MICHAŁ OKOŃSKI: Chciałbym Cię poprosić o zaśpiewanie początku pieśni „Jezusa Judasz przedał”.
Adam Strug: A po kiego grzyba?
Bo rozmowa ma iść do wielkanocnego numeru.
Zaśpiewam ci coś innego. Mikołejko, z którym zresztą w niczym się nie zgadzałem, zatytułował jedną ze swoich książek „W niewoli wisielca”. Nie bądźmy, proszę, niewolnikami. Niech sobie wisi kolejnych dwa albo dwadzieścia tysięcy lat.
Dobrze, zaśpiewaj coś innego.
[Adam Strug sięga po akordeon. Śpiewa]
Nie zapominaj nigdy mnie / Jesteśmy do pary / Nie opuszczaj nigdy mnie / Gdy będę już stary / Kocham, kocham cię // Za nami długa i czarna noc / Nocne przymierze / Prócz miłości nie wierzę w nic / Zranione zwierzę / Kocham, kocham cię / Nocne przymierze / Kocham, kocham cię / Zranione zwierzę // Przed nami długi, skwarny dzień / Miłosna zatrata / Otworem stoi niebieska sień / To koniec świata / Kocham, kocham cię / Miłosna zatrata / Miły, kocham, kocham cię / Koniec świata.
Inny klimat. A może ten sam.
Zapamiętałem frazę z wiersza Krzysztofa Boczkowskiego, „Gdy wchodziłem do kościoła mojego dzieciństwa, zrozumiałem, że Boga nie ma”. Zobacz tę bezgraniczną pustkę figur, obrazów, liturgii. Zobacz tę makabryczną zagadkę wylewającego się zewsząd cierpienia. Śmierć jest gigantycznym skandalem.
Niektórzy mówią, że śmierć nie jest końcem.
Było mi bezpiecznie w przystani ateizmu, ale jakiś czas temu miałem sen (zazwyczaj nie przywiązuję większej wagi do snów). Śniła mi się – określenie Leśmiana – chwiejna dolina. Bazaltowe skały, egzystencjalna groza, ale zarazem pewność, że pierwsza przyczyna nazywana Bogiem istnieje, ale nie jest w naszym rozumieniu etyczna. Nie jest dobrem.
Niektórzy mówią, że Bóg jest poza ludzkimi kategoriami.
Obudziłem się zdruzgotany. Nie jestem w stanie powiedzieć jednoznacznie, że Boga nie ma. Ale jeśli jest, to zdaje się być przerażający.
To może wytłumaczę, dlaczego chciałem zacząć od pieśni Ładysława z Gielniowa. Kiedyś powiedziałeś o jej wykonywaniu, że przez pół godziny umierasz z Jezusem z Nazaretu.
Ale nie chodzi o to, że coś odgrywam.
Nie. Chodzi o to, że jak ją śpiewasz, mam poczucie, że to jest prawdziwa historia.
Tak bardzo prawdziwa, że czasem z lęku chce się wymiotować. Ontologiczne mdłości. Repertuar pasyjny jest piękny, kocham te melodie, ale cieszę się, kiedy post się kończy i mogę iść dalej.
I kiedy śpiewasz o miłości zranionego zwierzęcia, to naprawdę idziesz dalej.
Wiesz, to cecha śpiewu zwanego błędnie ludowym albo białym – właściwie należy go nazwać naturalnym ze względu na emisję, plemiennym ze względu na funkcję albo tradycyjnym ze względu na przekaz w tradycji ustnej – że jest czymś w rodzaju wiecznie bijącego źródła. Jeśli dorastasz przy nim, to doświadczasz w muzyce rzeczy, które wykraczają daleko poza nią.
Ty masz szczególne źródło.
Do muzyki bezwiednie wdrażała mnie babka, która w kuchni i podczas prac domowych śpiewała dawne pieśni nabożne. Jak dawne, ani ona, ani ja nie mieliśmy pojęcia, chociaż słowa „Cycero” czy „Absalom” brzmiały zagadkowo. Po latach zorientowałem się, że tamtejsza starszyzna, w Wielkim Tygodniu, ale także poza nim, wykonuje repertuar barokowy, a zdarzają się też rzeczy wcześniejsze.
To doświadczenie daje mi pewność, że nigdy się zawodowo nie wypalę. Wielu moich kolegów po fachu – i to naprawdę poważnych zawodników – sprawia wrażenie, jakby im się już nie chciało i jakby muzyki nie lubili. Koncertują, żeby napełnić dzbanek – niektórzy hajsem, inni sławą.
Czyli dlaczego Ty się nie wypalisz?
