Kosmiczne rzemiosło. Czym Polska błyszczy na orbicie

Polska stała się ważną częścią europejskiego sektora kosmicznego. Mamy własnego astronautę, własne satelity i własnych championów technologicznych. A to dopiero początek.
Czyta się kilka minut
ICEYE - satelita SAR czwartej generacji nad Brazylią // ICEYE
ICEYE - satelita SAR czwartej generacji nad Brazylią // ICEYE

Polska w kosmosie to już nie mem. Jeszcze dekadę temu hasło „Poland can into space” było internetowym żartem, a utworzenie Polskiej Agencji Kosmicznej przyjmowano szyderczym uśmiechem. Ale w ciągu ostatnich lat rodzima branża wystrzeliła niczym rakieta: z garstki naukowców i studentów konstruujących prototypy zmieniła się w prężny sektor zatrudniający ok. 15 tysięcy osób w blisko 450 firmach, instytutach i start-upach.


Ten artykuł znalazł się w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Made in Polska” – do kupienia w punktach z dobrą prasą, salonach prasowych oraz w naszym sklepie internetowym >>> 

Dla subskrybentów cyfrowych wszystkie treści z wydania specjalnego dostępne są w serwisie Made in Polska >>> 


Polscy inżynierowie budują satelity, zarządzają danymi z orbity i dostarczają technologie na światowy rynek.

– Branża kosmiczna wpisała się już na stałe w krajobraz gospodarczy kraju – mówi Paweł Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego (ZPSK). – Wszyscy wiedzą, że dostarcza produkty i usługi bardzo ważne dla gospodarki, a szczególnie dla bezpieczeństwa i obronności.

Polska w ESA

Za punkt zwrotny uchodzi przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) w 2012 r.

– To był impuls, który uruchomił lawinę – ocenia Łukasz Wilczyński, prezes Europejskiej Fundacji Kosmicznej i Planet Partners. – Polska dołączyła do grona krajów traktujących sektor kosmiczny jako element budowania nowoczesnej gospodarki opartej na technologii i danych. 

ESA stała się dla nas nie tylko źródłem zleceń, ale i szkołą technologii: jasno definiowała wymagania, standardy testów, procedury projektowania, a jednocześnie finansowała projekty, jeśli tylko potrafiliśmy dostarczyć produkt na odpowiednim poziomie. W ten sposób w ciągu kilku lat polskie firmy nauczyły się kosmicznego rzemiosła, zdobywając kontrakty i partnerów za granicą.

Wejście do ESA pociągnęło za sobą szereg zmian instytucjonalnych. Powołano Polską Agencję Kosmiczną (POLSA) jako krajowego partnera dla ESA i wsparcie dla rodzimego sektora. Powstał Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego, jednoczący nowe podmioty i reprezentujący ich interesy.

– To był sprint, tempo pojawiania się nowych firm było niesamowite – wspomina Wilczyński pierwsze lata po akcesji do ESA.

Co ważne, ESA chroniła raczkujący polski przemysł w ramach programów dla nowych członków (tzw. instrumentów incentive): początkowe konkursy były zarezerwowane wyłącznie dla polskich podmiotów. Dzięki temu rodzime zespoły mogły spokojniej podnosić swoje kompetencje i technologie na wyższe poziomy gotowości, zanim stanęły do otwartej konkurencji z gigantami.

Polskie satelity

Już pierwsze polskie satelity naukowe – Lem i Heweliusz z serii BRITE, zbudowane przez Centrum Badań Kosmicznych PAN – pokazały, że mamy potencjał. Na orbicie wyprzedził je jednak maleńki, studencki PW-Sat, wysłany w 2012 r.

Te pionierskie projekty miały charakter eksperymentalny: zdarzały się porażki, ale były bezcenną lekcją dla naukowców, inżynierów i młodych adeptów. Od 2020 r. nastąpił jednak jakościowy przełom. Rozpoczęła się era małych, seryjnie wytwarzanych satelitów.

– Tam, gdzie wcześniej wysyłaliśmy w kosmos pojedyncze obiekty, teraz pojawiły się ich całe konstelacje – zauważa dr Jakub Bochiński, dyrektor produktów kosmicznych w Creotech Instruments. – Wchodzimy w świecę pionową wzrostu: nie pytamy już, czy się uda, tylko ile satelitów jesteśmy w stanie zbudować.

Rzeczywiście, Polska zbliża się właśnie do symbolicznej granicy: łączna masa naszych satelitów na orbicie wkrótce przekroczy tonę – coś, co dekadę temu brzmiało niewiarygodnie.

Polska w kosmosie długo była dostawcą podzespołów i podwykonawcą. Dziś mamy już kompetencje do integrowania całych systemów satelitarnych.

