Logan Roy nie miał hamulców? Po „Sukcesji” pora na „Mountainhead”

W serialu „Sukcesja” widzieliśmy, jak tradycyjne media, kierując się interesami i uprzedzeniami swoich właścicieli, są w stanie wpływać na świat. Film „Mountainhead” idzie znacznie dalej.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Mountainhead", USA 2024 r. // materiały prasowe MAX
Kadr z filmu „Mountainhead", USA 2024 r. // materiały prasowe MAX

W „Sukcesji” oglądaliśmy dzieci medialnego magnata, Logana Roya, bezskutecznie walczące o przejęcie sterów rodzinnego imperium. Rodzinny interes przejął ostatecznie szef platformy streamingowej, nowego medium zastępującego prasę i telewizję.

„Mountainhead”, dostępny na platformie HBO Max pełnometrażowy film twórcy serialu, Jessego Armstronga, pokazuje świat, którego nadejście zapowiadała „Sukcesja”. Taki, w którym lęki związane z wpływem wielkiego kapitału na debatę publiczną i demokratyczny proces symbolizuje już nie potentat w typie Ruperta Murdocha, zdolny obalać rządy przy pomocy prasowych nagłówków, ale technooligarcha kontrolujący algorytmy kształtujące obieg (dez)informacji w coraz bardziej zwirtualizowanej sferze publicznej.

Co jest prawdą w „Mountainhead”

Czwórka bohaterów gromadzi się na męski weekend w posiadłości jednego z nich. Położonej w Górach Skalistych, modernistycznej, wypełnionej najnowszą technologią rezydencji, równie dobrze mogącej służyć jako miejsce wypoczynku z dala od wielkomiejskiego zgiełku, jak i bunkier, w którym można schronić się w razie załamania się cywilizacji.

Ten moment w świecie „Mountainhead” jeszcze nie nadszedł, ale chyba zaczyna się zbliżać. Wszystko przez nową aplikację udostępnioną na platformie Traam, pozwalającą każdemu użytkownikowi generować obrazy wideo nieodróżnialne od prawdziwych. Można więc przedstawić znanego polityka, jak kopie na ulicy dziecko, albo atak rosyjskich wojsk na przesmyk suwalski. Nikt nie będzie w stanie poznać, czy ma do czynienia z prawdziwym nagraniem, czy treścią wygenerowaną przez AI.

Fake’owe wideo natychmiast zalewają Traam, prowadząc do aktów przemocy na całym globie. Na świecie jest wiele miejsc, gdzie nie trzeba wiele, by wywołać zamieszki – wystarczy pokazać muzułmanów dokonujących desakralizacji świętych miejsc hinduizmu (albo na odwrót), bądź czarnych rabujących białe amerykańskie przedmieście. 

Za zamieszkami idą nerwowe reakcje rynków i rządów, które zastanawiają się, czy problemu mediów społecznościowych zalewających świat fake newsami nie należy rozwiązać w twardy sposób, odcinając obywatelom dostęp do sprawiających największe problemy aplikacji.

Właściciel Traam, Venis, na wszelkie dyskusje o regulacji jego platformy reaguje oburzeniem. Powtarza, że jedyną receptą na problemy ze złym wykorzystaniem AI jest więcej dobrego wykorzystywania AI, a ludzie muszą się po prostu nauczyć żyć z nową technologią. Skonfrontowany z makabrycznymi obrazami napływającymi z całego świata nie potrafi jednak powiedzieć, które z nich są prawdziwe, a które zostały wygenerowane przez jego algorytm.

W „Sukcesji” widzieliśmy, jak tradycyjne media, kierując się interesami i uprzedzeniami właścicieli, są w stanie kreować rzeczywistość – np. zmusić urzędującego prezydenta do dymisji. Technologia z „Mountainhead” idzie znacznie dalej, jest w stanie podważyć poczucie rzeczywistości, a przynajmniej zasiać wątpliwość co do tego, czy jakakolwiek jej medialna reprezentacja jest prawdziwa.

Kto jest kim w filmie Armstronga

Jessego Armstronga bardziej niż rewolucyjna technologia interesują stojący za nią ludzie oraz ożywiające ich interesy, idee, kompleksy, przesądy. Dlatego w czterech bohaterach „Mountainhead” bez trudu rozpoznamy ślady prawdziwych postaci, miliarderów i liderów branży technologicznej.

Venis – najbogatszy człowiek świata z obsesją podboju kosmosu, zachowujący się w najlepszym wypadku jak przerośnięty nastolatek – budzi skojarzenia zarówno z Elonem Muskiem, jak i założycielem Facebooka Markiem Zuckerbergiem.

