W jednym z wykładów żartował, że zostanie po nim kilka dowcipów. Rzeczywiście, był przednim kawalarzem. Trudno nie wspominać tych niezwykłych chwil.
Wczesne lata 90. XX wieku. Wysoka amfiteatralna sala Kolegium Witkowskiego UJ co wtorek o 18.00 zapełniała się słuchaczami do ostatniego schodka. Ks. Józef Tischner prowadził wykład monograficzny o filozofii dialogu. Na jednym z nich mówił o Lévinasie – że w jego filozofii ważną rolę odgrywa słowo jouissance.
Stwierdził, że na polski nie da się go precyzyjnie przetłumaczyć, bo oznacza coś pomiędzy przyjemnością a radością. Chwilę się zastanawiał. Aż pojawiła się ta zawadiacka mina... „Ale da się go przetłumaczyć na góralski” – powiedział i zagwizdał na palcach. Gdy ucichła salwa śmiechu i brawa, kontynuował wykład: „Wyobraźcie sobie juhasa pasącego owce i tak sobie gwiżdżącego na hali. To właśnie jest jouissance”.
Wydział Filozoficzny PAT
Takim go pamiętamy. Ale co było dla niego naprawdę ważne? Chciał być zapamiętany rzeczywiście jako kawalarz? Mądry ksiądz z telewizji? Świetny publicysta komentujący na tych łamach wydarzenia czasu transformacji? Kaznodzieja i rekolekcjonista?
Gdyby móc go dziś zapytać, co ważnego nam zostawił, spodziewam się, że odpowfiiedziałby: filozofię dramatu. We wstępie do ostatniej filozoficznej książki – „Sporu o istnienie człowieka” opublikowanego w 1998 r., na dwa lata przed jego śmiercią – wprost mówi, że poświęcając czas publicystyce, a nie filozofii, przypominał ogrodnika, który kopał obok ukrytego skarbu.
Spróbujmy zatem ten skarb tischnerowski pokazać. Skoro jednak jego wartość była kwestionowana przez niektórych filozofów już w tamtych czasach, pojawią się też tu inne postacie.
Ale najpierw kontekst. Filozofia dramatu powstawała w latach 80. XX wieku. To był niezwykły czas dla myśli filozoficznej w Krakowie. W 1981 r. Jan Paweł II z kościelnego Wydziału Teologicznego utworzył Papieską Akademię Teologiczną. Władze PRL nie zaakceptowały tej decyzji, uważały, że Kościołowi powinny wystarczyć dwie istniejące katolickie uczelnie: lubelski KUL i warszawska ATK.
Krakowska PAT mogła zatem działać tylko w ramach Kościoła – w przestrzeni publicznej był na nią zapis cenzorski. Skutkowało to m.in. tym, że gdy jej pracownicy naukowi publikowali w oficjalnych periodykach, pod ich nazwiskami zamiast afiliacji uczelnianej pojawiał się kwadratowy nawias z informacją: „Ustawa o kontroli publikacji z dnia…”. Władze uczelni nie mogły także wywieszać na zewnątrz budynków żadnych tablic informacyjnych.
Tylko wtajemniczeni zatem wiedzieli, że do nieco zrujnowanego po trzydziestu latach funkcjonowania prawie jako pustostan poaugustiańskiego klasztoru na krakowskim Kazimierzu wprowadził się Wydział Filozoficzny PAT.
W latach stanu wojennego
Przekraczając te średniowieczne mury i wchodząc na krużganki z pozostałościami renesansowych fresków, wstępowało się do innego świata. Przypominało to trochę szafę z Narnii – tu nic myśli nie krępowało, oddychało się innym powietrzem (choć panował przenikliwy chłód, bo grube mury nie dawały się łatwo ogrzać).
W PAT dominowały wtedy dwa ośrodki twórczej myśli odzwierciedlające pluralizm obecny w filozofii w ogóle. Pierwszy tworzył zajmujący się filozofią nauki tandem Heller-Życiński i skupieni wokół obu uczonych sympatycy. Centralną postacią drugiego był ks. Józef Tischner, którego rozgłos z roku na rok wzrastał, co sprawiało, że jego krąg słuchaczy także się poszerzał.
Oba filozoficzne obozy charakteryzowały różne podejścia do filozofii. Księża Michał Heller i Józef Życiński cenili ścisłość wyrażania się i precyzję myśli. Ich podejście streszcza tytuł jednej z książek Życińskiego: „Język i metoda”.
Ks. Tischnera natomiast interesował świat wartości, ujawniający dramatyczny charakter ludzkiego losu. Używał języka swobodnego, zdarzało się, że wywód budował na skojarzeniach, często odwołując się do metafor, co niektórych gorszyło.