– Jeszcze 10 lat temu jedynym wyjściem było po prostu kupić gotowe satelity. Dziś, na przykładzie projektu budowy konstelacji satelitów obserwacyjnych, widać, że polskie firmy potrafią same podjąć się takiego zadania – podkreśla Paweł Wojtkiewicz.

Rzeczywiście, pod koniec 2023 r. ogłoszono plan zbudowania pierwszej, stworzonej na potrzeby polskiej administracji i nauki konstelacji satelitów optycznych i radarowych (projekt CAMILA) – czterech satelitów obserwacji Ziemi, które od 2027 r. mają dostarczać wysokorozdzielcze obrazy. Wart 85 mln euro kontrakt przewiduje, że krajowe firmy zdobędą przy tym wiedzę w zakresie produkcji i integracji całych serii satelitów, co pozwoli im zaistnieć w europejskich łańcuchach dostaw.

Na naszych oczach wyrastają też polscy „prime contractorzy” – firmy, które samodzielnie prowadzą duże projekty kosmiczne. 

Przykładem Creotech Instruments z Piaseczna, który z niewielkiego, powstałego w 2012 r. start-upu urósł do roli głównego wykonawcy kilku misji: konstelacji satelitów obserwacyjnych dla wojska (projekt MikroGlob o wartości ponad 500 mln zł) oraz satelitów rozpoznawczych PIAST, współfinansowanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, czy wspomnianej konstelacji CAMILA.

Creotech pracuje też nad zaawansowanymi technologiami, np. we współpracy z europejskim koncernem OHB rozwija system satelitarny do orbitalnego tankowania satelitów. W ciągu najbliższych kilku lat tylko ta firma ma zakontraktowane wyniesienie na orbitę ponad 10 satelitów dla wojska i dla administracji cywilnej. Creotech dostarcza także skalowalne systemy naziemne do ich obsługi i analizy danych, co pozwoli elastycznie rozwijać polskie konstelacje satelitarne w miarę rosnących potrzeb kraju.

Inny przykład to wrocławska firma SatRevolution, która produkuje nanosatelity. Warszawska spółka CloudFerro z kolei wyspecjalizowała się w naziemnej infrastrukturze danych i zarządza ogromnymi repozytoriami obrazów satelitarnych dla programu Copernicus – stała się wręcz liderem europejskim w tej niszy, obsługując kluczowe platformy danych dotyczących obserwacji Ziemi.

Satelity radarowe Iceye

Za inny flagowy okręt naszego sektora kosmicznego uchodzi spółka Iceye. Założył ją w 2014 r. inżynier Rafał Modrzewski wraz z fińskim kolegą, początkowo, by monitorować ruch lodowców (stąd nazwa: „ice eye”). Szybko jednak rozszerzyli misję na dostarczanie niezawodnych danych z radarowych mikrosatelitów (SAR), dostępnych dla klientów na całym świecie o każdej porze dnia i nocy.

Pod kierunkiem Modrzewskiego Iceye dokonała rzeczy pozornie niemożliwej: zminiaturyzowała satelity z radarem SAR, redukując koszt pojedynczej misji stukrotnie względem tradycyjnych systemów.

W 2018 r. firma umieściła na orbicie pierwszego satelitę, a do dziś wystrzeliła ponad 50 obiektów tego typu na potrzeby własne i swoich klientów. Jej radary dostarczają obrazowania o rozdzielczości do 25 cm, z niespotykaną częstotliwością (to jedyna firma na rynku oferująca przelot nad dowolnym miejscem Ziemi co godzinę).

Iceye wyceniana jest na przeszło 600 mln dolarów i współpracuje z najbardziej wymagającymi klientami, od amerykańskiego Departamentu Obrony po agencje zarządzania kryzysowego i globalne koncerny ubezpieczeniowe. I choć spółka jest zarejestrowana w Finlandii, to w Polsce projektuje i rozwija część swoich systemów, podpisała również głośny kontrakt z MON.

W maju 2025 r. ogłoszono, że polska armia kupi trzy satelity radarowe Iceye (z opcją na kolejne trzy), z pełną infrastrukturą umożliwiającą odbiór i analizę danych w kraju. Wartość umowy (ok. 200 mln euro) czyni z Iceye jednego z kluczowych dostawców naszych technologii obronnych.

– To wielki dzień, bo zyskujemy pełną niezależność w radarowym rozpoznaniu satelitarnym. Jesteśmy dumni, że to Polak założył taką firmę, a my pozyskujemy najlepsze zdolności na świecie – podkreślał wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz podczas podpisania umowy.

