Rozkoszny: nieznajomi podchodzą i mówią „wiesz, ja nawet nie gotuję, ale oglądam twoje filmy i one poprawiają mi nastrój”

Jego gotowanie odzwierciedla ducha czasów: ma być lżej, szybciej, zielono i z biglem. A także blisko rodzinnego domu, który daje obietnicę schronienia i pieszczoty.

30.01.2024

Czyta się kilka minut

Rozkoszny, czyli Michał Korkosz, Warszawa, październik 2023 r. // Fot. Kuba Celej / materiały prasowe
Rozkoszny, czyli Michał Korkosz, Warszawa, październik 2023 r. // Fot. Kuba Celej / materiały prasowe

Spiesząc do modnej krakowskiej śniadaniowni – poza tym, że pertraktuję ze sobą, czy zamówimy coś na słodko, czy raczej wytrawnie – myślę o rozkosznie radosnym zdjęciu, które zrobimy sobie przy wspólnym posiłku. W końcu z tego właśnie znany jest Rozkoszny (Michał Korkosz) – na swoich kontach w mediach społecznościowych pozwala nam patrzeć, podczas gdy sam frywolnie oblizuje widelce i łyżki. Nie wstydzi się kapiących na podbródek sosów, klejącej się do policzków kruszonki ani resztek bitej śmietany na czubku nosa. Zamyka oczy, kosztując kremowe baskijskie serniki, sprężyste śląskie kluski albo maślane jagodzianki, które przed zjedzeniem prowokująco rozrywa na pół, farbując sobie dłonie ciemnym sokiem.

Nie ma wątpliwości – tu chodzi o namiętność. I to taką, na wybuch której rzadko pozwalamy sobie poza gronem najbliższych. Posiłek we dwoje jest przecież jedną z najintymniejszych codziennych czynności. A już wgryzanie się w duże soczyste owoce, degustacyjne mlaskanie nad kieliszkiem wina czy wyrażające aprobatę mruczenie przy ciepłej jeszcze szarlotce, nie mówiąc o grzebaniu paluchami w talerzach, w naszej szerokości geograficznej zarezerwowane jest raczej dla jadających samotnie, a najlepiej – w domu.

– Nie bez powodu legendarna amerykańska publicystka kulinarna Mary Frances Kennedy Fisher zaczęła swój „Alfabet smakosza” od litery „A jak alienacja” – uśmiecha się do mnie Michał, zaraz też przyznając, że swoje gofry z kozim serem i jajkami w koszulkach zdążył zjeść sam, przychodząc do kawiarni głodny już dwie godziny przed umówionym spotkaniem. Po wściekle zielonym sosie chimichurri na jego talerzu nie ma nawet śladu. Na pocieszenie zamawiam sobie dużą porcję ciasta marchewkowego z orzechami i kremem kokosowym. Rozkoszny rozgrzewa dłonie małym kubkiem herbaty.

B jak bajka…

…ponieważ jego historia – jak sam przyznaje – jest bajkowa.

Niespełna trzy miesiące po skończeniu rzeszowskiego liceum i niecały rok od opublikowania pierwszego przepisu na blogu Rozkoszny.pl Michał Korkosz zostaje laureatem międzynarodowych Saveur Blog Awards. To przyznawane dorocznie wyróżnienia dla blogerów kulinarnych, których ocenia się w kilku, często dość niszowych, dziedzinach. Podczas uroczystej gali w niewielkim, położonym nad Atlantykiem Charleston w Karolinie Południowej można otrzymać tytuł najlepszego instagramowego piekarza słodkości, zostać królem weekendowych uczt albo najciekawszym twórcą relacjonującym doświadczenia kulinarne z podróży.

Korkosz zostaje doceniony za fotografie – i to podwójnie, bo zdobywa zarówno głosy szacownego jury, jak i czytelników magazynu „Saveur”. Podróż do Stanów finansuje mu rodzinne miasto. Młody adept sztuki kulinarnej nawiązuje w Charleston ważne znajomości i kilka miesięcy później podpisuje z amerykańskim wydawcą kontrakt na książkę o nowej polskiej kuchni.

Premiera „Fresh from Poland: New Vegetarian Cooking from the Old Country” (polski tytuł: „Rozkoszne. Wegetariańska uczta z polskimi smakami”) przypada – dość pechowo – zaraz na początek pandemii. Notki o książce giną w szumie doniesień o kolejnych przypadkach zarażeń koronawirusem, przepełnionych szpitalach, zamykanych granicach, odwołanych lotach. Zresztą w tak trudnej sytuacji ogarniającego świat lęku o zdrowie i życie nie czas na kuchenne eksperymenty i kaprysy: ma być bezpiecznie i do syta, liczy się to, co oswojone i pewne. „Fresh from Poland…” poczeka kilka miesięcy na pierwsze ważne recenzje.

