Najpierw na monitorach zgasł jeden z sześciu silników. Potem dwa kolejne. A 7 minut od startu z kosmodromu w Teksasie zamilkły wszystkie transmisje ze Starshipa numer 7, najnowszego prototypu ogromnego pojazdu kosmicznego budowanego przez SpaceX Elona Muska.
Kraksa Starshipa
Turyści spędzający późne popołudnie na plażach archipelagu Turks i Caicos chwilę później zobaczyli pokaz fajerwerków: setki płonących fragmentów pojazdu pędzących po wieczornym niebie. Sądząc po udostępnionych w sieci nagraniach, byli zachwyceni – czego nie można powiedzieć o pilotach kilkunastu cywilnych samolotów, które zostały przekierowane na inne lotniska lub musiały czekać nad morzem niemal przez godzinę, zanim ostatnie kawałki prototypowego statku nie spadły bezpiecznie do morza z wysokości niemal 150 kilometrów.
Watch Starship's seventh flight test → https://t.co/QNCSPTewLA https://t.co/wWJtyFMrfI
— SpaceX (@SpaceX) January 14, 2025
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Chociaż ten rezultat lotu Starshipa nie był zupełnie nieprzewidziany – pojazd jest na etapie wczesnych testów – to na pewno był rozczarowaniem dla inżynierów SpaceX. Prototyp, którego szczątki spadły do Atlantyku, był nową wersją pojazdu, wyposażoną w lepszą osłonę termiczną, której działanie miał przetestować lot.
Sam Starship, składający się z orbitalnego pojazdu i wielkiej rakiety nośnej SuperHeavy, ma być największą rakietą kosmiczną świata, zdolną do wynoszenia w kosmos nawet 100 ton ładunku, a po dotankowaniu potencjalnie latającą na Księżyc czy Marsa. NASA podpisała ze SpaceX kontrakt, na mocy którego zmodyfikowana wersja pojazdu ma służyć jako księżycowy lądownik podczas misji Artemis. Elon Musk od lat zapowiada, że flotylla Starshipów miałaby także pomóc skolonizować Czerwoną Planetę, a wcześniej wykosić konkurencję na rynku komercyjnych lotów kosmicznych dzięki poważnemu obniżeniu ceny za wynoszenie satelitów.
Udany start rakiety Blue Origin
Rozczarowanie SpaceX mogło być tym większe, że zaledwie kilkanaście godzin wcześniej udany start zaliczył inny prototyp, który może stanowić dla nich bezpośrednią konkurencję. Nieco mniejsza, ale wciąż ogromna 100-metrowa rakieta New Glenn zbudowana przez firmą Blue Origin, założoną przez drugiego z najbogatszych ludzi świata, Jeffa Bezosa.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
New Glenn (nazwany na cześć pierwszego Amerykanina na orbicie, Johna Glenna) to swoista aberracja. Budujące go Blue Origin do tej pory stworzyło jedynie maleńką rakietę New Shepard (ta z kolei nosi imię pierwszego obywatela USA, który wykonał lot suborbitalny, Alana Sheparda), wożącą od kilku lat turystów na skraj kosmosu.
Mimo to, już pierwszy lot nowej, wielkiej rakiety okazał się (w zasadzie) udany. New Glenn wystartował z przylądka Canaveral i wyniósł w kosmos należący do Blue Origin ładunek. Nie udało się jednak odzyskać pierwszego stopnia rakiety, który miał wylądować na pokładzie zacumowanej na Atlantyku barki tak, jak robią to już od lat należące do Muska rakiety Falcon 9.
Znaczenie kosmicznego transportu
To właśnie Falcon jest głównym celem Bezosa. Zbudowana przez SpaceX rakieta była prawdziwą rewolucją w lotach w kosmos. Jako pierwsza jest w znacznym stopniu pojazdem wielokrotnego użytku (pierwszy człon powraca na Ziemię i może być wykorzystywany ponownie, drugi nie ma takiej możliwości), co nie tylko znacząco obniża koszty startów, ale też pozwala SpaceX latać w kosmos nawet kilka razy w tygodniu. W 2024 r. firma Muska wystrzeliła Falcony 134 razy. To ponad połowa wszystkich startów wykonanych w ubiegłym roku przez ludzkość.
Chociaż Starship – większy, potencjalnie tańszy w eksploatacji i potencjalnie w całości nadający się do ponownego wykorzystania – może ponownie podnieść poprzeczkę, do jego wejścia do służby zapewne zostało jeszcze co najmniej kilka lat. Za to New Glenn, którego możliwości są porównywalne lub większe od możliwości Falcona, udowodnił właśnie, że może zabierać się do roboty już dziś.
