Wyłożyłem swoje zakupy na taśmę: olej, mleko, owoce, kawałek ciasta, dwie gazety. Pani, która jest na przedzie kolejki, już zapłaciła, ale jeszcze się wraca. „Zapomniałam papierosów, dla męża”, uśmiecha się. „Mężowi nie można odmawiać”, odpowiada uśmiechem druga, która właśnie jest przy kasie. „Powinno się, ale wie pani...”, śmieje się tamta i poprawa siwe włosy, które wysunęły się jej spod przepaski. „Niech pani podejdzie na monopolowe, tam nie ma kolejki”, mówi, także z uśmiechem, kasjerka.
Te akurat zakupy robiłem tuż przed czternastą, kiedy wszyscy są zrelaksowani. Kupujący się nie spieszą, kasjerki myślą o tym, że za chwilę pójdą do domu. Ale w tym lokalnym sklepie, do którego chodzę regularnie, o uśmiech właściwie nietrudno. Już po kilku wizytach sprzedawczynie rozpoznają cię, a ponieważ zwykle jestem uśmiechnięty, to i one uśmiechają się w odpowiedzi. W korytarzach między regałami jest dość ciasno, ale i tam ludzie na ogół nie irytują się, tylko wycofują, posyłając przepraszający uśmiech. Nawet pachnący wodą kolońską mężczyzna, któremu przy pakowaniu jabłek rozerwał się foliowy worek, nie przeklina, tylko mówi lekkim tonem: „No zawsze coś musi mi się...”.
Uśmiech nie jest obowiązkowy
Oczywiście są to inne uśmiechy niż te, które można zobaczyć w telewizyjnych reklamach albo na billboardach. Tamte są nienaturalnie doskonałe, te natomiast doskonale naturalne. Czasem jest to tylko delikatne uniesienie kącików ust albo coś, co w innych okolicznościach mogłoby być uznane za grymas. Ludzie często spuszczają wzrok, patrzenie w oczy uchodzi za niegrzeczność. Więc uśmiechają się trochę do ciebie, a trochę do siebie. Ja zresztą też tak robię.
Owszem, są tacy, którzy nie uśmiechają się wcale. Nawet wtedy, kiedy słyszą coś miłego albo kiedy ustępujesz im miejsca w kolejce. Niektóre twarze są tak zmęczone, że nie są w stanie zmusić do wysiłku mięśni odpowiedzialnych za uśmiech. Na innych maluje się pośpiech, a niekiedy nawet panika. Są wreszcie twarze nieobecne, ich właścicielki lub właściciele chcą szybko załatwić sprawę i wyjść.
Bywa, że ktoś uprzejmy wzięty zostaje za natręta. Nie ma w tym nic dziwnego; czasem za pozorami uprzejmości rzeczywiście kryje się ktoś wścibski lub natrętny. Uśmiech z natury swojej nie jest obowiązkowy, a w zawodach, w których się go wymaga, szybko się zużywa.
Tadeusz Różewicz powiedział kiedyś o sobie, że nie jest poetą śmiechu, ale uśmiechu. Szukam tego cytatu, szukam i nie mogę znaleźć. Mam w książkach Różewicza – myślę o wydanym przed laty tomie wywiadów „Wbrew sobie” oraz o zbiorze rozproszonych artykułów i wypowiedzi „Margines, ale…” – pozaznaczane różne jego wypowiedzi, ale tej akurat nie zaznaczyłem.
Zaznaczyłem za to fragment o Julianie Przybosiu. „Mistrz Przyboś kochał światło”, opowiadał Różewicz. „Kochał obłoki, chodził zresztą po Plantach zawsze z głową do góry, nie myślał o tym, że może się na czymś potknąć. Ja chodziłem na ogół z głową opuszczoną w dół, czasem tylko podnosiłem oczy. To bardzo dziwne, ale nawet od takich spraw zaczynały się spory estetyczne”.
Czasami słońca trzeba szukać z opuszczoną głową
Uśmiech staje się czymś w rodzaju zabezpieczenia, kiedy zaczyna brakować światła, powietrza. Kiedy wokół przybywa nawet nie śmiechu, tylko rechotu. W rechocie jest coś upokarzającego; jest przeciwieństwem radości, jej odwróconym odbiciem. Radość, nawet spontaniczna, jest rozumna. Rechot to tryumf prymitywu. Im durniej, tym głośniej. Im głośniej, tym durniej. Rechot jest ciemny. Uśmiech to wpuszczenie światła między ludzi. Niekiedy słońca trzeba szukać w dole, z opuszczoną głową.
Zatrzymuję się przed wysokim regałem z papierowymi ręcznikami i chusteczkami do nosa. Nagle uświadamiam sobie, że obok mnie stoi niska starsza pani, która wpatruje się w paczki ustawione na najwyższej półce. Gdybym nie zwrócił na nią uwagi, pewnie nie ośmieliłaby się mnie zaczepić. „Poda mi pan...?”, pyta. „Oczywiście”. „Dziękuję, dobrze, że pan taki wysoki”. „Chociaż zajmuję trochę za dużo miejsca”. „Co pan mówi?! Miałam wysokiego męża, to wiem”. I posyła mi uśmiech, szeroki, lekko odsłaniający zęby. Wiązkę światła. Co z tego, że przeznaczoną nie tylko dla mnie, ale również dla tego, którego przypominam.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