Gdy osiadamy w nowej rzeczywistości wymagającej własnoręcznego przygotowywania posiłków bez możliwości wychodzenia z domu, i to najlepiej takich, które sprawią, że w całym tym uziemieniu będziemy mogli poczuć, jakbyśmy podróżowali daleko po świecie, pojawia się o Rozkosznym notka w „The Washington Post”, a „San Francisco Chronicle” – tuż przed Bożym Narodzeniem – umieszcza „Fresh from Poland…” na liście dziesięciu najciekawszych książek kulinarnych roku. „To opowieść o smakach, na których się wychowałem” – przyznaje Korkosz w rozmowach z polskimi mediami, stając się naraz ich ulubieńcem.

Magazyn „Kukbuk” dopytuje go o najlepsze bazary (stołeczna Hala Mirowska), „Glamour” o niedoceniany składnik polskiej kuchni (olej rzepakowy), a „Vogue” o temat pracy magisterskiej (dyplomacja kulinarna). Baskijski sernik wedle jego przepisu zostaje ulubionym domowym wypiekiem tysięcy rodaków.

Polskojęzyczna edycja „Fresh from Poland…” ukazuje się jesienią 2020 r. Trzy lata później do księgarń trafia kolejna książka z przepisami Michała. Tym razem amerykańską i polską premierę „Polish’d: Modern Vegetarian Cooking from Global Poland” dzieli niewiele ponad miesiąc. Na spotkaniach autorskich, od Podkarpacia po Wybrzeże, czekają na Korkosza tłumy czytelniczek i czytelników, a wejściówki na spotkania z autorem „Nowych Rozkosznych przepisów, które ekscytują” rozchodzą się jak gorące bułeczki z kruszonką z palonego masła. Tylko w tym sezonie z księgarń znika 85 tys. egzemplarzy książki Rozkosznego, przy czym w Polsce „wystarczy” sprzedać osiem razy mniej, by zyskać miano autora bestselleru.

Promocja książki „Nowe Rozkoszne” Michała Korkosza – spotkanie z czytelnikami w Muzeum Narodowym w Warszawie, listopad 2023 r. // Fot. archiwum prywatne

S jak styl…

…czyli to, co nas wyróżnia: od skrajności do przyjemności.

Zajrzyjmy do środka. „Nowe Rozkoszne…” otwiera sen o nabrzmiałych mięsistych pomidorach, którym towarzyszą bliskie rozpadu maliny i wędzony twaróg. Przepis na odę do słodkiego bawolego serca znajdujemy tu niedaleko sałatki z grillowanych moreli, parowanych porów z kwaśną śmietaną i gniecionych własnoręcznie ogórków z sosem z orzechów włoskich. To – jak pisze we wstępie autor – propozycja nowego polskiego stylu. Stylu, który za naszym kulinarnym felietonistą Pawłem Bravo określiłabym jako wyrażający „naglącą potrzebę przeżywania chwili”, rozmazująca się bowiem w palcach malina (albo jagoda, morela, pomidor – niepotrzebne skreślić) to nie jest owoc, który można schować do lodówki. To jest styl „teraz albo nigdy”.

Gotowanie – ale też pieczenie, konfitowanie, infuzowanie i fermentowanie – ma odzwierciedlać ducha naszych czasów: jest lżej, szybciej, zielono i z biglem. Ale niekoniecznie daleko od rodzinnego domu, który daje obietnicę schronienia i pieszczoty.

– Wydaje mi się, że jesteśmy w momencie, w którym świadomie poszukujemy swojej tożsamości, nawet nie w najbliższej okolicy czy regionie, ale po prostu w świecie. Zastanawiamy się, gdzie jest nasze miejsce – wyjaśnia Michał. – Jeśli jadąc do Paryża, Madrytu czy Nowego Jorku, możemy usiąść w tej samej kawiarni, to co nas, tutaj, odróżnia?