Bo wywodzę się ze śpiewającego stadła praktykującego rzeczy przekazywane od zawsze. Ze stadła, które zbierało się spontanicznie, a nie ze względu na koniunkturę.
Kiedy doświadczyłeś tego po raz pierwszy?
Byłem tym otoczony. Starszyzna urodzona pod koniec XIX w. śpiewała nie mając świadomości pochodzenia ani muzyki, ani materiału literackiego. Z manierami wykonawczymi ocalałymi w dialekcie wiosek drobnoszlacheckich i w dawnym śpiewie zachowanym przez Kurpiów Zielonych. Tym ostatnim sprzyjała naturalna izolacja przyrodnicza.
Ale moje dorastanie w Łomżyńskiem lat 70. i 80. naznaczyły też ciemnota i okrucieństwo. Drobną szlachtę po południowej stronie Narwi ciężko doświadczyła historia. Wojna skończyła się tam w 1956 r. Po północnej stronie rzeki jest zona pogromowa, gdzie żyją potomkowie Jaćwingów, a na zachód od niej Kurpie Zieloni.
W koszmarnej brzydocie PRL-u nie mieliśmy niczego poza przyrodą i Kościołem, ale Kościół tamtejszy krył wtedy mroczną tajemnicę „pięknego Julka” – biskupa Paetza. „Kler” Smarzowskiego to przy tym komedyjka, bardziej prosiłoby się o Von Triera.
Opowiedziałeś w wywiadzie udzielonym Katarzynie Surmiak-Domańskiej, że sam byłeś ofiarą księdza. Kiedy to się zaczęło, miałeś osiem lat.
I wyparłem tę historię na lat 30. Może dzięki temu wciąż żyję…
Ale wróćmy do muzyki, choć i w tej materii nie mam dobrych wiadomości. Tamtej muzyki już nie ma. Koniec.
Na pewno? Ty przecież na początku lat 90. przyłączyłeś się do Wincentego, śpiewaka pogrzebowego w Łomżyńskiem…
Kilka razy w miesiącu jeździliśmy na śpiewane noce przy zmarłych. Długie maratony.
Chodzi mi o to, że on też mógł mieć poczucie końca. Ale potem pojawił się Strug, który przenosi to dalej.
Wincenty nie lubił swojego imienia, nazywano go we wsi Janem. Był prosty jak fletnia trzcinowa, którą Bóg wypełniał melodią. Święty bez ołtarza. Szczycił się tym, że nigdy nie zaśpiewał świeckiej piosenki. Śpiew był – w jego rozumieniu muzyki – wyłącznie dla Boga. Prowadził „Boże obiady”, katolicką adaptację obrzędu znanego z „Dziadów”. Ale gdy umarł, na jego pogrzebie z głośników wybrzmiał włoski śpiew operowy.
No ale...
To koniec! To przykre, nie cieszę się z tego, ale to umiera na naszych oczach.
Widziałem w życiu tyle końców świata, że byłbym ostrożny z tą kategorycznością.
Koniec tej jakości muzycznej integralnie związanej z dialektem, bo dialekt zanika. Śpiewano w skalach nietemperowanych, a nie klawiaturowych, jak obecnie. Zmienił się też kontekst społeczny: 50 lat temu były to zjawiska masowe.
Rozmawiam z człowiekiem, który ma w głowie kilkaset pieśni z tamtego świata.
No i co z tego? 50 lat temu miał je każdy. I wystarczyło 50 lat, żeby ten skarbiec zdewastować. W Kościele – zresztą nie tylko w nim – doszło do rewolucji chłopskiej, a chłopstwo zrobi wszystko, by zapomnieć o swoim pochodzeniu.
Wszędzie dookoła widzę fascynację ludowymi historiami Polski. „Chłopki” sprzedały się w 500 tysiącach egzemplarzy.
To są jakieś marksistowskie przeloty, rzeczy pisane z bryczki wielkomiejskiej przez kawiorową lewicę, recenzujące ludzi o innej niż nasza mentalności, żyjących w innych warunkach.
Między panem a chłopem zachodziła symbioza, byli sobie potrzebni. Mam świadomość niesprawiedliwości przedrewolucyjnego świata, ale to nie rewolucja marksistowska wyzwoliła chłopów. Komunizm to największa w dziejach zbrodnia i upodlenie.
Marksistowskie przeloty mogą być u autorów. Są jeszcze czytelnicy, którzy chcą wrócić do korzeni.
Mam przyjaciela, który regularnie prosi, bym śpiewał mu dawne pieśni. Siadamy przy stole, podążamy za opasłym śpiewnikiem kościelnym. Co chwilę silne wzruszenia, przypominają mi się obrazy, zapachy, twarze…
Mów dalej.
