Pomysłodawczynią produkcji jest dziedziczka fortuny Guinnessów Ivana Lowell. Oglądając pewnego razu odcinek serialu „Downton Abbey”, opowiadającego o dziejach arystokratycznej rodziny Crawleyów, Lowell miała ponoć stwierdzić, że historia jej własnego rodu jest o wiele ciekawsza. Napisała więc szkic własnej opowieści, przedstawiający rodzinną sagę. Ostateczną formę nadał produkcji Steven Knight – jeden z najbardziej płodnych i odnoszących największe sukcesy twórców telewizyjnych w Wielkiej Brytanii, znany przede wszystkim z serialu „Peaky Blinders”.
„Ród Guinnessów”: historia słynnej irlandzkiej rodziny
Knight i tym razem miesza epicką narrację ze współczesnym widowiskiem sensacyjnym. Oglądając dzieje Guinnessów, mamy wrażenie, jakbyśmy zanurzali się w świat powieści Dickensa zekranizowany w stylu kina gangsterskiego, szczególnie że odtworzonej z wielką starannością scenografii i kostiumom z epoki towarzyszy współczesna uliczna irlandzka muzyka – od punka do hip-hopu.
Otwierająca historię sekwencja pogrzebu patriarchy rodu doskonale prezentuje panoramę i wyzwania świata przedstawionego. Jesteśmy w pogrążonej w żałobie pałacowej rezydencji Guinnessów w Dublinie oraz fabrycznych zabudowaniach browaru, gdzie robotnicy przygotowują się do pożegnania pracodawcy. Przejazd trumny z ciałem największego w mieście piwowara próbują zablokować zarówno fanatyczni działacze ruchu na rzecz trzeźwości, jak i irlandzcy nacjonaliści. Guinnessowie są dla nich symbolem protestanckiej elity, która zawłaszczyła władzę i bogactwo.
Zmarły Benjamin Guinness rzeczywiście stał się dzięki swojemu trunkowi jednym z najbogatszych Irlandczyków. Biznes po jego odejściu nie może jednak stać w miejscu. Rodzina musi się dostosować do zmieniającej się społecznej i politycznej rzeczywistości. Dynamikę zmian kształtuje z jednej strony postępująca demokratyzacja brytyjskiego systemu, rozszerzająca prawa wyborcze na kolejne grupy ludności, w tym miejskich robotników, z drugiej – rosnący w siłę irlandzki nacjonalizm, łączący masową polityczną mobilizację z uliczną przemocą i działaniami spiskowo-terrorystycznymi.
Arthur i Edward Guinnessowie, znajdujący się w środku tych przemian, na pierwszy rzut oka mogą mieć niewiele wspólnego z gangsterską rodziną Shelbych z „Peaky Blinders”. Synowie piwowara, jak wszyscy bohaterowie produkcji Knighta, mają jednak bardzo skomplikowaną relację z establishmentem: nawet jeśli należą do niego z urodzenia, to nigdy do końca, noszą bowiem w sobie jakąś cechę skazującą ich na ostracyzm. Są też gotowi wejść w konflikt z instytucjami i kontrolującymi je elitami w imię swoich idei.
Człowiekiem z wizją jest w tej rodzinie bez wątpienia Edward. Nie tylko rozumie on, że przyszedł czas na globalną ekspansję marki, ale też to, że rodzinna firma nie urośnie, jeśli znajdzie się po niewłaściwej stronie dzielącego Irlandię etniczno-religijnego sporu. Prowadzi więc zakulisowe negocjacje z fenianami i umieszcza na etykiecie piwa widniejącą tam do dziś irlandzką harfę.
Szybko dochodzi też do wniosku, że skoro robotnicy są wyborcami, trzeba zadbać o ich przychylność – wprowadza więc w browarze ubezpieczenie emerytalne i uruchamia szereg filantropijnych projektów. Wszystkie te rzeczy byłyby zupełnie nie do pomyślenia w czasach jego ojca. Jego brat Arthur na pierwszy rzut oka wydaje się typowym utracjuszem, kryje jednak sekret, który może pogrzebać reputację jego samego i całej rodziny – jest osobą homoseksualną, zaangażowaną w liczne romanse z mężczyznami.