Ale między tymi grupami nie było napięć, a tym bardziej wojny. Tischner robił swoje, specjalnie nie oglądając się na kolegów z Wydziału Filozoficznego. „Ścisłowcy” z ciekawością mu się przyglądali, dziwiąc się, skąd takie zainteresowanie filozofowaniem w „literackim” stylu.
Poza środowiskiem PAT byli też tacy, którzy otwarcie kwestionowali wartość filozofii Tischnera.
Czy ks. Józef Tischner był filozofem
Prof. Jerzy Perzanowski był logikiem, metodologiem i kognitywistą, który zasłużył się dla polskiej filozofii m.in. tym, że wprowadził nazwę „kognitywistyka” na interdyscyplinarne badania poznawczych funkcji umysłu, czyli tego, co po angielsku określane jest jako cognitive science. Miał świetne filozoficzne referencje, gdyż był uczniem Izydory Dąmbskiej, która z kolei terminowała u Kazimierza Twardowskiego, założyciela słynnej w świecie szkoły lwowsko-warszawskiej.
Pod koniec 1988 r. prof. Perzanowski zorganizował w Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego jednodniowe sympozjum „Jak filozofować?”. Zgromadziło śmietankę krakowskich filozofów. Przed południem referaty wygłaszali „ścisłowcy”, po południu „humaniści”, m.in. Tischner, który w krótkim wystąpieniu przypomniał dwie wielkie metafory „początków filozofii”: platońską jaskinię, wskazującą na możliwość iluzji, oraz metaforę złośliwego geniusza Kartezjusza, ostrzegającą przed możliwym zakłamaniem.
Dla Tischnera bardziej podstawową nieprawdą jest nieprawda kłamstwa i dopiero rozświetlenie relacji między człowiekiem a człowiekiem (ale też dialog filozofa z geniuszem kłamstwa i Bogiem prawdomówności) – czyli myślenie dialogiczne – „otwiera drogę do świata zewnętrznego”. Tischner podsumował, że proponuje myślenie „z głębi metafory” (wielokrotnie zresztą już do tej formuły się odwoływał). Zatem – jak łatwo zauważyć – sprawy ludzkie, a nie badanie świata są dla niego najważniejsze.
W dyskusji po referatach Perzanowski dość bezpardonowo zaatakował Tischnera. „Osobiście bardzo podoba mi się, co Ksiądz mówił i do czego wzywał, ale czy wzywał do uprawiania filozofii?” – pytał i sugerował, że Tischnera można raczej nazwać mędrcem czy myślicielem, ale nie filozofem.
„Wszyscy zgadzamy się, że filozof trudni się myśleniem. Niektórzy dopowiadali, że filozofować trzeba w sposób jasny i odpowiedzialny, że muszą być spełnione pewne warunki metodologiczne. Ksiądz Profesor Tischner mówił, że jego myślenie jest z wnętrza metafory, nie przedstawił jednak żadnych postulatów metodologicznych. Czy produkt takiego myślenia, nawet odpowiedzialnego merytorycznie, będzie dziełem myśliciela, czy filozofa?”.
Zaatakowanego wziął w obronę jego uczeń – Tadeusz Gadacz. Wskazał, że rzeczywistość ważna dla człowieka wymaga mniej ścisłego podejścia: „Zasadnicze pytania filozofii człowieka dotyczą szeroko rozumianego ocalenia, a to wymaga głębokiego myślenia i niezależnie od tego, jak ono dotyka religii, teologii, Objawienia itd., ma inny charakter niż wtedy, gdy rozwiązuje się problemy logiczne, formalne”.
Ciekawa była odpowiedź samego ks. Józefa Tischnera. Nie bronił się. Zauważył tylko, że filozofia jest w kulturze nieprzerwanym strumieniem myślenia. „Oznacza to, że człowiek chcący być filozofem w jakiś sposób musi włączyć się w ten strumień”. Zatem filozofa usprawiedliwia to, w którym miejscu filozoficznej tradycji się odnajduje i jak się określa wobec innych filozofów.
W którym miejscu zaczął filozofować sam Tischner?
Tischner od Kartezjusza do Lévinasa
Widzieliśmy wyżej, że twórca filozofii dramatu odwołuje się do Kartezjusza, któremu filozofia zawdzięcza zwrot ku podmiotowi. Żyjąc w burzliwych czasach XVII wieku, kiedy na śmierć i życie walczyły ze sobą dwie prawdy religijne – protestancka i katolicka, Kartezjusz poszukiwał pewności. Nie znalazł jej na zewnątrz, tylko w sobie, w podmiotowym doświadczeniu myślenia („myślę, więc jestem”).