Przyznajmy: przez wiele lat ciążyliśmy w naszej kuchni ku skrajnościom i ekstremom. Poza chłonięciem mód na diety o udowodnionym działaniu prozdrowotnym – jak nordycka, śródziemnomorska czy DASH – chętnie płynęliśmy także z prądem diet alternatywnych, tzw. fad diets, obiecujących szybkie chudnięcie i błyskawiczną poprawę nastroju. Swój czas oraz nieprzeliczone, zalewające księgarnie poradniki, miały tu dieta Atkinsa (ograniczająca węglowodany), Dukana (zalecająca wyłącznie mięso i nabiał) czy Kwaśniewskiego (im więcej tłuszczu, tym lepiej). Popularne były diety makrobiotyczne, wolumeryczne, rozpisywane wedle grup krwi, a nawet pory dnia (chronodieta). Przerobiliśmy też – a jakże – „oczyszczające” głodówki.

– Kiedy siedem lat temu zakładałem bloga, wszystko było „bez”: bez glutenu, bez nabiału, bez cukru i bez przyjemności – przypomina sobie Rozkoszny. – Liczyły się wyłącznie kalorie i składniki odżywcze. Sam eksperymentowałem wtedy z tzw. zdrowym gotowaniem, próbowałem przepisów na fit ciasta, którymi karmiłem bliskich, choć widziałem, że tak naprawdę im nie smakują. Potem z wypieków bezglutenowych wskoczyliśmy nagle, w czasie pandemii, w modę na pieczywo pszenne, jakby okazało się, że cudownie wyleczeni z celiakii, chcemy jeść wyłącznie chleb rzemieślniczy albo nawet piec go w domu.

Ten trend dominował skądinąd nie tylko w przepisach: – W czasie, kiedy zacząłem robić swoje zdjęcia, fotografie w wydawanych na świecie książkach kucharskich przypominały reprodukcje malarstwa holenderskiego: wyglądały jak martwe natury. Zapierały dech w piersiach, ale właściwie dawały sygnał „nie jedz, podziwiaj”. Ja robiłem zoom na jedzenie. Starałem się oddać charakter, smak i chrupkość potraw, pokazać ich ciepło.

Podczas przygotowywania pomidorowych specjałów w restauracji MOD, Warszawa, wrzesień 2023 r. // Fot. Jeremi Dziedzic / materiały prasowe

T jak trendy…

…czy rzeczywiście będziemy na śniadanie pałaszować tort przy pomocy kieliszków do szampana?

Rozkoszny – jako wielbiciel zarażającej frajdą z gotowania i jedzenia brytyjskiej dziennikarki oraz autorki programów kulinarnych Nigelli Lawson – szybko dostrzegł niebezpiecznie umykającą nam z kuchni przyjemność, a potem konsekwentnie szedł pod prąd trendom. W pewnym sensie także je wyprzedzając, bo wedle kulinarnych autorytetów i branżowych portali rok 2024 ma być tym, w którym zrezygnujemy z oszczędności i wyrzeczeń, nastawiając się na przyjemności jako rodzaj odreagowania wyjątkowo gęstego w złe wiadomości i silne napięcia okresu. Gdzie najprędzej znaleźć ulgę, a nawet odrobinę luksusu, jeśli nie na talerzu?

Kultura kulinarna nieustannie podlega coraz bardziej rozproszonym modom, których rotacji sprzyjają media społecznościowe. Ostatnio – jakby na inaugurację roku relaksu i odpoczynku – TikTok i Instagram zakręciły się od nagrań, na których rozrywano wielopiętrowe torty kieliszkami do szampana albo pito wodę z brokatem: wszystko to wyglądało co najmniej jak impreza na dworze nowej Marii Antoniny. Michał śmieje się i uspokaja, że to się u nas nie przyjmie: – Mamy wiele mikrotrendów w kulinariach, pojawiają się mody na konkretne dania albo restauracje i wtedy masz wrażenie, że wszyscy chodzą do tej samej knajpy albo w kółko pieką jedno ciasto.

Kiedy to mówi, przed naszą śniadaniownią mimo styczniowego mrozu ustawia się spora kolejka.

– To zasługa TikToka, bo publikowane na tej platformie filmy mają ogromne zasięgi, a jednocześnie promują profile bardzo wyspecjalizowane. Kiedyś ważniejsze były szersze zjawiska: inspirowaliśmy się kucharzem czy jego programem, a nie jednym konkretnym smakiem albo kolorem.

Gdy rozmawiamy o restrykcjach i zakazach, które zwykliśmy narzucać sobie jakby na przekór dostępności produktów spożywczych z całego świata – w końcu pastę gochujang albo kimchi (ambasadorów koreańskiej kuchni) znajdziemy dziś praktycznie w każdym większym osiedlowym sklepie – Michał przyznaje, że przez ostatnich kilka miesięcy spotkał wielu młodych ludzi, którym jego entuzjastyczne i pełne niekłamanej frajdy nastawienie do jedzenia pomogło wyjść nie tylko z kompulsywnego nawyku liczenia kalorii, ale też zaburzeń odżywiania.

