Od dekad jest ikoną młodzieżowego duszpasterstwa – a jednocześnie wstępy do poświęconych mu książek pisały intelektualne tuzy, jak Karl Rahner, Krzysztof Michalski czy Zygmunt Kubiak. Z różnych powodów fascynował różnych papieży. Młody ksiądz Giovanni Battista Montini – przyszły Paweł VI – widział w Pier Giorgiu pokrzepiającą odpowiedź na pokusę myślenia, że chrześcijańska koncepcja dążenia do doskonałości nie sprawdza się w realiach XX wieku.
Pod urokiem Frassatiego pozostawał student Karol Wojtyła, który później, jako krakowski kardynał, stawiał go za wzór dla młodzieży, jako świadka Chrystusa i człowieka Ośmiu Błogosławieństw, a jako papież beatyfikował w maju 1990 r. Jego kanonizacji chciał dokonać Franciszek, akcentując poświęcenie dla ubogich i potrzebujących. Papieska śmierć wymusiła jednak przesunięcie uroczystości na wrzesień i połączenie z ogłoszeniem świętym innego patrona młodych, Carla Acutisa.
Od śmierci do kanonizacji Acutisa minęło niespełna dwadzieścia lat. Frassati – mimo powszechnego kultu – czekał okrągłe stulecie. Dlaczego?
Na pewno przeszkadzał ciasny gorset kościelnych kanonów świętości. Jeszcze nie tak dawno nadgorliwi strażnicy moralności retuszowali z górskich fotografii Frassatiego fajkę, którą zawadiacko trzymał w zębach. Choć przecież trudno zakładać, że rajskie wrota są z zasady zamknięte dla palaczy, zwłaszcza że wiedzę o szkodliwości nikotyny dla zdrowia ludzkość posiadła dopiero w latach 60., a i Brat Albert prosił o papierosa na łożu śmierci…
Pier Giorgio Frassati nie chciał być księdzem
Wszystko zaczęło się nawet nie tyle hagiograficznie, ile wręcz apokryficznie – w bogatym domu włoskich elit. Do drzwi puka żebraczka z dzieckiem, otwiera kilkuletni Pier Giorgio. W odruchu serca ściąga i wręcza własne buciki i podkolanówki. A kiedy ojciec każe wygonić innego żebraka, bo śmierdzi alkoholem, Pier Giorgio zanosi się płaczem: – Może to Jezus przechodził, a myśmy Go przepędzili.
Rodzinna legenda? Pobożny obrazek wymyślony post factum, żeby jeszcze rozjaśnić blask aureoli? A może to po prostu nie tak w końcu rzadka sytuacja, kiedy rezolutne dziecko robi i mówi rzeczy zaskakujące albo nad wiek dojrzałe, budząc tkliwe zachwyty dorosłych?
Sęk w tym, że całe dalsze życie urodzonego w kwietniu 1901 r. Pier Giorgia potwierdza wydarzenia przypisywane jego dzieciństwu. Jako nastolatek odwiedza najbiedniejsze dzielnice rodzinnego Turynu, żeby pomagać potrzebującym. Związany z Konferencją św. Wincentego à Paulo i Uniwersytecką Federacją Katolików Włoskich, bierze pod opiekę dziesiątki ubogich rodzin.
Kiedy końca dobiega Wielka Wojna – zajmuje się sierotami, kalekami i weteranami. Podczas pandemii grypy hiszpanki nie boi się kontaktu z zarażonymi. Przez lata odwiedza szpital dla trędowatych, samodzielnie myje chorych, robi zastrzyki. Kiedy widzi, jak w sierocińcu zakonnica odpędza od stołu owrzodzonego chłopczyka, siada obok malca i demonstracyjnie jedzą posiłek wspólną łyżką.
