Po śmierci Wiesława Myśliwskiego w internecie zaroiło się od wspomnień, wyrazów żalu i wdzięczności, a także cytatów z jego dzieł i wywiadów. Pisano o tym, że był gigantem polskiej – i światowej – literatury, pisarzem przez duże „P”, jednym z najważniejszych, jakich mieliśmy. Ale też – że był pisarzem ważnym osobiście dla wspominających, także tych, którzy znali go jedynie z lektur czy audycji telewizyjnych. Wiele osób wskazywało konkretne książki w dorobku Myśliwskiego, które stały się „ich” książkami. Mam wrażenie, że dawno już żadnego twórcy czy twórczyni nie żegnano w ten sposób.
Tym bardziej byłem zdziwiony i zgorszony, że część mediów zignorowała fakt jego odejścia. W wieczornych serwisach informacyjnych dwie duże stacje telewizyjne w ogóle o nim nie wspomniały; krótki, ale piękny felieton przygotowała jedynie telewizja publiczna. Wiele to mówi o naszym świecie: była szansa opowiedzieć o kimś mądrym, kto pozostawił po sobie głęboki ślad w umysłach i duszach wielu ludzi, ale wybrano to, co płytkie, doraźne, pozbawione prawdziwego znaczenia.
Można powtarzać, że świat dzisiejszy nie ma autorytetów, ale prawda jest taka, że autorytety istnieją, tyle że nie na powierzchni. Bo na powierzchni nie ma dla nich miejsca. Gdyby się znalazło, siła ich oddziaływania byłaby jeszcze większa. No ale nie ma – albo jest go bardzo malutko.
Zasada Myśliwskiego: niekoniecznie o sobie, ale – od siebie
Myśliwski doskonale zdawał sobie sprawę, że jest autorytetem dla wielu. Kiedy przemawiał na spotkaniach, na sali panowała przejmująca cisza. Mówił powoli, z pauzami, tak żeby słuchający mieli czas zapamiętać i przemyśleć to, co usłyszeli. Zawsze starał się też, aby między opiniami, które już wcześniej wypowiadał, pojawiła się jakaś nowa obserwacja czy nowe sformułowanie.
W prywatnej rozmowie powiedział mi kiedyś, że nawet najwybitniejsi zostawiają po sobie trzy, cztery oryginalne myśli. Nie chodzi o to, żeby być oryginalnym, ale żeby za pomocą formuł, które ma się do dyspozycji, powiedzieć coś od siebie. Niekoniecznie o sobie, ale – od siebie.
W tych publicznych wystąpieniach chętnie posługiwał się paradoksem. Jak chociażby wtedy, kiedy jako pisarz oświadczał, że od słowa pisanego ważniejsze jest słowo mówione. To w mowie, nie w piśmie, język jest prawdziwie wolny. Mowa jest najbardziej demokratyczna, bo w niej może wyrazić się każdy – i każdy robi to w sposób niepowtarzalny, niby podobny do innych, a jednak zawsze trochę odmienny.
Jedni są elokwentni, wygadani, inni powściągliwi, korzystający z ograniczonego zasobu słów. Są tacy, którzy potrafią opowiedzieć siebie ciekawie, i tacy, którzy nudzą albo gubią się w dygresjach. Za każdym razem forma opowieści mówi nam coś o samym człowieku: o tym, co dla niego ważne, co przeżył, co przemyślał, czego się boi, i tak dalej. „Każdy człowiek ma własny język”.
Każdy narrator książek Myśliwskiego ma w sobie coś z autora. I jednocześnie żaden
Z tego zresztą powodu narratorzy jego powieści byli zawsze pierwszoosobowi. Opowiadanie w pierwszej osobie Myśliwski uważał za najbardziej naturalne. Dbał też, żeby konstrukcja jego powieści rządziła się podobnymi zasadami jak opowieść mówiona. To zresztą stanowiło pewną trudność dla czytających: kto oczekiwał linearnej historii z momentami kulminacyjnymi, mógł się poczuć rozczarowany.
Narratorzy Myśliwskiego opowiadają „nieporządnie”, tak jak się opowiada komuś przygodnie spotkanemu. Chronologia jest zakłócona. Wątki, które już zaczęły czytelnika interesować, nagle zostają przerwane albo rozpływają się w dywagacjach i dygresjach. To, co ważne dla uchwycenia sensu danej historii, bywa mówione mimochodem i łatwo to przeoczyć. Niekiedy w miarę lektury zaczynamy sobie – jako czytelnicy – zadawać pytanie: czy ta opowieść nie jest aby mistyfikacją? A jeśli tak, to czy mistyfikacja dotyczy całości, czy tylko fragmentów? Co narrator-bohater chce nam powiedzieć, a co ukrywa?
