„Magiczna rana”: Dorota Masłowska od kuchni

Dorota Masłowska jest naszym najwrażliwszym pisarskim medium. Dziś pokazuje, że wcale nie potrzebujemy innych, by zrobić sobie z życia piekło. Wystarczy lustro albo smartfon. W samotności stajemy się dla samych siebie najgorszymi oprawcami.
Czyta się kilka minut
Dorota Masłowska, 2024 r. // Fot. Szymon Rogiński / Materiały prasowe Wydawnictwa Karakter
Dorota Masłowska, 2024 r. // Fot. Szymon Rogiński / Materiały prasowe Wydawnictwa Karakter

Kiedy niedługo po premierze „Wojny polsko-ruskiej" (2002) zaczynałem studia na warszawskiej polonistyce, wszyscy marzyliśmy o tym, żeby być drugą Masłowską. Co było oczywiście niemożliwe, bo Dorota Masłowska jest tylko jedna.

I to podwójnie. Po pierwsze, jest jedna we wszystkich swoich artystycznych wcieleniach. W przeciwieństwie na przykład do takiego Edwarda Redlińskiego, którego proza zmieniała się nie do poznania z powieści na powieść, czyniąc z autora „Konopielki” fascynujący przykład literackiej osobowości mnogiej. Po drugie, Masłowska jest jedna, bo nie ukształtował się w polskiej literaturze nurt porównywalny np. z powieścią chłopską, w ramach którego wielu autorów tworzyłoby dzieła podobne formalnie i treściowo. Zdarzały się co najwyżej podróbki.

Ale „Magiczna rana”, wydana właśnie w Karakterze, to certyfikowany oryginał. Sto procent Masłowskiej w Masłowskiej.

Co jeść, gdzie bywać

Menu jest raczej proste. Mama umie gotować. Tyle że to, co ugotuje, jest zazwyczaj niezbyt dobre, więc całą rodziną zamawiają pizzę z Tricolori, choć wiedzą, że potem gluten „kiluje komórki ich ciał, rozwala żołądki, tarczyce i mózgi”. Zauroczona kochanka zamawia śniadanie w Hotelu Encore. Tosty okazują się „stare, podarte i mokrawe”. Zła wróżba, która szybko się spełni.

Zoldana – poetka-stypendystka w obcym, bogatym kraju – nie potrafi nic zjeść ani wypić jak należy. W ogóle wszystko robi nie tak: siedzi nie tak, niewłaściwie rozmawia, nawet śmieci porządnie posortować nie umie. Pływa też jakoś tak koślawo. Tyle z niej pożytku, że małego Armina, który miał pecha stać się świadkiem jej utonięcia, mama na pocieszenie zabierze do Burger Kinga.

Tymczasem ohydne tosty wracają. Zmęczony barman z dziwnym tatuażem najbardziej na świecie nienawidzi ich przygotowywać. To się źle składa, bo akurat pracuje w knajpie, gdzie nic innego do jedzenia nie ma. Więc do wyboru ma szykować tosty, albo rozpamiętywać kazirodczy związek, w jaki uwikłał się ze znacznie młodszą kuzynką.

W prawdziwym piekarniczym piekle znalazła się sprzedawczyni w modnej Chlebovni, nieustannie oceniana przez szefową, przez piszących opinie w internecie klientów, przez lepiej sytuowaną współlokatorkę, wreszcie przez psychiatrę, która po próbie samobójczej ma dla dziewczyny zaledwie kilkanaście minut i mało praktyczną radę.

Oto młody adept finansów i bankowości (chwilowo bez pracy, ale wciąż z kartą Multisport) – nareszcie ktoś, kto odżywia się jak należy. Tym bardziej jednak cierpi, patrząc na otaczające go „godzille przebrane za rekiny biznesu” bez umiaru pochłaniające drożdżówki

Klasowa winda mknie dalej do góry. „Ding” i wysiadamy na najwyższym piętrze apartamentowca, gdzie właśnie wprowadziła się ta znana aktorka, której nazwiska akurat zapomniałeś, i jej mąż – reżyser (reklam). Szykują housewarming party, czyli po naszemu – parapetówę. Będzie fondue i specjalny chleb do fondue kupiony oczywiście w Chlebovni. Będzie też kokaina i łzy.

I znowu tosty. Takie prawdziwe, z parówką, serem i ananasem z puszki, robiła mama bohaterki. Te, które wraz ze spotkaną na pogrzebie przyjaciółką zjedzą w knajpie, to tylko nędzna podróbka. Być może dlatego, że przygotowuje je facet z dziwnym tatuażem, który najbardziej na świecie nienawidzi robić tostów?

