów weterynaryjnych pomnożyli więc wskaźnik średniorocznej inflacji razy dziesięć.

– Nie jestem tym zaskoczona – mówi Zula Przybylińska, behawiorystka zwierzęca z ponad 20-letnim stażem, od kilku lat mieszkająca pod Krakowem z ośmioma psami i koniem uratowanym z rzeźni. – W dużych miastach obserwujemy od pewnego czasu konsolidację tego rynku. Zagraniczni inwestorzy otwierają własne placówki i skupują istniejące gabinety, włączając je do swoich sieci. W ten sposób ujednoliceniu ulega także oferta cenowa. Niestety, w górę.

Centrale, jak mówi Przybylińska, coraz częściej narzucają lekarzom całe pakiety zabiegów i badań, które mają wykonać bez względu na to, czy uzasadnia to stan zdrowia zwierzęcia.

– Efekt bywa czasem komiczny. Pies, który na oczach opiekuna zjadł skarpetę, trafia na badania krwi, zamiast od razu na USG. Nie ma znaczenia, że zwierzę nie będzie nawet usypiane, więc nie ma potrzeby badać mu krwi. Większość klientów nie kwestionuje takich zaleceń, nie zdając sobie sprawy, że ich głównym uzasadnieniem nie są przesłanki medyczne, ale rachunek ekonomiczny lecznicy.

Dodatkowe koszty w gabinetach weterynaryjnych

Mirosław kategorycznie prosi o niepodawanie nazwiska ani nawet nazwy miasta, w którym od szesnastu lat prowadzi gabinet weterynaryjny. Środowisko jest, jak mówi, podzielone, ale jednoczy się, kiedy tylko ktoś występuje przeciwko jego interesom. A nazwanie po imieniu praktyk, które coraz częściej, choć – jak od razu zaznacza – nie na masową skalę, mają miejsce w lecznicach, z pewnością zostałoby odebrane jako atak na branżę.

– Podam przykład – odruchowo ścisza głos lekarz. – Powiedzmy, że przychodzi pan do mnie z dziesięcioletnim labradorem i już po matowej sierści widzę, że pies ma prawdopodobnie problemy z niedoczynnością tarczycy. Zebrany wywiad tylko takie podejrzenia uzasadnia, dlatego zlecam badanie krwi. Mogę wpisać do panelu dwa parametry, ale jeśli dopiszę trzy kolejne, rachunek za samą morfologię się podwoi. Z zawodowego punktu widzenia jestem kryty, bo psa w tym wieku zawsze lepiej przebadać w szerszym spektrum. Przychodzą wyniki i potwierdzają, że psa trzeba suplementować lewotyroksyną. Z tabel lekowych wynika, że zwierzę o takiej wadze i w tym wieku potrzebuje 500 mikrogramów na dobę. Ale mogę zapisać 300 i zlecić kontrolę. Wtedy za dwa tygodnie pan wróci, zapłaci znowu za wizytę i ponowne badanie krwi, które wykaże to, co wiedziałem od początku: że pies potrzebuje większej dawki. Nikt mi nie zarzuci błędu w sztuce, bo co do zasady lepiej zwiększać dozowanie leku. A że doświadczenie podpowiadało mi, że bez silniejszej dawki się nie obejdzie, i mogłem panu oszczędzić tych pięciu stów? To już pytanie o to, czy danemu weterynarzowi zależy na wierności zawodowemu etosowi.

Mirosław nie będzie nawet próbował odpowiedzieć na pytanie, czy w środowisku większość to „etosowcy”. Generalizacje, jak mówi, są zawsze krzywdzące. W jego okolicy praktykuje prócz niego jeszcze dwóch weterynarzy i o żadnym nie usłyszał na razie niczego, co mógłby nazwać złamaniem zasad etyki zawodowej.