Moja podstawówka sąsiadowała ze szpitalem. Z okien na piętrze obserwowaliśmy wejście do kostnicy. Jeśli po lekcjach trafiłem na kondukt, przyłączałem się doń z tornistrem na plecach. Ulica prowadząca do domu wiodła też na cmentarz. Na czele konduktu maszerował dżentelmen o wdzięcznej ksywie Złoty Ząbek. Mężczyzna wieku nieokreślonego, o twarzy spłaszczonej, jakby przeszedł przez niedomknięte drzwi. Silnie upośledzony, co zdradzały rysy i mimika. Zatrudniono go jako sługę prosektoryjnego, mył zwłoki i dorabiał na pogrzebach. Jechała nyska z nieboszczykiem, on przed nyską z krzyżem. I tym krzyżem dyrygował ruchem samochodowym. Dziwnie się uśmiechał, odsłaniając złoty ząb, a myśmy śpiewali: „Zmiłuj się, Boże, nade mną grześnikiem, co w swej dobroci nie pogardzasz nikiem”.
Opowiadałem o nim kiedyś Akademii Kolberga, ale wówczas nie podałem istotnego szczegółu. Któregoś razu jedyny patolog w miasteczku nakrył Złotego Ząbka kopulującego z nieboszczką. Wywalili go z roboty, nie informując organów, bo facet był – jak to się wówczas mówiło – niedorozwinięty.
Im bardziej opowiadasz o takich ludziach, tym bardziej oni są.
Moją wyobraźnię zaludniają wariaci. Aktorzy charakterystyczni, których społeczność miała w pogardzie, a ja obserwowałem, chodziłem za nimi.
Złoty Ząbek to typ ekstremalny, odrażający. Ale było wielu mniej lub bardziej łagodnych świrów, o których dla pamięci o nich muszę kiedyś napisać: Babcia Pomóż, Kobieta Królik, Ziuta, Rycho Złotówa, Prorok, Szeryf, Szczęśliwi Bracia, Hitler, Głupia Kaśka, Joziak…
Mam wrażenie, że o nich też śpiewasz.
Śpiewam, i owszem, ale mam wrażenie, że to moje śpiewanie nigdzie nie pasuje. Wiersze interpretuję od zawsze, bo co śpiewać, jeśli nie wiersze, ale środowiska poezji śpiewanej – co za fatalna nazwa – traktują mnie jak powietrze. Podobnie ludzie zajmujący się tzw. muzyką chrześcijańską – swoją drogą jakim trzeba być palantem, by w kontekście wielkich dzieł muzyki religijnej nazywać tak swoje szpetne, amerykanoidalne songi…
Śpiewam wiersze homoromantyczne od lat, a LGBT-y mnie nie zauważają – co w sumie zrozumiałe, bo ich stylistyka to świecący DDR-owski dres, kiczowaty, że aż zęby bolą… Jestem bytem osobnym, aktorem charakterystycznym, jak moi wariaci. Dla LGBT-ów radiomaryjny, dla Radia Maryja lewy. Nie boleję nad tym, bo roboty mi nie brakuje, ale mam, i owszem, poczucie osamotnienia.
A jak Ty mówisz o swojej muzyce?
To muzyka uboga. Żyją w niej rzeczy dawne i nowe, wyrastające ze starych jak gałąź. W zakonie muzyki ubogiej praktyka trwa całe życie. Trzeba to wszystko śpiewać rok w rok i dopiero – no ale to akurat nic nowego w każdym rzemiośle – tysięczne wykonanie jest właściwe. Tylko ty już tego nie rejestrujesz, że zrobiłeś coś jak należy, po mistrzowsku.
Sytuacja paradoksalna i boję się czasami, że ktoś mi w końcu kosę sprzeda. Wiesz – jakiś psychofan rozczarowany. Ostatnio podchodzi do mnie po koncercie pewna pani i mówi: „Proszę pana, to jest nie do podrobienia. Trzeba naprawdę głębokiej wiary, żeby o tym tak śpiewać”. Innym razem nachyla się facet, wygląda jakby trzy lata siedział w szafie, blady truposz, na nim garniturek démodé mocno zakurzony, i mówi: „Czekałem na ciebie, całe życie na ciebie czekałem”.
Chyba wszyscy artyści tak mają, że zdarza im się poruszyć w odbiorcy jakąś strunę.