Kod kulinarny

Dorota Masłowska nie od dziś jest znaną miłośniczką tematyki spożywczej, uznaną autorką felietonów parakulinarnych, która – jak sama przyznaje – „w wolnym czasie również trochę je”. Ale kod kulinarny to tylko jeden z wielu możliwych wytrychów do „Magicznej rany”. Pewnie tak samo dobry, jak kilka innych motywów uporczywie powracających w dziesięciu krótkich opowiadaniach. Bohaterowie każdego z nich uprawiają seks (lub przynajmniej o nim fantazjują) i kłócą się; w kolejnych odsłonach przewija się temat mieszkań (lub ich braku), a także kwestia relacji międzypokoleniowych.

Ale trzymajmy się już tego jedzenia. Każda wzmianka o nim – od subtelnego „nie chce mi się dziś gotować”, przez leżący gdzieś w tle tom „Pełni życia bez glutenu” aż po rozbudowane opisy wege wesela – służy tu głębszemu celowi, jakim jest budowanie napięcia między „właściwym” i „niewłaściwym”; między „czuciem się u siebie” a „byciem nie u siebie”.

Jak słusznie zauważyli starożytni Grecy, samotnie jeść mogą tylko zwierzęta lub bogowie. Właściwe ludziom jest jedzenie wspólnotowe, rzec można nawet: ucztowanie. Jedzenie – nawet to wcinane po kryjomu, ze wstydem – jest zawsze tłem społecznego rytuału, który pozwala odróżnić swoich od obcych, dobro od zła.

Każda kultura, każda grupa społeczna, a nawet każda rodzina ma jakieś kulinarne tabu, co sprawia, że w gruncie rzeczy nadal żyjemy w tym samym ogrodzie, w którym sam Bóg przykazał Adamowi i Ewie, by nie ruszali pewnego typu owoców. Zawsze jest jakieś zakazane drzewo. Problem polega tylko na tym, że w świecie błyskawicznie zmieniających się norm, rozbuchanych aspiracji, globalnej popkultury i tygodni regionalnych w Lidlu strasznie trudno nadążyć za tym, jakie są aktualnie obowiązujące normy dobrego smaku, a za co można z hukiem wylecieć z Edenu.

Za pomocą opisów jedzenia Masłowska uchwytuje więc to samo, co Gombrowicz w „Operetce” przyszpilił opowiadając o modzie: „Ten szyfh mistyczny, niezhozumiały dla niewtajemniczonych, któhym wyższa sfeha izoluje się od sfehy niższej.” Klasa niższa nie daje się łatwo zepchnąć na margines – „hobi co może, żeby przyswoić sobie zahówno naszą modę, jak nasze maniehy, ale też dlatego ciągle trzeba wphowadzać innowacje, mylące thop”.

Piekło to inni

Bardzo imponuje mi sposób, w jaki Dorota Masłowska żongluje w „Magicznej ranie” punktami widzenia – zarówno pomiędzy opowiadaniami, jak i wewnątrz nich. Proste sceny zyskują dodatkowe warstwy emocji i znaczeń, gdy kolejno spoglądamy na nie oczyma różnych postaci. Spojrzenie dziecka, matki, pożądliwego kochanka, spojrzenia zranione i tęskne, pełne nadziei oraz te zupełnie nadziei pozbawione – każde z nich daje nam lekcję empatii. Najciekawiej robi się, gdy postaci patrzą wzajem na siebie. I gdy bohaterowie uświadamiają sobie, że ktoś patrzy na nich.

Bo zawsze ktoś patrzy. Ktoś nieustannie ocenia. Najlepiej widać to chyba w historii Zoldany – tej poetki-stypendystki, która przeżywa typowe migracyjne doświadczenie „bycia nie u siebie”. Zoldana stopniowo roztapia się w ogniu karcących spojrzeń lepiej lub gorzej studzonych fałszywą życzliwością i polityczną poprawnością. Traci starą formę, ale nowej nigdy nie zdąży zyskać. Nowy kraj nęci i zaprasza, „jednak gdy tylko zachęcona chciała rozpuścić włosy i ruszyć kłu­sem wśród jego powojów, rozbijała się boleśnie o coś twardego, kuloodpornego. Dzieliła ją od jego uroków i bogactw tak starannie umyta, że aż prawie niewidzialna zabezpieczająca szyba. Zoldana była tu zawsze na zewnątrz, nigdy w środku”.

To chyba dobra okazja, by zauważyć, że może i Masłowska za bardzo się nie zmienia, ale my, jej czytelnicy – owszem. Polska jest dziś w zupełnie innym miejscu niż dwie dekady temu, w czasach „Wojny polsko-ruskiej”. Dziś zaklinowani w ciasnym przekopie między wschodem a zachodem czasem jesteśmy Zoldaną, a czasem jej pochłoniętymi segregacją sąsiadami. Nasze spojrzenie raz kieruje się w górę, innym razem w dół, zawieszone gdzieś między pogardą a kompleksami. Jak uczy historia, jest to szczególnie niebezpieczna mieszanka.