Pełniący funkcję mentora grupy Randall łączy w sobie cechy Petera Thiela, pierwszego inwestora w Facebooka, i Marca Andreessena, współtwórcy przeglądarki Netscape, dziś działającego jako inwestor w branży nowych technologii. Tak jak oni Randall postrzega się tyleż jako lider biznesu, co filozof z ambicjami przewodzenia ludzkości, współczesny Marek Aureliusz, kierujący – gdy nie oddaje się rozmyślaniom – nie Imperium Rzymskim, ale swoją firmą.

Skonfliktowany z Venisem Jeff – najrozsądniejszy z grupy i jako jedyny rozumiejący konieczność regulacji technologii – może kojarzyć się z liderami prac nad sztuczną inteligencją, przestrzegającymi przed niebezpieczeństwami związanymi z jej rozwojem, jak Dario Amodei czy Demis Hassabis. Wokół tej trójki kręci się jeszcze gospodarz spotkania Souper, warty „zaledwie” kilkaset milionów dolarów, wiecznie zdołowany tym, że w przeciwieństwie do mających więcej szczęścia kolegów nigdy nie stworzył „jednorożca”, prawdziwie globalnej aplikacji, zdolnej wynieść go do ligi miliarderów.

Co nie działa w technokracji

Armstrong doskonale odtwarza na ekranie specyficzny język tej grupy, łączący banał mów motywacyjnych, naiwny technooptymizm, wrogość wobec jakiejkolwiek rządowej ingerencji w branżę, wizje bliskiej przyszłości rodem z powieści science fiction, obiecujące podbój kosmosu, a nawet szczęśliwą przyszłość ludzkości funkcjonującej jako czysta świadomość w wirtualnych światach, obsesję na punkcie wysokiego IQ, wreszcie przedziwne eksperymenty myślowe typu „jeśli zabicie tej osoby przyspieszy technologiczną rewolucję, mogącą przynieść szczęście wielkiej ilości ludzi, to czy nieetyczne byłoby jej nie zabić?”. 

Język ten zakorzeniony jest przy tym w bardzo specyficznym światopoglądzie, tzw. mrocznym oświeceniu. Ten nurt współczesnej filozofii – reprezentowany przez takich myślicieli jak wspierany latami przez Thiela Curtis Yarvin – łączy fascynację radykalną, transformacyjną siłą nowych technologii, z otwartą wrogością wobec demokracji liberalnej, egalitaryzmu, redystrybucji, idei sprawiedliwości społecznej.

Mroczne oświecenie chce zastąpić demokrację współczesną formą monarchii, w której państwa kierowane byłyby podobnie jak firmy przez swoich CEO – a obywatele, jak konsumenci, głosowaliby nogami, wybierając najlepiej zarządzane wspólnoty polityczne. Uwolnione od gorsetu nadmiernych regulacji nauka i biznes dokonałyby technologicznego skoku pozwalającego nie tylko rozwiązać odwieczne problemy ludzkości, ale wręcz zmienić ludzką naturę, np. przekraczając wpisaną w nią śmiertelność. Przynajmniej dla elity posiadającej środki, by za to zapłacić, bo ciemne oświecenie niespecjalnie zainteresowane jest tym, jak postęp przekłada się na poprawę sytuacji mas.

Armstrong w doskonale napisanych, błyskotliwych scenach daje przegląd kluczowych idei ciemnego oświecenia, ukazując głęboko nihilistyczny, mizantropijny rdzeń ideologii przyjmowanej przez ludzi uważających się za współczesnych panów świata. Pokazuje, że ich ideologia to nietzscheanizm wyprany z jakiekolwiek głębi i autentycznie wywrotowej energii, przykrojony na potrzeby prezesa firmy szukającego głęboko brzmiących racjonalizacji swoich własnych klasowych interesów.

Życie szybsze niż film Armstronga

Film pokazuje też, jak bardzo ta filozofia i głoszący ją ludzie potrafią być groteskowi. Za wielkimi słowami i wizjami transformacji natury ludzkiej ostatecznie kryją się małostkowe motywacje: chęć podniesienia wartości własnych aktywów, personalne urazy, kryzys wieku średniego, rozbuchany narcyzm, odmowa zaakceptowania tego, że niezależnie od miliardów na koncie i stratosferycznego IQ podlega się tym samym ograniczeniom co inni ludzie. Arogancja miliarderów często okazuje się w filmie równa ich ignorancji i nieudolności, a fabuła zmienia się w ośmieszający wszystkich uczestników slapstick.

Film powstał błyskawicznie. Armstrong wpadł na pomysł w listopadzie, scenariusz pisał dwa albo trzy miesiące, całość sfilmował wiosną. Patrząc choćby na to, co od początku roku zaszło na linii Musk-Trump, trudno oprzeć się wrażeniu, że film ma problem z nadążaniem za rzeczywistością. Jednak choć życie wyprzedza sztukę, nowa produkcja Armstronga potwierdza, że jak mało który twórca telewizyjny potrafi uchwycić on ducha czasów, a zwłaszcza kształtujących go elit.  

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Duch naszych czasów