Trudno o lepszy dowód, że polska myśl techniczna w sektorze kosmicznym osiągnęła światowy poziom i zaczyna wracać do kraju w postaci zaawansowanych produktów.

Kosmos nie tylko dla wojska

Skąd nagła determinacja państwa, by inwestować w kosmos? Wojna w Ukrainie dobitnie uzmysłowiła politykom i wojskowym, że „nie ma obronności bez Space’u” – jak ujął to dyrektor generalny ESA Josef Aschbacher. Już pierwsze godziny rosyjskiej agresji rozpoczęły się od ataku na satelity komunikacyjne (hakowanie sieci Viasat), a dalszy przebieg konfliktu pokazał kluczową rolę obrazowania satelitarnego.

– Cywilne zdjęcia firmy Maxar, które oglądaliśmy w mediach, były imponujące, a wojskowi dysponowali jeszcze dokładniejszymi – zauważa Łukasz Wilczyński, podkreślając, jak ogromną przewagę dało Ukrainie wsparcie zachodnich satelitów rozpoznawczych i komunikacyjnych.

To doświadczenie przełożyło się na przyspieszone decyzje o zbrojeniu Polski w rodzime satelity: wspomniane konstelacje rozpoznawcze MikroGlob, zakup satelitów Iceye czy plan budowy narodowego systemu świadomości sytuacyjnej w kosmosie (SSA).

Równolegle powstają inicjatywy „dual-use” – zdolne służyć wojsku i celom cywilnym. Przykładem tworzony przy CBK PAN hub bezpieczeństwa ESA, który ma gromadzić dane satelitarne dla służb kryzysowych (projekt ESA Space Security Hub Poland). Już w 2023 r. jego pilotaż pomógł monitorować sytuację podczas powodzi – m.in. wykorzystując obrazowania dostarczane przez Iceye.

Na co dzień jednak kosmos służy nie tylko armii. – Mówimy o integralnej części światowej gospodarki, także polskiej. Nie da się dziś prowadzić działalności w żadnym sektorze bez usług sektora kosmicznego. Nawet dojeżdżając do pracy autobusem, tramwajem czy metrem, mamy szansę skorzystania z usług ITS, dostarczanych przez warszawską spółkę GMV Innovating Solutions – zaznacza Wilczyński.

Możliwości kosmicznej perspektywy

Rzeczywiście: od rolnictwa przez transport po finanse – wszędzie korzystamy z danych satelitarnych. Dokładne obserwacje Ziemi pozwalają monitorować uprawy i przewidywać plony, śledzić zmiany klimatu, wykrywać nielegalne wysypiska czy oceniać szkody po klęskach żywiołowych.

Systemy nawigacji satelitarnej (GPS, Galileo) zapewniają sprawne działanie transportu i logistyki, a satelity telekomunikacyjne umożliwiają transmisję danych, sygnałów telewizyjnych czy łączność w trudno dostępnych rejonach.

– Kosmos jest bliżej nas – niemal każdy codziennie z niego korzysta. Zapotrzebowanie na usługi i sprzęt satelitarny ciągle rośnie – zauważa Witold Witkowicz, prezes Iceye Polska. – To doskonała perspektywa rynkowa, która zachęca do inwestowania i działania – dodaje, podkreślając, że w Polsce nie brakuje utalentowanych inżynierów i naukowców spragnionych wyzwań. 

Jego zdaniem właśnie połączenie głodu wielkich rzeczy z globalnym trendem dostępności technologii kosmicznych sprawiło, że także w Polsce prywatny sektor kosmiczny rozwinął się tak dynamicznie.

Dane satelitarne są niezbędne również dla funkcjonowania zaawansowanej gospodarki i administracji publicznej. Nic dziwnego, że coraz więcej krajów dąży do posiadania własnych konstelacji i suwerennych systemów satelitarnych. – To, co kiedyś było domeną supermocarstw, dziś jest znacznie bardziej dostępne – wskazuje Witkowicz.

Dzięki firmom takim jak Iceye dostęp do danych satelitarnych, a nawet własnych satelitów stał się więc łatwiejszy, szybszy i tańszy. Polska korzysta z tej zmiany. Przykładowo, oprócz narodowych programów, bierze udział w tworzeniu ogólnoeuropejskiej megakonstelacji telekomunikacyjnej IRIS², która ma zapewnić bezpieczną łączność satelitarną w UE.

Aby jednak w pełni skorzystać z kosmicznej koniunktury, musimy pamiętać, że krajowy rynek to za mało. – Należy myśleć przynajmniej w perspektywie europejskiej, a docelowo globalnej – zaznacza prezes Iceye Polska. Innymi słowy, nasze firmy muszą mierzyć w eksport i współpracować międzynarodowo. A to wymaga strategii.