To pierwsza istotna cecha Pier Giorgia: w jego dobroczynności nie ma nic z wielkopańskiego gestu. Wprawdzie nie opuszcza zamożnego domu, jak św. Franciszek, ale na wzór Biedaczyny z Asyżu chce służyć ubogim, dbając o serdeczną bliskość i autentyczne braterstwo. Między innymi dlatego wyklucza drogę kapłaństwa – tłumacząc, że postanowił
„służyć jako zwykły żołnierz, nie oficer. Prawdziwe dobro czyni się niepostrzeżenie, powoli, codziennie, w zwykłych sprawach. Trudno jest oficerowi mieć powodzenie w działaniu, które wymaga bliskości”.
Jeżeli sutanna ma być barierą, pozostanie świeckim.
Drugą cechą jest – by zacytować Jana Pawła II z jego pożegnalnej pielgrzymki do Polski w 2002 r. – wyobraźnia miłosierdzia. Czasem Pier Giorgio działa spontanicznie, ofiarowując biednemu na ulicy, w środku zimy, własny płaszcz. Ale z reguły stara się pomagać konsekwentnie, długofalowo.
Kiedy chory na serce biedak ma kłopoty z utrzymaniem rodziny, Pier Giorgio wpada na pomysł, by został sprzedawcą lodów. Na pożyczkę przeznacza sporą kwotę, żeby „dać temu biedakowi smak oszczędzania. Jeśli ta suma nie zostanie oddana, zyska na tym jego rodzina. Sądzę, że musimy działać w tym kierunku. Pięknie jest dawać pieniądze i chleb, ale jeszcze piękniej dać pracę i okazję do odkładania pieniędzy”.
Nie przybierał pozy mistyka i ascety, był młodzieńcem z ułańską fantazją
Co zaskakujące, to radykalnie ewangeliczne życie rodzi się i rozwija w okolicznościach mało sprzyjających. Ojciec Pier Giorgia jest wprawdzie postacią nietuzinkową i wpływową – właścicielem i redaktorem naczelnym liberalnego dziennika „La Stampa”, najmłodszym senatorem zjednoczonego Królestwa Włoch i ambasadorem w Berlinie – ale z Kościołem nie było mu po drodze.
Wiara matki jest płytka i zrytualizowana. To kochająca się rodzina, ale w czasach dominacji zimnego chowu jakby żyjąca obok siebie. Bliscy Pier Giorgia nie mają pojęcia, jak bardzo poświęcił się pomocy potrzebującym i jak głębokie jest jego życie duchowe. Nie zawsze wiedzą, dlaczego np. się spóźnia (pieniądze na bilety tramwajowe oddaje biednym) bądź wychodzi aż tak wcześnie rano (modlitwa i msza).

W efekcie nagle przerwane w 1925 r. życie Pier Giorgia zwieńczy scena, która przywodzi na myśl średniowieczną „Złotą legendę”, tyle że tym razem poświadczona została dziesiątkami świadectw. Otóż na jego pogrzebie, ku zaskoczeniu rodziny, pojawią się tysiące prostych ludzi, z wdzięczności dla ich syna i brata.
Rozwijająca się dyskretnie świętość objawia się i jaśnieje pełnym blaskiem dopiero po śmierci. Na dodatek po kilku dekadach, gdy jego ciało przenoszono z rodzinnego grobowca do katedry św. Jana Chrzciciela w Turynie, okazało się, że pozostało nienaruszone biologicznym rozkładem. Dla niektórych może to wszystko być nieznośnie mdłe od patetyzmu i cudowności, tyle że… wydarzyło się naprawdę.
Zresztą nie sposób bliskim Pier Giorgia czegokolwiek wyrzucać, bo na co dzień nie przybierał pozy ascety i mistyka, pozostając rozbrykanym dzieckiem i młodzieńcem z ułańską fantazją. Zapalony narciarz i znakomity alpinista: góry to jego druga po Bogu miłość.
„Z każdym mijającym dniem coraz bardziej kocham się, na umór, w górach; ich czar mię zniewala” – pisze w jednym z listów i dodaje w kolejnym, że „z każdym dniem coraz głębiej się pogrążam w miłości do gór i chciałbym, jeśli studia mi na to pozwolą, spędzać całe dnie tam wysoko i w tym czystym powietrzu kontemplować Wielkość Stwórcy”.
