W świecie przyszłości nieśmiertelność może mieć wiele praktycznych zastosowań – poprzez utylizowanie tak zwanych zasobów ludzkich, choćby w nieskończoność. Dlatego Bong Joon-ho przenosząc na ekran powieść science fiction „Mickey 7” Edwarda Ashtona (w tym przypadku również współscenarzysty), zwiększył liczbę wcieleń tytułowego bohatera do aż osiemnastu. I nie ukrywa, że w filmie „Mickey 17” niemal wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się podszyte współczesną technofobią, staje się natychmiast polityczne – dziś bardziej niż kiedykolwiek. Szkoda tylko, że twórca „Parasite” znacznie gorzej sobie radzi z krytyką dzisiejszego technofeudalizmu czy nowego imperializmu niż ze społeczną satyrą. Mimo że nadal ma w sobie tamten anarchizujący nerw, a za sobą publicystyczne zaplecze, które samo dla siebie jest krzywym zwierciadłem.
Niflheim w mitologii nordyckiej było miejscem wiecznej zimy – rejonem zaświatów, dokąd trafiali ci, którzy nie zginęli śmiercią bohaterską. U Bonga to nazwa kolonizowanej planety, dokąd wysyłani są różnej maści desperaci, którzy podpisali kontrakt na własną „wymienialność”. Na przykład bardzo nieheroiczny Mickey, ścigany przez gangsterów za niespłacony dług zaciągnięty na poczet feralnego biznesu (czytaj: sklepu z makaronikami).
Siedemnaste wcielenie bohatera poznajemy w momencie, kiedy po raz kolejny przeżywa własną śmierć. Chwilę potem za pomocą zaawansowanej drukarki 3D jego ciało będzie raz jeszcze odtworzone i zostanie mu wszczepiona pamięć oryginału, nazywana tu „kopią zapasową osobowości”. Nowa wersja ma być nie do odróżnienia od poprzedniej, lecz okazuje się, że Mickey 17 jednak nie umarł, uratowany przez lokalne stwory nazywane przez kolonizatorów Paskudami. Będzie zatem istniało dwóch Mickeyów równocześnie, numer 17 i 18, całkowicie wbrew regułom systemu. Tak zaczyna się konspiracyjna walka o jedynego prawdziwego siebie, swoisty egzamin dojrzałości wiecznego chłopca i zarazem rebelia przeciwko dyktaturze uosabianej przez Marshalla, zdegenerowanego polityka i międzyplanetarnego dewelopera w jednej osobie.
Brzmi znajomo? Grający tę kabotyńską postać Mark Ruffalo nie pozostawia wątpliwości, z czyją karykaturą (albo z jaką hybrydą) mamy do czynienia. W spełnionej przez szalonego wizjonera społeczno-ekonomicznej dystopii liczy się przede wszystkim siła, optymalizacja, wydajność, czyli nie taka znowu pieśń przyszłości. „Wymienialni” dostają minimalne i zsyntetyzowane racje żywnościowe, są poddawani rozmaitym eksperymentom i nieustającej kontroli, a żywot każdego z nich może trwać ledwie piętnaście minut.
Jednocześnie Mickey jest dość groteskowym narratorem tej historii. Jeszcze jednej filmowej opowieści o tym, do czego zmierza nasz świat w morderczej walce o zasoby, tanią siłę roboczą, totalną władzę nad ciałami i umysłami. Oraz o tym, że gdzieś w odległej galaktyce, w wyizolowanej „wolnej amerykance”, na wszelkie wątpliwości prawne, etyczne, religijne związane z drukowaniem ludzi czy eksterminacją tubylców można przymknąć oko. Albo, jak Bong, złośliwie je przymrużyć.