– Dotąd myślałem jedynie o tym, by promować wegetariańską stronę polskiej kuchni, pokazywać smaczne, roślinne przepisy, bo tych nigdy dość. Dopiero pod koniec zeszłego roku, podczas spotkań z czytelniczkami i czytelnikami pomyślałem, że może faktycznie to uczenie przyjemności jedzenia powinno być jednym z ważniejszych celów. Ludzie często podchodzą do mnie i mówią: wiesz, ja nawet nie gotuję, ale oglądam twoje filmy i one poprawiają mi nastrój. Czy to nie wspaniałe, że robiąc rzecz, w której nie ma przecież żadnej wielkiej filozofii, bo ja po prostu gotuję i jem przed kamerą, mogę sprawić, że ludziom choć przez chwilę jest w życiu lepiej?

F jak fotografie…

…ponieważ zdarza mu się – głównie podczas podróży – portretować jedzących ludzi.

Skoro o filmach i kamerach: jeśli znacie i oglądacie Rozkosznego, na pewno zauważyliście, że najczęściej występuje w swoich nagraniach sam. „Nowe Rozkoszne…” to opowieść o kimś naprawdę zakochanym w życiu, ale to jest jednocześnie ktoś w gruncie rzeczy samotny, albo inaczej: często gotujący wyłącznie dla siebie. Znak czasów?

„Po kilku latach samotności nauczyłam się dbać o siebie, przynajmniej w sprawach stołu” – przyznawała M.F.K. Fisher we wspomnianym przez Michała eseju o alienacji. Ulubione powiedzenie Ernesta Hemingwaya „Nie poddawaj się na oczach ludzi” przerobiła na „Nie poddawaj się, kiedy jesteś sama”. Zmieniła swój rozkład dnia tak, by po drodze do pracy kupować na targu świeże warzywa i owoce. Zamiast wychodzić wieczorem do sklepu całodobowego po jedzenie w puszkach, zaopatrywała się po prostu w jajka, masło i dobre wino (skądinąd jej jajka w koszulkach na tostach z chleba na zakwasie polane zrumienionym masłem w towarzystwie czegoś zielonego to dziś przebój najmodniejszych śniadaniowni).

„Książka kucharska dla samotnych i zakochanych” muzykologa Tadeusza Żakieja wydana pod pseudonimem „Maria Lemnis i Henryk Vitry” ukazała się w Polsce pod koniec lat 60. Być może Żakiej znał już wówczas pochodzące z lat 40. eseje Fisher, która chyba jako pierwsza napisała, że najsilniejsze odczuwanie szczęścia przy stole zdarza się – paradoksalnie – „ludziom bardzo młodym, zakochanym albo samotnym”. Przy czym najtrudniej opisać właśnie, przyznawała publicystka, istotę posiłków spożywanych w samotności, tę specyficzną „tęsknotę szarpiącą trzewia”, a nawet „szczyptę trucizny”. Dlaczego? Bo to najbardziej ulotne ze wszystkich kulinarnych zdarzeń, złożone „w równych częściach z nostalgii i spokoju”. Z takich właśnie składników w dużej mierze składa się, jak sądzę, mój rozmówca.

– Zwykle, kiedy ludzie umawiają się w restauracji, jak my teraz, jedzenie schodzi na dalszy plan, jest tylko pretekstem spotkania. Nawet jeśli będzie to posiłek dwójki smakoszy, to oni nie będą rozprawiać wyłącznie o tym, co mają na talerzach. Z kolei kiedy człowiek siada do stolika sam – opowiada Rozkoszny – liczy się tylko to, co ma na talerzu. Zawsze fascynowało mnie, jak ludzie podchodzą do jedzenia, lubię obserwować emocje, które pojawiają się na ich twarzach. A także sposób jedzenia: czy pochłaniają wszystko w biegu, czy też niespiesznie smakują... Ale, hej, rozkoszuj się swoim ciastem!

Kiedy to mówi, zauważam, że spałaszowawszy połowę porcji ciasta marchewkowego, zupełnie nie pamiętam, jak smakowało. Chwilę spędzamy więc w ciszy.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Od 2018 r. związana z „Tygodnikiem Powszechnym”, dziennikarka i redaktorka Działu Kultury, wydawczyni strony TygodnikPowszechny.pl. W 2019 r. nominowana do nagrody Polskiej Izby Książki za najciekawszą prezentację książek i czytania w mediach drukowanych. Od… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Rozkoszuj się