Sartre twierdził wprawdzie, że piekło to inni, ale Masłowska pokazuje, że wcale nie potrzebujemy innych, by zrobić sobie z życia fanfik Dantego. Wystarczy lustro albo ekran smartfona.

W samotności stajemy się dla samych siebie najgorszymi oprawcami. Po przetłumaczeniu tego na kod kulinarny dostajemy na przykład obsesję zdrowego żywienia. Nieustające poczucie, że czające się wszędzie „węgle”, „gluteny” i „chemie” uczynią nas nieatrakcyjnymi, niemodnymi albo nawet i biednymi, jeśli tylko na chwilę stracimy czujność. Jak w „Białkoholikach” albo „Miksie Sałat” Taco Hemingwaya – zdrowe jedzenie stało się nowym nałogiem, nie mniej uzależniającym niż alkohol i kokaina.

Kolejni autorzy science fiction inspirowani „Czarnym lustrem” straszą nas, co będzie, jeśli obecny system się zawali i zastąpi go jakaś przerażająca dystopia oparta na stałej kontroli i przyznawaniu punktów. Masłowska przedstawia scenariusz dużo straszniejszy. Co będzie, jeśli obecny system będzie tak sobie po prostu trwał?

W „Magicznej ranie” widać, że dzięki technologii dystopijną przyszłość mamy już dziś. Już teraz niepewna egzystencja całej klasy ludzi zależy od tego, co napisze w internecie kapryśny klient, któremu uroiło się, że jest Magdą Gessler.

Jak ten pechowy barman od tostów. Tosty śnią mu się po nocach, odkąd jakiś facet napisał w opiniach Google, że „znalazł w swoim zapieczony kawałek paragonu”. „Przychodzisz do knajpy, to pij wódkę albo piwo i się baw” – doradza mu bohater, niestety tylko w myślach, bo jak tu namierzyć anonimowego kozaka z netu? – „gadaj ze znajomymi i ciesz się życiem, a nie zamawiaj gównotosty za dwadzieścia zeta i potem dziwuj się i lamentuj, że to nie był puszysty suflet z muśnięciem aerozolu truflowego”.

Hotel Encore

Bohaterowie Masłowskiej nadal nigdy nie „włączają” – zawsze „włanczają”. Język jej prozy pozostaje genialnie zepsuty: skontaminowany reklamą, zanieczyszczony popkulturą, ale też coraz bardziej zdegenerowany przez lenistwo i autouzupełnianie podpowiadające nam najgorsze banały. Bohaterowie Masłowskiej mówią mową cudzą. Przemawiają przez nich spece od marketingu i internetowi guru pop-psychologii, nawiedzają ich frazesy i powiedzonka, opętuje ich gniew Twittera, wścibstwo Facebooka, narcyzm Instagrama i w ogóle wszystkie Grzechy Główne XXI wieku.

Masłowska od dwóch dekad pozostaje najwrażliwszym medium na polskiej scenie literackiej. W „Magicznej ranie” snuje piękne opowieści o relacjach międzypokoleniowych i klasach społecznych oraz o sekretnych kodach, za pomocą których dzielimy się na lepszych i gorszych.

Świat „Magicznej rany” jest więc ten sam, co „Wojny polsko-ruskiej”. Tylko chyba jeszcze bardziej podzielony niewidzialnymi, kuloodpornymi szybami. Z jednej strony rozciąga się królestwo tanich słodyczy z promocji, wszystkiego po pięć złotych i bezwstydnych podróbek. Z drugiej – słoneczna kraina biojedzenia, segregacji odpadów i niepokalanych mebli na zamówienie. Te dwie rzeczywistości nie mogą bez siebie istnieć. Mają sens tylko zderzone.

Niebo naprawdę istnieje, tyle że nie jest dla nas. Można więc zgadywać, że pewnie istnieje też piekło. Być może jest nim Hotel Encore, w którym spotykają się bohaterowie „Magicznej rany”. Jest to (podobnie jak „Hotel Marmur” Taco Hemingwaya) taki Hotel California na miarę naszych polskich możliwości („You can check out any time you like / But you can never leave”). Trochę jeszcze w budowie, a trochę już w rozbiórce. Zawieszony gdzieś w zgliczowanej przestrzeni między naszymi marzeniami i kompleksami. Po jego wyleniałych wykładzinach błąkają się widma, jakich nie powstydziłby się ani Wyspiański, ani Stephen King.

Bo to trochę też jest hotel z horroru, hotel z książkowego i filmowego „Lśnienia”; pełen wszystkich tych pokoi, korytarzy i piwnic naszej indywidualnej i zbiorowej nieświadomości, gdzie wyparte sceny grozy czekają na okazję do powrotu. Jak tytułowa „magiczna rana”, która „nigdy się nie zarasta ani nie goi. Zaklęte w niej cierpienie ciągle się odnawia, pobudzając i przynosząc nieskończone korzyści. Może pani poprosić o co bądź, a to się spełni”. Może dziś to my wygramy w Eurojackpota?