Żeby doznać czytelniczej satysfakcji, trzeba zrozumieć i polubić tę konwencję. Skupia ona uwagę nie tyle na wydarzeniach i postaciach, ile na pracy języka, którym opowiada się o tym, co się wydarzyło. Tu zresztą też kryją się rozmaite pułapki.
Narratorzy Myśliwskiego posługują się na ogół językiem prostym, nieszczególnie wyrafinowanym. Ale z takich prostych, oznajmujących zdań powstają większe całości – akapity czy rozdziały – które wcale tak proste i zrozumiałe nie są. Niekiedy trzeba przeczytać je dwukrotnie, żeby zrozumieć, dokąd mają nas zaprowadzić. W dodatku raz po raz fragment opowieści podsumowywany jest aforyzmem, myślą ogólniejszą, wypowiadaną przez narratora bądź wkładaną w usta bohaterów.

To znowu jest zgodne z logiką mowy. „Gdy słuchasz opowieści ludzi, to zawsze pojawiają się jakieś uogólnienia”, tłumaczył Myśliwski. „Ktoś opowiada szczegółowo swoje życie i zawsze towarzyszy temu jakaś refleksja. Nawet najbardziej banalna: »Takie jest życie«. Przecież już w tym stwierdzeniu zawiera się filozoficzny stosunek do życia! Dlatego staram się pisać w sposób, w jaki ludzie myślą, w jaki mówią, w jaki opowiadają”.
Problem w tym, że takie aforyzmy, które mają pomóc zinterpretować to, o czym jest mowa w opowieści, nader łatwo z tej opowieści wyłuskać. Coś, co jest częścią starannie pomyślanej układanki, zaczyna wtedy funkcjonować jako odrębna całość. Kiedy czytałem w ostatnich dniach niektóre z cytatów wypisanych z prozy Myśliwskiego, zdałem sobie sprawę, że przez cytujących są one traktowane jako głos pisarza, a nie wypowiedź któregoś z bohaterów. A to w przypadku tej prozy dość istotna różnica.
Każdy narrator niewątpliwie ma w sobie coś z Myśliwskiego. I jednocześnie żaden – nawet narrator „Widnokręgu”, najbardziej autobiograficznej z jego powieści – nie jest Myśliwskim. Niektóre cytaty mogą przy tym wręcz razić swą oczywistością, dzieje się tak jednak dlatego, że pozbawione zostały kontekstu, który je uzasadniał.
„Moje książki wiedzą więcej o mnie niż ja sam i wiedzą prawdziwiej”, lubił powtarzać Myśliwski
Przypomina mi się w tym momencie anegdota, którą usłyszałem od syna pisarza, Grzegorza. Wspominał, jak przed laty razem z rodzicami oglądał w telewizji film Wernera Herzoga „Nosferatu wampir”. Rodzice bardzo czekali na tę emisję, ale film okazał się rozczarowaniem. Minuty mijały, a z ekranu wiało nudą. Kiedy w pewnym momencie z ust Klausa Kinsky’ego, grającego Drakulę, padło wyznanie w rodzaju: „Życie bez miłości nie ma sensu”, zirytowany Wiesław rzucił: „Co ty powiesz?!”.
Inny paradoks, który pojawiał się w wystąpieniach pisarza, dotyczył wspomnianej autobiograficzności jego utworów. Myśliwski denerwował się, kiedy poszczególne powieści próbowano interpretować, odnosząc się do jego biografii. A jednocześnie sam podsuwał tropy skłaniające do takich interpretacji.
Znaczną część dzieciństwa spędził na wsi, w Dwikozach pod Sandomierzem, gdzie mieszkał w domu rodzinnym swojej mamy, w otoczeniu dziadków i innych krewnych. Wiele scen z „Kamienia na kamieniu”, „Widnokręgu” i innych powieści to sceny zbudowane z zapamiętanych z tamtego czasu zdarzeń i rozmów. Owszem, znacznie przetworzonych, ale jednak zachowujących ślad pierwowzoru. Podobnie w odniesieniu do lat młodzieńczych, kiedy z powodu śmierci ojca musiał dojrzeć szybciej niż jego rówieśnicy, i późniejszych.
Była w tym jakaś prowokacja ze strony pisarza. Jej cel wydaje się oczywisty: chodziło o to, żebyśmy nauczyli się inaczej czytać literaturę. Zrozumieli, że związek między biografią a tym, co napisane, jest inny, niż sobie na ogół wyobrażamy. Pisarz nie przenosi życia do literatury, ale dokonuje transformacji – czy transmutacji – tego, co przeżył, w coś nowego, autonomicznego.