Górskie wyprawy stają się okazją do nienachalnego ewangelizowania rówieśników. W tym celu, na rok przed śmiercią, Pier Giorgio zakłada Stowarzyszenie Ciemnych Typów, działające w duchu… terrorystycznym. Z sowizdrzalskim humorem podpisuje się jako Pier Giorgio Robespierre, zgodnie z przyjętą dewizą: Terror omnia vincit. Pobrzmiewa w tym jednak nie tylko młodzieńcza zgrywa.
Kiedy w 1922 r. został tercjarzem dominikańskim, przyjął imię Girolamo (Hieronim), na cześć florenckiego dominikanina Savonaroli – żarliwego reformatora, ekskomunikowanego przez papieża Borgię, powieszonego i spalonego na stosie, a wkrótce przez Kościół zrehabilitowanego.
Te różne oblicza Pier Giorgia wzajemnie sobie nie przeczą; przeciwnie – logicznie się uzupełniają i równoważą. Po wielu latach różni ludzie będą na jednym oddechu wspominać jego skupioną modlitwę, spontaniczne recytowanie Dantego, głośne przyśpiewki i sztubackie żarty. Jego wiara nie odgradzała od świata, ale umożliwiała jeszcze intensywniejsze jego przeżywanie. Uświęcała, ale nie zamieniała w anioła lewitującego nad ziemią.
Doskonałym przykładem jest jego duchowość eucharystyczna. Od trzynastego roku życia Pier Giorgio starał się codziennie przyjmować Komunię świętą, jego adoracje zamieniały się w rodzaj mistycznego transu. To doświadczenie zawsze jednak mobilizowało do konkretnego działania: „Jezus w Komunii odwiedza mnie co rano, ja odpłacam Mu na swój ubogi sposób – odwiedzam biedaków”.
Frassati – ojca i syna połączył sprzeciw wobec faszyzmu
Chrześcijaństwo Frassatiego nie było bezzębne ani oderwane od biegu bieżących wydarzeń, także politycznych. Z medytacji nad listami św. Pawła wyniósł przekonanie o równości wszystkich ludzi, ale nie zatrzymał się na abstrakcyjnych rozważaniach o godności, tylko w duchu encykliki „Rerum novarum” zaangażował się w walkę o sprawiedliwość społeczną.
Powtarzał, że sama dobroczynność nie wystarczy, konieczne są reformy. Bez wątpienia był katolikiem lewicującym, aktywnym członkiem Włoskiej Partii Ludowej (PPI) .

Ten zabarwiony socjalistyczną czerwienią rys chadecki zderzał się z liberalizmem jego ojca, Alfreda, balansującym między agnostycyzmem i ateizmem. Ilustruje to anegdota, gdy Pier Giorgio z zapałem i sukcesem namawiał turyńczyków do prenumeraty katolickiego dziennika „Momento”, czym – chcąc nie chcąc – wspierał rynkową konkurencję własnego rodziciela. Gdy wieści o tych wyczynach dotarły do Frassatiego seniora, miał się żachnąć do syna: „Idź jeść do redakcji »Momento«”…
Niestety nie wiadomo, czy do Alfreda dotarły powtarzane przez Pier Giorgia zapowiedzi, że rodzinny majątek – w razie jego odziedziczenia – rozda ubogim. Spięcia nie położyły się jednak głębszym cieniem na relacjach między ojcem i synem. A politycznie połączył ich sprzeciw wobec faszyzmu.
Po zdobyciu władzy przez Mussoliniego ojciec natychmiast zrezygnował z ambasadorowania w Berlinie. Za nonkonformizm zapłacił słoną cenę, zmuszony do sprzedaży „La Stampy”. Gdy zaś wspomniane „Momento” poparło faszystów, Pier Giorgio wezwał do bojkotu dziennika, nazywając go „brudną gazetą, która oszukuje ludzi”. Ze świętym – nomen omen – oburzeniem krytykował katolików, których uwiodła totalitarna siła i przyswoili sobie „moralność morderców i złodziei”.