Blue Origin ma zbliżone ambicje do SpaceX: uruchomić sieć satelitów (Projekt Kuiper) konkurującą ze Starlinkiem, świadczyć usługi transportu towarów i ludzi na orbitę oraz rozwijać technologie pozwalające na załogowe misje poza orbitę Ziemi. Firma Bezosa przymierza się także do zbudowania komercyjnej stacji kosmicznej, która miałaby stać się pierwszym prywatnym „parkiem biznesowym” poza powierzchnią Ziemi. W tym przypadku New Glenn, którego komercyjne starty miałyby zacząć się jeszcze w tym roku, byłby nieoceniony.
Chińska konkurencja
Po drugiej stronie globu Chiny rozwijają własne rakiet wielokrotnego użytku. Główny państwowy wykonawca – China Aerospace Science and Technology Corporation (CASC) – planuje pierwszy lot nowej, czterometrowej rakiety wielokrotnego użytku w 2025 r., a jeszcze większej, pięciometrowej – w 2026 r.
Najważniejsze chińskie przedsięwzięcie to obecnie rakieta Long March 10, kluczowa dla chińskiego planu wysłania astronautów na Księżyc do 2030 r. W wariancie z pojedynczym członem ma służyć do wynoszenia nowej generacji statków załogowych na niską orbitę okołoziemską, zaś w wersji trójczłonowej – do lotów w kierunku Księżyca. Dodatkowo, w planach jest także nieco mniejszy, czterometrowy pojazd o zdolności wynoszenia do 6,5 tony na orbitę synchroniczną ze Słońcem.
Co ciekawe, CASC nie jest jedynym graczem w Chinach. Rośnie tam także sektor prywatny – firmy takie jak iSpace, Landspace, Galactic Energy, Space Pioneer czy Deep Blue Aerospace próbują wprowadzać na rynek konkurencyjne nośniki wielokrotnego użytku, nierzadko wspierane przez państwo bądź jego partnerów. Ich rakiety – m.in. Hyperbola-3, Zhuque-3, Pallas-1 czy Tianlong-3 – są rozwijane z myślą o zwiększaniu dostępności kosmosu dla rozmaitych ładunków, w tym dla potencjalnych megakonstelacji satelitarnych.
Europejska Agencja Kosmiczna również ma swoje plany budowy tanich rakiet wielokrotnego użytku, które mogłyby rywalizować z amerykańskimi czy chińskimi, ale projekt Ariane Next prawdopodobnie nie zaowocuje żadną nową rakietą wcześniej niż w latach 30.
Ile warta jest obecność w przestrzeni kosmicznej
Rywalizacja między prywatnymi firmami – Blue Origin, SpaceX czy chińskimi start-upami – przynosi szybszy postęp technologiczny i obniżanie kosztów usług wynoszenia satelitów. NASA, dotychczas największy gracz w branży, coraz częściej bazuje na zleceniach dla firm prywatnych, zamiast prowadzić samodzielne programy rakietowe. Taka polityka sprawdziła się choćby przy lotach zaopatrzeniowych na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS) czy przy komercyjnych misjach załogowych.
Spadające koszty dostępu do kosmosu sprawiają, że na wyciągnięcie ręki jest możliwość stworzenia prawdziwej orbitalnej gospodarki – niezależnych od rządów prywatnych fabryk, laboratoriów, hoteli i innych platform świadczących usługi firmom, organizacjom czy państwowym instytucjom tak, jak każda inna firma z branży nieruchomości na świecie. Tyle tylko, że na razie klucze do tej branży trzyma w swoich rękach zaledwie dwóch miliarderów. A jeden z nich, Elon Musk, w ostatnich kilkunastu miesiącach pokazał wyraźnie, że jest skłonny wykorzystywać siłę swoich firm do prowadzenia niezależnej polityki międzynarodowej – i dyktowania swojej woli nawet całkiem sporym państwom.
Gra toczy się więc nie tylko o miliardowe rządowe kontrakty, ani nawet nie o dominację na komercyjnym rynku kosmicznym. Potencjalnie stawką jest władza nad coraz istotniejszym dla całej światowej gospodarki polem, jakim jest przestrzeń kosmiczna. Im więcej rywali stanie do walki, tym lepiej dla nas wszystkich.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