Błąd popełnia zarówno ten, kto faktom z biografii nadaje nadmierne znaczenie, jak i ten, kto by je zupełnie zlekceważył. Literatura mówi prawdę o swoim autorze, ale nie chodzi bynajmniej o prawdę o zdarzeniach z jego życia. „Moje książki wiedzą więcej o mnie niż ja sam i wiedzą prawdziwiej”, lubił powtarzać pisarz. Pisanie było przez niego traktowane jako forma samopoznania. Ale nie autobiografii czy autoterapii.
Myśliwski: „Nigdzie się nie zakotwiczyłem na dobre”
Co ciekawe, świat powieści Myśliwskiego to świat wsi i niedużego miasta, najczęściej noszącego rysy Sandomierza. Prawie w ogóle nie ma w tym świecie Warszawy, choć pisarz właśnie w stolicy mieszkał najdłużej. Kiedy go o to spytałem, odpowiedział bardzo poważnie: „Wielkie miasto to za wielka przestrzeń. Zawsze zmierzam do punktowego widzenia świata, co najlepiej wyraża się w »Uchu Igielnym«, w którym mówię o tym, że wszyscy takie Ucho Igielne mamy: taki punkt, do którego odnosimy inne przestrzenie, gdziekolwiek byśmy się znaleźli. To należy do naszej natury. Druga przyczyna tkwi w tym, że im mniejsza przestrzeń, tym łatwiej w niej się poruszać, tym bardziej się panuje nad światem. Nie przestrzeń jest dla mnie najważniejsza, tylko człowiek, który znajduje się w tej przestrzeni”.
Myślę, że wśród czytelniczek i czytelników „Tygodnika” nie ma nikogo, kto by nie wiedział, że Ucho Igielne to furta w murach obronnych, które kiedyś otaczały centrum Sandomierza. Dziś obok tej furty umieszczona jest tablica z fragmentem powieści. Z przestrzenią w utworach Myśliwskiego jest podobnie jak z biografią: konkretne miejsca nieco się odrealniają, nabierają charakteru symbolicznego. Jednocześnie nie przestają być konkretne.
Wacława i Wiesław Myśliwscy wzięli ślub w sandomierskim kościele św. Jakuba. I ten kościół jest bardzo dokładnie opisany w „Widnokręgu” jako miejsce ślubu głównych bohaterów, którzy jednak noszą inne imiona. Jest to bardzo ciekawy zabieg. Z Uchem Igielnym jest podobnie: z niego prowadziła ścieżka do domu rodzinnego Wacławy, więc było miejscem wielokrotnych spotkań i rozstań, tęsknot i radości.
Myśliwski znalazł jednak sposób, żeby opowiadając o tym miejscu, zrobić to niesentymentalnie. W jego powieściach nie ma nostalgii, nie da się ich podciągnąć pod nurt „literatury małych ojczyzn”. Jest tam coś innego: od konkretu przechodzi się od razu do czegoś uniwersalnego. Przeszłość ma znaczenie, ale nie jako wspomnienie, lecz jako ewentualny klucz do zrozumienia sensu tego, co nazywamy ludzkim losem.
„Może jest tak, że duchowo nie zamieszkałeś w wielkim mieście?”, pytałem dalej. I padła odpowiedź: „Duchowo nigdzie nie mieszkam, ponieważ życie rzucało mnie od dzieciństwa tu i tam. Nigdzie się nie zakotwiczyłem na dobre, choć najbardziej w Sandomierzu. Tam poznałem dziewczynę, która stała się moją żoną i kotwicą. I miłość określiła moją przestrzeń”.
Dlaczego w losach Szymona Pietruszki odnajdywali się czytelnicy z całego świata
Z tego zresztą powodu pisarz nie chciał być także postrzegany jako reprezentant „nurtu chłopskiego”. Nigdy się od świata polskiej wsi i od kultury chłopskiej nie odcinał, przeciwnie. Ale nie chciał, żeby przez to skojarzenie zatarł się uniwersalny wymiar jego pisarstwa. Chętnie dyskutował o znaczeniu przemian społecznych, do jakich doszło na wsi wskutek wojen i powojennego podziału świata. Ale podkreślał, że literatura ma inne zadania niż historia czy socjologia. Owszem, pokazuje wspólnotę poruszoną przez historię, odnotowuje zachodzące zjawiska społeczne, ale co innego decyduje o jej specyfice.
Za każdym razem obraz tego, co opisywane, jest przefiltrowany przez świadomość jednostki – jej wrażliwość, wyobraźnię, język. Wprawdzie i język, i wyobraźnia są w znacznym stopniu wytworem zbiorowości, ale to, co interesuje pisarza, to ów indywidualny „odcisk”, pojedynczy los. Nie chłop jako taki, ale Szymon Pietruszka – by odwołać się do jednej z najgłośniejszych postaci powołanych do życia przez Myśliwskiego.