W czerwcu 1924 r. sześciu faszystowskich bojówkarzy napada na turyński dom Frassatich. Następnego dnia Pier Giorgio relacjonuje w liście do przyjaciela:
„Drogi Tonino! Piszę, żeby Cię uspokoić: dowiesz się z dziennika, że wczoraj ponieśliśmy małe straty w naszym mieszkaniu ze strony tych sk… faszystów. Było to przedsięwzięcie tchórzy i tyle”.
Kiedy jeden z napastników usiłuje przeciąć kabel od telefonu, dostaje od Pier Giorgia z pięści.
„Szczęśliwie możemy się chlubić, że zawsze byliśmy przeciwko tej partii, złożonej ze złoczyńców, złodziei, morderców, jednym słowem: byliśmy przeciw samemu faszyzmowi” – komentował przyszły patron młodzieży, który na koncie ma również m.in. agitację w fabrykach, nocne rozlepianie wyborczych plakatów okupione bójką z komunistami oraz uliczną szarpaninę z policją i konnymi gwardzistami podczas pokojowego przemarszu katolików przez Rzym.
Krótko mówiąc: Frassati ćwiczył się w pokorze, ale pokory nie zwykł traktować jako wymówki dla własnego tchórzostwa.
Pier Giorgio Frassati – patron demokracji i praw człowieka
Ta relikwia drugiego stopnia szczególnie ujęła papieża Franciszka. Na dzień przed śmiercią, dotknięty postępującym paraliżem, Pier Giorgio z trudem napisał kilka słów na kartce, którą przekazał koledze. Koślawe litery niosą prostą treść: „To są zastrzyki Converso. Zaświadczenie jest na Sappę. Zapomniałem o nim, odnów je na mój rachunek”.
Do końca pamiętał o swoich chorych i ubogich. Siostrze Lucianie pokazał swoje garnitury. Jemu już nie będą potrzebne, niech trafią do rodzin, którymi się opiekuje.
Jest zastanawiające, że tak witalny człowiek, dopiero przekraczający próg dorosłości, często mówił i pisał o śmierci. W typowym dla siebie stylu, niczego przesadnie nie komplikując: śmierć to wyczekiwane przejście do życia wiecznego, spotkanie z Bogiem, zawsze trzeba być na nią gotowym.
Z tej perspektywy w jego przedwczesnym odejściu widać refleksy Opatrzności. Dla tych, którzy nie dzielą jego wiary – była przypadkowa i niepotrzebna, absurdalna. Tertium non datur. Zgasł w zaledwie sześć dni, w lipcu 1925 r.
Studiował inżynierię górniczą, miał przed sobą ostatnią prostą egzaminacyjną. Źle się poczuł, ale nikt nie przywiązywał wagi do jego bólu głowy i gorączki, bo w tym samym czasie w domu umierała jego babcia. Lekarze nie alarmowali, on sam nie chciał się narzucać. W jego oczach byłoby to niechrześcijańskie, a pewnie i niemęskie.
Jednak to, co diagnozowano jako przeziębienie albo anginę, okazało się zakażeniem wirusem polio. Niewykluczone, że zaraził się w turyńskich dzielnicach biedoty. Stan był ciężki, fachowe leczenie przyszło zbyt późno.
Kościół widzi w nim patrona młodzieży i studentów, Akcji Katolickiej i ludzi gór. Słusznie. Ale na początku lat 90. minionego wieku, we wstępie do swojego przekładu listów Pier Giorgia, Zygmunt Kubiak podał inny trop:
„Czego szczególnie będzie świadkiem i patronem dla przyszłego stulecia? Może tych wielkich spraw związanych z tragizmem naszego wieku: cierpliwej troski o demokrację i prawa człowieka; czujnego odtrącania totalitaryzmu i jego przesłanek (w przemocy i pogardzie) nieraz łudząco przebranych w pozory sprawiedliwości historycznej”.
Brzmi niepokojąco aktualnie. Święty Piotrze Jerzy, módl się za nami.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