„Ród Guinnessów” potwierdza, że choć Knight jako autor potrafi być bardzo krytyczny wobec brytyjskiej historii i instytucji, to jednocześnie jego krytyka wypływa bardziej z liberalnego niż lewicowego ducha. Sklerotycznemu konserwatyzmowi brytyjskich instytucji scenarzysta przeciwstawia często dynamikę kapitalizmu jako wielkiej modernizacyjnej i demokratyzującej stosunki społeczne siły, często w dodatku utożsamianej ze Stanami.
Najwyraźniej widać to zresztą w stworzonym przez Knighta wspólnie z aktorem Tomem Hardym serialu „Tabu”, przedstawiającym zmagania młodego, ambitnego kupca z dążącą do monopolu Kampanią Wschodnioindyjską w Londynie epoki wojen napoleońskich.
Co się nie spodobało Irlandczykom w „Rodzie Guinnessów”
„Ród Guinnessów” zebrał w większości bardzo dobre recenzje w Wielkiej Brytanii i w Stanach, nie podobał się za to wyraźnie w jednym miejscu: w Irlandii. Tamtejsi krytycy zarzucali Knightowi, że nie rozumie złożoności irlandzkiej historii i tożsamości, że pokazując przeszłość, sięga po kilka zużytych klisz, że jego postaci są sprowadzone do stereotypu, zwłaszcza te najbardziej zaangażowane w walkę o niepodległą Irlandię. Jak to określił jeden z autorów recenzji: fenianie mają wyglądać na ekranie jak „dzikie skrzaty”, ubrane tak, jakby ktoś chciał się przebrać za Irlandczyka na Halloween.
Trudno spierać się z odczuciami Irlandczyków na temat tego, jak wyprodukowany w Wielkiej Brytanii serial (Knight kręcił go w Liverpoolu z brytyjskimi i irlandzkimi aktorami) pokazuje ich historię. Jednocześnie trudno się zgodzić, że irlandzcy protagoniści są stereotypowi. O ile gwałtowny, skłonny do przemocy i nadużywania alkoholu, rudy i ciągle ubrany na zielono uliczny lider irlandzkich nacjonalistów, Patrick Cochrane, nie jest najlepiej napisaną postacią, to już jego siostra Ellen otrzymuje pełen niuansów, rozbudowany portret.
Z dystansu, jaki dzieli polskiego widza od Irlandii, widać też w produkcji wiele złożonych, fascynujących postaci, często o poplątanej tożsamości, niemogących do końca określić się po żadnej ze stron dzielącego kraj konfliktu.
Prawą ręką Guinnessów, człowiekiem od wszystkiego, pilnującym pracy w browarze i załatwiającym najbrudniejsze, wymagające przemocy interesy poza jego murami, jest Seann Rafferty – katolik bezwzględnie lojalny wobec protestanckiej elity, na nacjonalistów patrzący z wyższością i pogardą, a przy tym świadomy, że nigdy nie będzie pełnoprawnym obywatelem świata Guinnessów. W tej roli doskonałą, emanującą charyzmą kreację tworzy James Norton, aktor znany z głównej roli w „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland.
Tym, czego rzeczywiście brakuje nowej produkcji Knighta, to poczucie stawki, o jaką toczy się gra. Guinnessowie nie mają żadnego groźnego przeciwnika. W „Tabu” była nim Kampania Wschodnioindyjska, w „Peaky Blinders” Tommy Shelby mierzył się z coraz potężniejszym antagonistą – w ostatnich odcinkach był nim lider brytyjskich faszystów, sir Oswald Mosley, a metaforycznie: cały historyczny faszyzm. Tu jak dotąd nie ma nikogo, kto zagrażałby piwowarom. Ostatni odcinek, urywający narrację w kluczowym momencie, sugeruje drugi sezon – być może w nim uda się podbić stawkę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