– Jest koleżanka, która odmawia wyjazdów do gospodarstw rolnych. Oficjalnie dlatego, że praca ze zwierzętami gospodarskimi to ciężka fizyczna robota, a ona ma problemy z kręgosłupem. Podejrzewam, że kręgosłup może i dałby radę, a ona po prostu woli wygodniejszą pracę w gabinecie. Ale to już wybór pani doktor. Ja wiem jedno. Nigdy nie będę pracować w sieciowej klinice weterynaryjnej. Pacjenci są tam tylko pozycją w arkuszu kalkulacyjnym.

Specjalna etyka zawodowa lekarzy weterynarii

W rejestrze Krajowej Rady Lekarsko-Weterynaryjnej widnieje dziś 22 155 osób z prawem do wykonywania zawodu lekarza weterynarii. Przy 7273 czynnych gabinetach, poradniach i przychodniach weterynaryjnych prosta arytmetyka podpowiada, że czasy lekarzy-solistów, w pojedynkę obsługujących kilka wsi i miasteczek, odchodzą do przeszłości. 

Konsolidacja oznacza jednak nie tylko pracę w większych zespołach, ale także postępującą specjalizację. Oficjalnie weterynaria ma ich 19, usystematyzowanych jednak inaczej niż w przypadku medycyny ludzkiej. Są więc specjaliści od przeżuwaczy, chorób koni i drobiu, zwierząt futerkowych i ryb. Uczelnie szkolą specjalistów od rozrodu, radiologii, prewencji weterynaryjnej i higieny pasz, ale formalnie nie ma specjalistów w dziedzinie onkologii czy okulistyki. 

Tego typu szkolenia dopiero ruszają, a lekarze przedstawiający się jako specjaliści w danej dziedzinie dopuszczają się co najmniej semantycznego nadużycia, przedstawiając klientom doświadczenie zawodowe jako formalnie zweryfikowane umiejętności.

W działaniu gabinetów w Polsce jest sporo przestrzeni do podobnych nadinterpretacji. Zasady etyki zawodowej zakazują np. reklamowania usług weterynaryjnych, z czego większość właścicieli lecznic wywodzi prawo do niepublikowania cenników usług choćby w szczątkowej formie. Cenę za leczenie klient poznaje po zakończeniu terapii. Porównanie ofert gabinetów jest w tych warunkach niemożliwe. Niemożliwe – jak podkreśla dr Łukaszewicz – jest jednak również podjęcie leczenia bez postawienia diagnozy.

– Lekarz weterynarii nie może zlecić procedur medycznych, nie upewniwszy się wcześniej, że są one uzasadnione. Postawienie trafnej diagnozy ułatwiają z kolei badania. Kiedyś w narkozę wprowadzało się zwierzę bez sprawdzenia, czy to będzie dla niego bezpieczne, nie było możliwości technicznych przeprowadzenia takich badań. Teraz takie postępowanie mogłoby zostać uznane za błąd w sztuce. Przed zabiegiem w pełnym znieczuleniu mogę zlecić badania, które znacząco zwiększają szansę na szczęśliwe zakończenie terapii. Stosując nowoczesne metody lecznicze i diagnostyczne mogę uratować zwierzę, któremu dwadzieścia lat temu mogłem jedynie skrócić męki. Ale czy to źle? Czy można mieć pretensje do lekarza weterynarii, który chce wykorzystywać nowoczesne narzędzia diagnostyczne poprawiające skuteczność leczenia?

Pretensje – jak podkreśla sekretarz – coraz częściej dotyczą raczej procedur i badań, których lekarz nie zlecił.  

– Kiedy 40 lat temu zacząłem praktykować w tym zawodzie, w małej miejscowości pod Olsztynem, w której wówczas mieszkałem, nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby do weterynarza przyjść z psem lub kotem. Zajmowaliśmy się niemal wyłącznie końmi, bydłem i trzodą chlewną. Dziś nawet lekarz w małej wsi dzieli czas między pracę ze zwierzętami gospodarskimi a dyżurem w gabinecie, gdzie leczy pieski i kotki, czasem nawet chomiki i świnki morskie. Coraz częściej to pacjenci wymagają od lekarzy weterynarii dodatkowych badań i procedur leczniczych.   