Na początku XX wieku do kartezjańskiego odkrycia nawiązał niemiecki filozof Edmund Husserl – twórca fenomenologii (z której ks. Tischner pisał doktorat i zrobił habilitację). Husserl zauważył, że nie tylko myślenie, ale także doświadczanie rzeczywistości w podmiotowym akcie poznania będzie nieomylne w granicach, w jakich samo „źródłowo się prezentuje” w świadomości.
Ale żeby do tego źródłowego doświadczenia przedmiotów (a raczej ich fenomenów) dotrzeć, trzeba odrzucić wszystko, co jest balastem – wszelką uprzednią wiedzę o danym przedmiocie, a nawet jego istnienie. W tak oczyszczonej w świadomości samej treści przedmiotu pomijamy wszystko, co nieistotne, i docieramy (w tzw. redukcji ejdetycznej) do istoty przedmiotu.

Husserl był przekonany, że w ten sposób odkrywamy prawdy absolutne. Bez względu na późniejszą krytykę tej teorii ważne jest, że zawsze jesteśmy skazani na jakiś opis doświadczenia i byłoby pożądane, aby był on maksymalnie obiektywny, nawet jeśli jest doświadczany w subiektywnej świadomości. Dlatego też metoda fenomenologiczna nie straciła na aktualności, mimo że nigdy nie była całkowicie obiektywna i absolutnie pewna, jak łudził się Husserl.
Najbardziej wpływowym uczniem Husserla był Heidegger, który jednak szybko poszedł własną drogą. Zainteresował go sposób bycia podmiotu, i to nie tyle jako podmiotu poznającego, co egzystującego w świecie. Można się domyślić, że jeśli sam „podmiot” uczynimy „przedmiotem” fenomenologicznej analizy, to otworzymy puszkę z licznymi paradoksami. Heidegger niespecjalnie się tym przejął, zaczął po prostu eksperymentować z językiem.
Podmiot to jest „bycie tu oto” (Dasein), rzucone w świat i zanurzone w czasowości – dotkliwie tego doświadczamy, zmierzając ku śmierci. Analizując te ludzkie „egzystencjały” (czyli istotne cechy Dasein), Heidegger stał się prekursorem egzystencjalistów.
Tischner zapożyczył od Husserla metodę fenomenologiczną, ale stosował ją bardzo swobodnie. Egzystencjaliści stali mu się bliscy ze względu na poruszaną tematykę (wolność, tragizm ludzkiego istnienia), ale nie odpowiadał mu ich pesymizm. Szukał drogi ocalenia dla człowieka.
Odnalazł ją dopiero u filozofów dialogu, zwłaszcza u Lévinasa – i dopiero wśród nich poczuł się jak u siebie. Oni pokazali, że to, co istotne, dzieje się w spotkaniu/dialogu dwóch podmiotów. Tak dochodzimy do filozofii dramatu – tischnerowskiej odmiany filozofii spotkania.
Filozofia dramatu
W 1950 r., czyli w czasach głębokiego stalinizmu, metropolita krakowski książę kardynał Adam Sapieha zlikwidował zakon augustianów. Miał istotny powód – prowincjał wsparł nową władzę i zasilił szeregi księży patriotów. Mury klasztoru na Augustiańskiej w Krakowie były więc świadkami dramatu zdrady.
W latach 80. XX wieku za długą salą nad augustiańskimi krużgankami, zwaną aulą, w której wykłady głosił Tischner, znajdowała się mniejsza sala, gdzie odbywały się seminaria. Jej okna wychodziły na klasztorny ogród, a dalej – na majestatyczny kościół na Skałce. Według historycznych podań w tym miejscu w 1079 r. z ręki króla Bolesława Śmiałego zginął biskup krakowski Stanisław. Kolejny dramat w zasięgu wzroku.
Oba te miejsca znajdują się na Kazimierzu, przed wojną dzielnicy żydowskiej. Cały ten obszar to świadek trudnej do pojęcia tragedii Holokaustu.
Tischner, obcując z tymi miejscami, dotykał ludzkiego dramatu w różnym wymiarze. Ale nie tu zrodziła się jego filozofia, tylko po drugiej stronie krakowskich Plant, na ulicy Staszewskiego, w murach Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Można zaryzykować twierdzenie, że – paradoksalnie – nieco przypadkowo. W 1980 r. filozof otrzymał propozycję poprowadzenia tam wykładu monograficznego.
Temat narzucił się sam – skoro wykład ma być w szkole teatralnej, postanowił popatrzeć na rzeczywistość przez pryzmat teatru.
„Być istotą dramatyczną znaczy: przeżywać dany czas, mając wokół siebie innych ludzi i ziemię jako scenę pod stopami” – pisze Tischner we wstępie do wydanej po raz pierwszy w 1990 r. „Filozofii dramatu”.
