„September 5”: film o zamachu i zwierciadło dla dzisiejszych mediów. Jak się kiedyś robiło telewizję?

Jak tu transmitować olimpiadę, kiedy porywacze stawiają twarde ultimatum i kilkadziesiąt metrów dalej zaczynają padać strzały? „September 5” jest jednak nie tyle rekonstrukcją wydarzeń z olimpiady w Monachium w 1972 r., co sensacyjną opowieścią o dawnym dziennikarstwie.
w cyklu CO OBEJRZEĆ W WEEKEND
Czyta się kilka minut
Leonie Benesch w filmie „September 5”, reż. Tim Fehlbaum // materiały prasowe Canal +
Leonie Benesch w filmie „September 5”, reż. Tim Fehlbaum // materiały prasowe Canal +

W filmie Tima Fehlbauma prawie nie wychodzimy z telewizyjnej reżyserki. Historię uprowadzenia izraelskich sportowców przez palestyńskich bojowników znamy już dobrze z innych tytułów: z dokumentu „Jeden dzień we wrześniu” (1999) Kevina Macdonalda czy z „Monachium” (2005) Stevena Spielberga. Tym razem na całą sytuację patrzymy oczami dziennikarzy stacji ABC, którzy nagle z reporterów sportowych musieli zamienić się bez mała w korespondentów wojennych. Czyli podejmować błyskawiczne decyzje i rozwiązywać dylematy, przy których bledną wszelkie emocje związane ze sportem.

A tych w 1972 roku nie brakowało. Również z podtekstem politycznym – trwała wszak zimna wojna, dwudziesta zaś edycja Letnich Igrzysk Olimpijskich odbywała się w kraju, na którym kładł się cień Zagłady. Dlatego zawody, transmitowane przez Amerykanów na cały świat, na żywo i w kolorze, miały być wizytówką odrodzonych Niemiec, a przy okazji symbolem przyjaźni i światowego pokoju. Oraz triumfem nowoczesnych technologii telewizyjnych, jakkolwiek łezka w oku się kreci na widok tych wszystkich maszyn do pisania, krótkofalówek, taśm na szpulach i telefonów z tarczą obracaną palcem.

  • SEPTEMBER  5 – reż. Tim Fehlbaum. Prod. Niemcy 2024. Apple TV, Prime Video, Rakuten TV, Premiery CANAL+, Player, megogo

Tymczasem w oparach papierosowego dymu i w atmosferze niczym z kina akcji odbywa się wielkie zarządzanie kryzysem. Bo jak tu transmitować olimpiadę, kiedy porywacze stawiają twarde ultimatum i kilkadziesiąt metrów dalej zaczynają padać strzały?

W „September 5” fascynująca jest naoczność i jednocześnie medialne zapośredniczenie zamachu, odtworzonego z wykorzystaniem autentycznych materiałów archiwalnych nakręconych wówczas przez ABC Sports. Pomiędzy szefem stacji Roonem Arledgem (Peter Sarsgaard), producentem Geoffem Masonem (John Magaro) czy niemiecką tłumaczką Marianne Gebhardt (Leonie Benesch) toczy się dynamiczna rozgrywka, w której stawką nie jest wyłącznie oglądalność i ekskluzywność informacji, ale także jej rzetelność. I tym samym autorytet telewizji, która relacjonując historię, równocześnie zmienia bieg swojej historii.

Dlatego zaczynają się rozkminy, co i jak należy pokazać na ekranie, w jaki sposób zgodzić ze sobą dziennikarski profesjonalizm, myślenie strategiczne i refleksję etyczną. Ale bez przesady. Sformułowania, jakie tutaj padają – „interes publiczny”, „odpowiedzialność”, „ostrożne dobieranie słów” – co prawda jeszcze nie wypadły z medialnego słownika, lecz bohaterowie tego filmu grają w dużej mierze na siebie. Sięgają po partyzanckie metody zdobywania materiału, ścigają się z konkurencją i chwilami nie ma wątpliwości, że chodzi o pogoń za sensacją. Jednak z każdą godziną wioska olimpijska staje się polem bitwy. Podczas gdy dziennikarzom grozi co najwyżej zerwanie igrzysk albo wyproszenie z miejsca akcji przez policję, prawdziwa gra toczy się o ludzkie życie. I dopiero dobrze znany tragiczny finał rozwiewa wątpliwości co do dziennikarskich zasług, niosąc ze sobą gorzką lekcję pokory. 

Dlatego film o dawnej telewizji, której daleko było do niewinności, bo przecież informacja już wtedy była towarem, stanowi rodzaj zwierciadła dla dzisiejszych mediów. Uzbrojonych w nieporównywalne technologie, zasięgi, środki perswazji, a zarazem coraz mniej wiarygodnych.

„September 5” wyrasta z tęsknoty za pewnym etosem i dokonując drobiazgowej rekonstrukcji monachijskich wydarzeń, chcąc nie chcąc ukazuje, gdzie jesteśmy dzisiaj. Nie ma więc w niemieckim filmie zachłyśnięcia się możliwościami „czwartej władzy”; jest portret zespołu, który często działał po omacku, popełniał błędy, na gorąco testował rozmaite granice, choć ostatecznie spełnił swoją funkcję.

Sprana kolorystyka i niby-dokumentalny sznyt dodają temu autentyczności, aczkolwiek sprawiają, że opowieść bywa niełatwa w odbiorze – klaustrofobiczna, chaotyczna, niemal wyłącznie gadana. Daje za to unikalny wgląd do zamkniętego i dawno minionego świata. Wystarczy porównać, jak dziś relacjonuje się na żywo konflikt izraelsko-palestyński i co można zrobić z każdą informacją.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”