Los głównego bohatera i narratora „Kamienia na kamieniu” jest oczywiście sumą wielu chłopskich losów. Czytając kolejne rozdziały, w zdumieniu odkrywamy, kim ten Szymon Pietruszka nie był. Pisarz nie ukrywał, że traktuje opowieść o jego losach jako swoiste podsumowanie i zwieńczenie chłopskiego etosu. Nie zapominajmy jednak, jak ta powieść jest zbudowana.
Punktem wyjścia stał się motyw, dla którego inspiracją była krótka przyśpiewka, znaleziona przez Myśliwskiego w antologii „Jabłoneczka” opracowanej przez Juliana Przybosia: „Kamień na kamieniu, / na kamieniu kamień, / a na tym kamieniu / jeszcze jeden kamień...” „W czasie pisania chciałem tej pieśni sprostać”, przyznawał Myśliwski.
Ostatecznie zdecydował, że wątkiem przewodnim będzie budowa grobu, w którym Szymon mógłby pochować wszystkich swoich krewnych. Grób zbiorowy jest w naturalny sposób symbolicznym podsumowaniem doświadczeń i mądrości pokoleń. Lecz motyw ten Myśliwski obudował tyloma innymi, że powstała powieść, którą nie bez powodu porównywano do muzycznej improwizacji.
„Kamień na kamieniu” to requiem dla polskiej wsi, pisano. Owszem, ale to także przykład, jak można słowa doprowadzić do tańca, a w efekcie sprawić, że opowieść indywidualna i partykularna przechyli się w stronę uniwersalnego. Nic dziwnego, że w losach Szymona Pietruszki odnajdywali się potem czytelnicy w Turcji, Holandii czy Stanach Zjednoczonych.
Myśliwski demaskował iluzje i rozwiewał złudzenia, podkreślając jednocześnie, że wciąż wierzy w siłę literatury
Myśliwskiego te zagraniczne sukcesy jego utworów bardzo cieszyły. Przyszły późno, to prawda; nie mógł już jeździć, żeby promować swoje książki, ale z uwagą nasłuchiwał, jakie będą recenzje, i z dumą wspominał, że w Turcji znowu któryś z tytułów dodrukowano albo że w Holandii znalazł się czytelnik tak zachwycony jego powieściami, że zapisał mu w spadku dom. Sukcesy za granicą upewniały go, że to, co sobie zamierzył, zostało osiągnięte.
Podobnie cieszył się, kiedy odzywały się do niego czytelniczki bądź czytelnicy reprezentujący najmłodsze pokolenia. Czasem towarzyszyłem mu w publicznych spotkaniach i kiedy podpisywał książki, zagadywałem stojących w kolejce. Było w tym coś niezwykle wzruszającego, że wiele z tych osób przychodziło z egzemplarzami, które nosiły na sobie ślady intensywnej lektury.
Dla mnie Wiesław Myśliwski mógł być ojcem, dla wielu stojących w kolejce – dziadkiem. A jednak odnajdywali coś swojego i w „Nagim sadzie”, jego debiutanckiej powieści, napisanej blisko sześćdziesiąt lat temu, i w „Ostatnim rozdaniu”, powieści może najbardziej współczesnej i jednocześnie – co kiedyś mi wyznał – najtrudniejszej ze wszystkich, jakie napisał. Nigdy nie zapomnę młodego chłopca, który prosząc o autograf, przyznał, że pisarz jest dla niego kimś bliskim, bo on sam też wcześnie stracił ojca. Ani młodej dziewczyny, która chciała mieć autograf na wszystkich jego powieściach, bo wszystkie jej się podobały i nie umiała wybrać jednej.

Kto to jest wielki pisarz? Pierwsza odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy: to ktoś, kto potrafi nauczyć ludzi czytać. Wiesław Myśliwski był kimś takim – uczył czytać. Nie tylko przez to, co mówił o literaturze, ale też przez to, jak pisał. Uczył tego, czym literatura jest, czym może być i czym być nie powinna. Demaskował rozmaite iluzje, rozwiewał złudzenia i fałszywe nadzieje, podkreślając jednocześnie, że wciąż wierzy w jej siłę. Stawiał czytającym wysokie wymagania, ale nie zostawiał ich bez pomocy.
Zapytałem go kiedyś, czy jego książki mogą dać ludziom nadzieję. W odpowiedzi uśmiechnął się: „Za dużo ode mnie wymagasz”. A potem dodał: „Jedno, co mogę powiedzieć, to to, że staram się pisać tak, by nie odbierać ludziom nadziei. Może bierze się to stąd, że nie dzielę ani rzeczywistości, ani literatury na pesymistyczną i optymistyczną. Nie ma świata optymistycznego i pesymistycznego. Świat jest integralny, jeden. Żal, rozpacz, smutek zrastają się z nadzieją. Człowiek ma w sobie ogromną zdolność do samopocieszenia. Być może to ludzi zachęca do czytania moich książek”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