Do sceny mamy stosunek uprzedmiotawiający. A do innych ludzi? Krakowski filozof pisze zaskakująco: „Wbrew rozpowszechnionym poglądom nie widzę ich, nie słyszę, nie dotykam i w ogóle nie spostrzegam. To bowiem, co spostrzegam, jest tylko zewnętrznością, a nie człowiekiem jako człowiekiem, innym jako innym. Inny człowiek jako człowiek może pojawić się dopiero wtedy, gdy nie wykluczając całej »zewnętrzności« – stanie przede mną jako uczestnik mojego dramatu”.
Uczestnictwo w dramacie objawia istotę człowieczeństwa i wymaga całkiem innego otwarcia niż empiryczny stosunek do sceny.
Krytycy Tischnera
Jednym z bardziej zdumiewających owoców filozofowania Józefa Tischnera było to, że jego filozoficzni adwersarze zaczęli w końcu sami uzasadniać perspektywę, z której patrzył na rzeczywistość.
Jednym z nich był Alfred Gawroński (zmarły w 2021 r.), filozoficzny samouk i wnikliwy krytyk Tischnera. Urodził się we włosko-polskiej rodzinie. Jego ojciec, Jan Gawroński, był polskim dyplomatą, mama, Luciana Frassati, to siostra niedawno kanonizowanego przez Leona XIV Pier Giorgia Frassatiego. Dziadek ze strony matki zakładał jeden z najważniejszych włoskich dzienników – „La Stampa”.
Gawroński kupił kiedyś przypadkowo w Rzymie antologię tekstów brytyjskiej filozofii analitycznej. Stał się jej niestrudzonym propagatorem – zwłaszcza w późnej wersji, zajmującej się językiem potocznym. Publikował na ten temat w Polsce już w latach 70. – były to jedne z pierwszych artykułów o filozofii lingwistycznej, która problemy filozoficzne próbuje rozwiązywać poprzez analizę języka.
Z tekstów tych powstała opublikowana w 1984 r. bardzo dobrze w środowisku przyjęta książka „Dlaczego Platon wykluczył poetów z Państwa?” (gdy Gawroński przygotowywał się do kolokwium doktoranckiego na Uniwersytecie Warszawskim, jedna z profesorek, nie zwracając uwagi na jego nazwisko, poleciła mu lekturę jego własnej publikacji).
Końcowy rozdział książki Gawrońskiego zatytułowany jest „Zmierzch formacji kartezjańskiej”. Autor wykazuje liczne błędy w analizach Kartezjusza, zwłaszcza u Husserla. Niemiecki filozof zignorował fakt, że dążąc do czystej świadomości cały czas posługuje się językiem, który przecież zawiera w sobie silną kategoryzację rzeczywistości, więc czysta świadomość jest utopią. Dostaje się też Tischnerowi, głównemu w Polsce przedstawicielowi formacji kartezjańskiej.
Na początku lat 90. u Gawrońskiego następuje ciekawa wolta. W periodyku „Znak Idee” (4), tym samym, który publikował materiały z sesji „Jak filozofować?”, znalazł się jego artykuł „Kształcenie filozoficznej wizji”. Tekst ten opublikowany został na końcu numeru, świetnie puentując spory z auli Collegium Novum UJ.
Gawroński doszedł do wniosku, że w filozofii zawsze mamy do czynienia z dwoma źródłami poznania: refleksją i wynikającą z niej racjonalną argumentacją oraz z jakąś wizją rzeczywistości, czyli „wykształconą umiejętnością dostrzegania tego, czego człowiek nie wyrobiony zobaczyć nie potrafi”. Autor zauważa, że wiąże się z tym inna strategia uzasadniania „odwołująca się do obrazów i modeli rzeczywistości narzucających się przez swoją oczywistość”.
Ks. Michał Heller, kontynuując tę refleksję w artykule „Przeciw fundacjonizmowi”, powie, że każda propozycja filozoficzna zbudowana jest ze składowej „hermeneutycznej” i składowej „analitycznej”. Filozofie różnią się różnymi proporcjami tych składowych.
Pisząc to, obaj zapewne mieli na myśli Tischnera, choć żaden z nich tego wprost nie przyznał. Ale ich rozróżnienia doskonale uzasadniają jego filozofię.
Tischner nie stworzył szkoły, nie zbudował systemu, nie opracował nowej metody myślenia. Jego sposób filozofowania jest nie do powtórzenia, gdyż wrażliwość, która się za nim kryje, była zbyt oryginalna, a kunszt literacki zbyt wielki. Co zatem zostało? Wizja. Dająca wiele do myślenia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