Gwiazdki, dużo gwiazdek

Wydawnictwo reklamuje „Magiczną ranę” jako „trashową powieść”. Domyślam się, dlaczego. Jak opowiadał mi pewien wydawca podczas gali jednej z nagród literackich, których nie otrzymałem, opowiadania słabo się w Polsce sprzedają. Polski czytelnik nie lubi krótkiej formy. Mam nadzieję, że nie zapeszę, jak mimo to napiszę, że „Magiczna rana” to jednak jest najprawdziwszy tom opowiadań, wyciskający z tego gatunku literackiego wszystkie soki, w niczym nieustępujący chociażby nowemu zbiorowi George’a Saundersa.

Tyle że opowiadania Masłowskiej nie są oddzielne, a składają się w sprytną całość. Ścieżki jej bohaterów nieustannie się przecinają, nawet jeśli wszystkie  prowadzą donikąd. Czytając „Magiczną ranę” stopniowo odkrywamy, że kolejne historie – by użyć modnego słowa – osadzone są w jednym uniwersum. Być może w związku z ciągłością formy i treści, o której już pisałem, jest to uniwersum wykraczające nawet poza ramy tego tomu. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby w którymś momencie przez scenę przemknął dresiarz Silny, Kamil z „Innych ludzi” albo nawet sama Masłoska we własnej osobie, bo niby czemu nie?

A może wręcz jest to część większego multiwersum, do jakiego coraz częściej zapraszają nas ostatnio korporacje zarządzające prawami autorskimi do wielkich franczyz superbohaterskich – wiele przecinających się, równoległych światów współtworzonych przez różne osobowości mniej lub bardziej artystyczne. Bo, jak już kilka razy wspominałem, bardzo to wszystko przypomina na przykład Taco Hemingwaya z jego przełączaniem punktów widzenia z „Trójkąta Warszawskiego”, uchem do marek i dżingli oraz wyblakłymi fantazjami o egzotycznych wakacjach.

To nie jest ten typ recenzji, w którym się na koniec daje jakieś gwiazdki, a ja tylko udaję krytyka literackiego. Kto ma przeczytać – i tak przeczyta. A kto nie przeczyta – niech żałuje. Bo za obskurną fasadą „Magicznej rany” kryje się  „luksusowa rezydencja z loftami, z high­ ­endowymi butikami, restauracja z pięcioma gwiazdkami Michelina, showroom z winami, lądowisko dla helikopterów gwiazd”.

I nie ma co się dłużej rozpisywać, bo jak słusznie zauważył Taco Hemingway w utworze „Człowiek z dziurą zamiast krtani”: „Nie będę się produkował / Bo wszystko już opowiedziała Masłowska”.


PRZEPISY SIOSTRY DOROTY

Hamburger

„Jest to gówno preparowane, chemicznie wynaturzane, zmieniane ze swego składu na inny skład i smak. Jest to już kwestia specjalistyczna, technologie produkcyjne, procedury, precedensy. Jedno gówno idzie bardziej na te bułki, z drugiego robią mięso, z trzeciego cebulę, z czwartego, najgorszego rodzaju gówna, keczup i musztarda”.

(„Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”)

Pączki z dżemem

„on wykonuje kupowania wielu pączków gest z dżemem, bo również cukiernicze tu można zaspokoić fanaberie, kupuje o wiele za wiele niż może zjeść, o wiele za wiele, skąd pieniądze ma ten Piotruś na takie frykasy z dżemem za groszy dziewięćdziesiąt dziewięć, to jednego oiro ćwierć, w Niemczech można za to jedną zapałkę i odpowiadającą jej ilość draski mieć, a w Polsce można za to przeżyć cały dzień, tak korzystnie cenowo u nas jest”.

(„Paw królowej”)

Chleb

„On mówi, że jego stara

Chleba nie kupuje, tylko piecze sama

Kiedyś ciągle najebana, teraz uśmiech ma na twarzy

Chleb se wypieka, o śmierci już nie… marzy”

(Mister D. „Chleb”)

Sałatka z kapusty Kamili

„Składniki: garść rukoli, kilo suszonych pomidorów z indyjskimi rybkami huseli, kilka wymoczonych w burgundzie żurawin, żarwiasty pieprz. (...) Przygotowanie: rukoli, suszonych pomidorów, żurawin i żarwiastego pieprzu nie kupować, bo nie ma gdzie i też nie są do niczego potrzebne. Należy przebywać na wsi w porze letniej i przyjść do Kamili na grilla”.

(„Więcej niż możesz zjeść”)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 34/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Masłowska od kuchni