Jako dowód Łukaszewicz podsyła dane o liczbie odwołań, które w drugiej instancji wpłynęły do Krajowego Sądu Lekarsko-Weterynaryjnego w sporach między weterynarzami a klientami. W latach 2017-2021 sąd rozpatrzył 46 takich spraw. W latach 2022-2024 ich liczba wzrosła już do 85. Jeszcze większą dynamikę widać w liczbie skarg do Krajowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, który w 2021 r. przyjął 85 zażaleń na pracę weterynarzy. W zeszłym roku trafiło do niego już 376 takich spraw.

– A przecież nagle wszyscy nie zaczęliśmy leczyć gorzej – tłumaczy rozmówca. – Wzrost liczby pozwów i skarg odzwierciedla raczej rosnące oczekiwania klientów.

Czy da się wyleczyć zwierzę za darmo? 

Na zakręcie, przez który przechodzi polska weterynaria, mógłby dziś znajdować się polski system opieki zdrowotnej, gdyby u progu lat 90. rządzący zdecydowali się na jego pełne urynkowienie. Domagał się tego m.in. Janusz Korwin-Mikke, powtarzając ulubiony argument, że na wizytę u weterynarza nikt nie czeka trzy miesiące, bo podażą takich usług rządzi rynek, nie minister. 

Ustawa o zawodzie lekarza weterynarii z końcem 1990 r. zlikwidowała publiczną służbę weterynaryjną. Koszty leczenia zwierząt w całości zrzucono na ich opiekunów. Lekarze poszli na swoje, w większości ponosząc także z własnej kieszeni bardzo wysokie koszty szkoleń i wyposażenia gabinetów. Pustkę po polityce weterynaryjnej państwa zajął rynek, na którym rosnący popyt na usługi spotkał się ze spadkiem liczby gabinetów łączonych w procesie konsolidacji. Tylko w latach 2020-2022 w Polsce – jak wynika z najnowszego raportu federacji FEDIAF zrzeszającej europejskich producentów żywności dla zwierząt – populacja psów wzrosła aż o 259 tysięcy. W tym samym czasie zniknęło około trzystu lecznic.

– Biorąc do domu psa czy kota, powinniśmy mieć pełną świadomością łączących się z tym obowiązków. W Polsce nie ma obowiązku posiadania zwierząt – podkreśla dr Łukaszewicz. – Prawo nie nakazuje też jeździć samochodem, dlatego nikt nie domaga się, aby usługi mechaników w podstawowym wymiarze były bezpłatne lub finansowane ze środków publicznych. Zapewniam jednak, że wielu lekarzy weterynarii nie odmówi podstawowej pomocy, jeśli ktoś zgłosi się do nich z bezpańskim zwierzęciem w stanie zagrażającym jego życiu. 

Telefonuję do znanej całodobowej krakowskiej kliniki weterynaryjnej. Recepcjonistka nie wysłuchuje nawet do końca opowieści o bezpańskim kocie, rzekomo potrąconym przez auto opodal mojego domu. Mogę z nim oczywiście przyjechać, ale – zaznacza – koszty leczenia poniosę w całości.

Próbuję w czterech innych miejscach. Z podobnym skutkiem. Tylko jeden pytany o ceny lekarz odpowiada, że policzy jedynie za leki i zużyte materiały. – Zapraszam, choć nie wiem, czy pomogę. Przy potrąceniu potrzebny będzie rentgen, którego nie mam – zastrzega. Po godzinie oddzwania z pytaniem, kiedy będziemy. Aby nie wyjść z konwencji, odpowiadam, że kotek niestety zmarł.

– Rozumiem – wzdycha doktor. – Może to i dla niego lepiej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wszystkie zwierzęta drogie i tanie