– Od początku prac nad naszymi produktami zadbaliśmy o głęboką integrację z łańcuchami dostaw w Europie – mówi dr Jakub Bochiński z Creotech Instruments. – Nasze systemy opierają się na dostawcach z Polski i krajów UE, i są projektowane zgodnie ze standardami wymaganymi przez międzynarodowych odbiorców. Dzięki temu satelity budowane w Piasecznie mogą od razu stać się częścią szerszych, unijnych konstelacji.

Czego brakuje polskim projektom kosmicznym

Polskie państwo przez lata nie nadążało za rozwojem sektora. Co prawda w 2017 r. rząd przyjął Polską Strategię Kosmiczną, wyznaczającą cel 3 proc. udziału polskiego przemysłu w europejskim rynku kosmicznym do 2030 r. oraz zapowiadającą stworzenie Krajowego Programu Kosmicznego. Jednak przez kolejne lata program nie został wdrożony, a strategia się zdezaktualizowała.

„Rynek rozwinął się szybciej, niż przewidywały jej założenia” – przyznają eksperci. Z jednej strony to dobrze – polskie firmy przerosły oczekiwania. Z drugiej strony brak państwowego planu rodzi pytania o długofalową wizję.

Dopiero niedawno rząd wykonał bardziej zdecydowane kroki. W 2023 r., na fali entuzjazmu po wyborze polskiego astronauty do misji na ISS, Polska znacząco zwiększyła składkę do ESA – łącznie 360 mln euro na lata 2023–2025, co stawia ją w rzędzie z takimi krajami jak Belgia, Hiszpania czy Szwajcaria. Ta decyzja całkowicie zmieniła pozycję Polski w ESA – podkreśla Ministerstwo Rozwoju: jesteśmy teraz postrzegani jako poważny gracz.

Co ważne, składki członkowskie wracają do kraju w postaci kontraktów – polskie podmioty tylko w 2024 r. wygrały 153 kontrakty o wartości blisko 87 mln euro. Łącznie przez 13 lat obecności w ESA Polska uczestniczyła już w ok. 700 projektach kosmicznych o wartości przekraczającej 320 mln euro.

– To od nas samych zależy, w którą stronę pójdzie krajowa branża – podkreśla Witold Witkowicz. Szans nie zabraknie, zwłaszcza w ramach nowych inicjatyw UE i ESA. Warunek – trzeba inwestować w innowacje i ludzi.

Eksperci zgodnie apelują o zwiększenie nakładów na badania naukowe. „Bez solidnego komponentu naukowego trudno o przełomowe technologie. Tymczasem w polskich programach kosmicznych rola badań podstawowych bywa marginalizowana” – ostrzegają. 

Od zakończonych sukcesem misji Lema i Heweliusza nie wysłaliśmy żadnego satelity badawczego, a obiecujący projekt teleskopu UV Sat utknął na etapie koncepcji. Niedawno polski zespół zdobył prestiżowy grant ERC na misję HYADES, która ma poszukiwać źródeł wody w kosmosie – być może to przełom i okazja, by wrócić do gry także na polu naukowym.

Polski czas w kosmosie

Dwutygodniowy pobyt na orbicie Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego  może być dla branży silnym bodźcem. 

– W Wielkiej Brytanii lot Tima Peake’a posłużył za dźwignię do zwiększenia zatrudnienia w sektorze o 30 tys. osób – przypomina dr Bochiński. – Taka misja inspiruje młodzież do wyboru studiów technicznych i sprawia, że zdolni inżynierowie czy menedżerowie z innych branż zaczną traktować kosmos jak realną ścieżkę kariery. A bez napływu świeżych talentów trudno rozwijać przemysł.

Polska branża kosmiczna przebyła długą drogę, „od powerpointów do satelitów”. Z kraju, który w 2012 r. uczył się podstaw, staliśmy się ważnym uczestnikiem europejskiego sektora kosmicznego. W tej grze nie gramy już na peryferiach – mamy własnych championów technologicznych i coraz silniejszą pozycję w ESA. Kolejnym krokiem może być organizowany w 2027 r. w Polsce największy kongres kosmiczny świata, International Astronautical Congress. Trzeba wykorzystać sprzyjający moment.

– Popyt rośnie, a wraz z nim cały przemysł – podsumowuje Witkowicz, wskazując, że sektor kosmiczny może stać się jedną z lokomotyw innowacyjnej gospodarki. Jeśli uda się sprostać tym wyzwaniom, motto z memów stanie się rzeczywistością. „Poland can into space”, i to na dłużej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”