Kpiąc po równo z powagi sytuacji i konwencji s.f., twórca wywrotowego „Parasite” powraca do swoich wcześniejszych futurystycznych metafor, z czasów anglojęzycznego „Snowpiercera: Arki przyszłości” i „Okji”. Pierwszy rozgrywał się w podobnym zlodowaciałym pejzażu postapokaliptycznej Ziemi, gdzie garstka ocaleńców w pociągu bezustannie okrążającym naszą planetę tworzyła metaforę globalnych i społecznych podziałów. W drugim z filmów o tytułową świnię, sklonowaną w laboratoriach i oswojoną przez koreańską dziewczynkę, toczy się wielka batalia ekologiczna, wegetariańska, humanitarna i oczywiście antykapitalistyczna.
W swoim lewicującym kinie reżyser nie bierze jeńców, bywa ono bezczelnie przerysowane, rozrabiackie, wręcz slapstickowe. Pod grubą warstwą gatunku (komedii, fantastyki, kina przygodowego) można sobie odpuścić dobry smak i subtelności światopoglądowe. Toteż w „Mickey 17” walka między dwiema wersjami tej samej postaci, jak i walka bohatera z systemem, jest w pierwszej kolejności szaloną zabawą, szkoda jednak, że ani specjalnie śmieszną, ani wystarczająco straszną.
Podobno Robert Pattinson (on zawsze, bez względu na rolę, ma w sobie coś androidalnego) odtwarzając kolejnych Mickeyów nie wiedział, którą wersję za chwilę będzie grał. Owa dezorientacja mogła być dobrym pomysłem na film, wszak mało co budzi taki niepokój jak „dolina niesamowitości”, czyli nieodróżnialność istoty ludzkiej od jej wiernej kopii.
U Bonga oraz w samej kreacji aktorskiej różnica bywa mniej lub bardziej zaznaczona, sprowadzając się do czegoś w rodzaju psychomachii, aczkolwiek filmowo wnosi niewiele. W przeciwieństwie do pozaziemskich Paskud, których gąbczasto-włochata cielesność odrzuca zrazu swą powłoką, by z czasem okazać się nadspodziewanie ludzka i swojska.
Co innego dzisiejsza i przyszła rzeczywistość, która w rękach szaleńca, w żelaznym uścisku technologii i polityki, może przybierać formy tak kuriozalne, a zarazem tak łatwo oswajalne, że domaga się nowego języka. Po Bongu można było spodziewać się co najmniej przewrotności bądź większej realizacyjnej brawury. Nie dostarcza tego w pełni wątek erotyczny (czy kochając się z Mickeyem 18, strażniczka zdradza Mickeya 17?), kulinarny (grana przez Toni Colette żona Marshalla to drwina z wyrafinowanej konsumpcji), podobnie jak wzmiankowany program rasowej czystości czy sama kosmiczna ekspedycja i wpisana w nią eksploatacja. Wszystko już było, a Bong zachowuje się tak, jakby dopiero odkrywał Amerykę – i jeszcze zaklinał wynik wyborów prezydenckich.
Jako bezpretensjonalna rozrywka ten wysokobudżetowy film też nie do końca się sprawdza, nie przyniósł zresztą oczekiwanych zysków. Pozostaje dziełem pomiędzy – polityczną satyrą i pastiszem gatunku, inscenizacyjną zuchwałością (za kamerą wielki Darius Khondji) i reżyserską zachowawczością, między koreańskim serialem „Squid Game” i hollywoodzką superprodukcją.
Niektórzy upatrują w tym oryginalności „Mickeya 17”. Ja miałam wrażenie recyklingu znanych skądinąd pomysłów, podanych na ekranie w taki sposób, jakby Bong nie tyle nakręcił film po swojemu, ile przyjął zamówienie, żeby nakręcić film dokładnie w stylu Bonga. A stąd już krok do bycia wymienialnym.
MICKEY 17 – reż. Bong Joon-ho. Prod. USA/Wielka Brytania 2025. Dystryb. Warner Bros. Entertainment. W kinach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