Tu znowu niepohamowany instynkt polemiczny każe mi zaznaczyć zdanie odrębne. Współcześnie nazywa się artystami ludzi, którzy się ze sztuką nawet nie wąchali. Jestem rzemieślnikiem, czasami w rzemiośle dochodzimy do ars, ale nie mnie to oceniać.
No dobra, czyli po raz tysięczny heblujesz ten kawałek…
Strugam.
I coś się wydarza.
Tak, ale wiesz, to ciekawe zagadnienie, bo być może na koncertach też się wydarza, ale moim zdaniem głównie wydarza się poza sceną – pod prysznicem, albo przy tym stole z kumplami, albo z tobą.
I znowu: nie jesteś zanadto kategoryczny?
A ty nie jesteś zanadto pootwierany w każdą stronę? Żyjemy w świecie, w którym zdania kategoryczne uchodzą za brak kultury osobistej. Przepraszam, to nie jest mój świat. Czy celem rozmowy jest wymienienie się opiniami, czy dojście do tego, która jest prawdziwa?
Dla mnie celem jest poszerzenie sobie świata. Sprawdzenie swoich przekonań, może wytrącenie się z nich. Jestem ciekaw, co jest za tym, co śpiewasz. Jestem ciekaw świata, w którym jest i okrucieństwo, i piękno, i z oboma nie sposób wytrzymać. Kurczę, bez sensu, że to nazywam.
Dobrze, że nazywasz. Ostatnio miałem taką sytuację. Śpiewałem koncert w radomskim interiorze i nagle od razu po występie poczułem, że muszę wybiec. Że nie mogę być między ludźmi. Wsiadam w auto, wyjeżdżam z miasteczka, z lewej równina, słońce zachodzące krwawo, perspektywę zamykają brzeziny, a po prawej granatowe chmury, wał burzowo-śniegowy. Słońce ścina brzeziny, przeszywa też mnie. I w tym słońcu pada śnieg, nie tyle pada, co ładuje z wielką stanowczością. Dociera do mnie świadomość piękna, nieuchronności, samoświadomości, miłości, nie wiem… wszystkiego na raz. Trudno to nazwać, żeby nie było banału. Miłość i piękno czynią nas szczęśliwymi.
Śpiewanie też to daje?
Przyłączyłem się do Jana w 22. jesieni życia. Po paru latach, gdy zaczął już słabnąć, on intonował, a ja ciągnąłem. Któregoś dnia nachylił się do mnie w kościelnej ławie i mówi mi w ucho: „Zdobisz jak moja matka”. To był największy komplement, jaki mnie w życiu spotkał.
Nie, komplement to nie to słowo. Wiesz, posłali mnie do szkoły muzycznej za wcześnie i w sumie chyba niepotrzebnie. Klawiatura zubaża strojenie, jest kwadratowym uproszczeniem.
Więc o co chodzi z tym zdobieniem?
Jan potwierdził moją intuicję, że niektóre z dźwięków w oryginale były podbijane, wyższe. Zmęczona życiem starszyzna już tego nie robiła, ale kiedy podwyższyłem dźwięk, a ona weszła w to bez pudła, dotarło do mnie, że to, jak śpiewam, naprawdę jest w tej muzyce.
Ale co z tego, skoro nie mam już z kim tych rzeczy śpiewać.
A kiedy tam jedziesz?
Jestem obcym ciałem. Gdy dzisiejszym Kurpiom pokazywać ich pieśni, mówią: „nie, u nas tak nie śpiewajo”.
A nie jest tak, że to zawsze ewoluowało?
To nie jest ewolucja, tylko tąpnięcie. Wystarczyło polskiego chłopa podłączyć do prądu i wyskoczył Zenek. Syrach pisze, że nie jest mądrze mówić, że te czasy są gorsze niż tamte. Ale nie miał słuszności, gdyż w niektórych dyscyplinach są gorsze.
Lubię to Twoje zdanie, że bliżej Ci do muzyki z czasów, gdy była młodsza. Ale to może Ty byłeś młodszy.
Nie chodzi o metrykę. Idzie o to, że demokracja wystąpiła z brzegów i zalała też sztuki piękne. Kryterium stała się liczba, klikalność, to, co się podoba większości. Przecież to oczywiste: większość zazwyczaj nie ma słuszności.
No to dla kogo Ty śpiewasz?
Po pierwsze to nie wiem, po drugie dla siebie, po trzecie tym, których kocham i którzy rozumieją. W jednej z ludowych pieśni pada zdanie „Nie po to ja śpiewam, żebyście słyszeli / Płacze moje serce, nie chce się weselić”.
To powiedz o tym „nie wiem”.
To rodzaj determinizmu, urodziłem się śpiewakiem. Śpiewałem zawsze, rodzina mówi, że wykorzystywałem każdą okazję do tego procederu, zapamiętywałem od razu radiowe przeboje i je powtarzałem. Na szczęście elektryfikacja w tamtych czasach to była nowość, więc zapamiętywałem głównie to, co śpiewała babcia i to, co śpiewano w kościele.
Stary, to jest taki materiał muzyczny, że cała wokalistyka współczesna przy nim wysiada. Muzyka bliskowschodnia ma to nadal. W kontekście muzyki arabskiej, jej maestrii, strojenia i gestu Mozart jawi się – panie wybaczą – jako pudel bez prącia. Tylko że ona też w przyspieszonym tempie umiera. Za sprawą internetu w telefonie wszędzie uproszczenia i amerykanizmy.
A co sądzisz o próbach muzycznego łączenia takich światów?
Śledzie w oranżadzie. To się nie klei na żadnym poziomie. To znaczy klei się współczesnym, którzy mają tak otwarte mózgi, że im mózg wycieka. Wartością kultury ogólnoludzkiej może stać się jedynie wypowiedź jednowymiarowa w sensie lokalności, etnosu. Esperanto skazane jest na niepowodzenie, bo taka jest nasza natura: najpełniej się wyrażamy w pierwszym języku. Matczynym, który słyszymy jeszcze w życiu prenatalnym.
To trochę smutne.
Jestem handlarzem smutku. I – o paradoksie – dobrze na tym wychodzę.
Zarabiasz, śpiewając na pogrzebach?
Publicznie najczęściej udzielam się, niestety, na scenie. Niestety, bo scena to najgorsze możliwe miejsce dla muzyki. Ale nie wyobrażam sobie zaniechania posługi pogrzebowej, która jest moją pierwotną. Śpiewałem na pogrzebach od dziecka.
Jak wybierasz repertuar na pogrzeb?
Rozmawiam z rodziną zmarłego, badam jego i ich preferencje światopoglądowe.
Dziewięć lat temu śpiewałem podczas pochówku Czarka Wodzińskiego. Za życia nie byłem dla niego partnerem w rozmowie, ale wielką mieliśmy do siebie miętę. Stał tam kwiat polskiej nauki, dziennikarstwa, polityki. Nad ich głowami pojawiały mi się chmurki: „A, to ten łysy typ będzie śpiewał na moim pogrzebie”. Wiesz, jestem takim cmentarnym żuczkiem-gnojarkiem, który toczy te trumienki.
Przypominasz, że wszyscy umrzemy.
A to marketingowo dobrze nie robi.
A może to nie jest handlowanie smutkiem, tylko duchowością. Ona się ostatnio dobrze sprzedaje.
No tak, już nie tylko Kościółek Boży, ale też buddyzm, joga. Mam nadzieję, że moja sytuacja sprzedażowa jest uczciwa: sprzedaję wyciskającą łzy cebulę. Po paru kompromisach estetycznych, które poczyniłem – i które zresztą sprzedażowo kompletnie się nie sprawdziły – ograniczyłem się do zakonu muzyki ubogiej. Ubogiej także w tym sensie, że ona sama się ogranicza. To jest minimalizm wprost, jeden do jednego. Niby niczego tam nie ma, a jest wszystko, co powinno znaleźć się w lirycznej wypowiedzi.
Zaśpiewam coś, pozwolisz, ale wybacz, nie tylko tobie. Ktoś mi właśnie stuka do serca.
[Adam Strug sięga po akordeon. Śpiewa:]
Drewniane, kręte schody / drewniane i poręcze / a na piętrze twoje drzwi // Patrzę w zdobną, zimną klamkę / nie mogę powiedzieć nic / A za nimi ty // Brukowana droga do lasu / Wielki bukowy las / A w nim ty i twoje psy // Idę za tobą w oddali / by nie urazić twego serca / w którym jesteś ty / Umiłowany…
Tam pod spodem idzie smyk. Kontrabas. Też dęte unisono. A śpiewak jedzie skrótem. Jest tylko sanktuarium tej sprawy. Tego serca.
W tej pierwszej pieśni, którą zaśpiewałeś...
O miłości… Zdanie „nie ma we mnie kłamstwa” jest grube, bo zawsze ktoś coś ma za paznokciami. Ale ten moment skupienia, w którym między tym, co myślisz, mówisz i robisz, zachodzi jednia, jest możliwy wyłącznie dzięki miłości.
Coś gdzieś było o „cymbale brzmiącym”.
Zdaje się, że już to powiedziałem: to źródło się nie wyczerpie.

Adam Strug jest śpiewakiem, poetą, kompozytorem, popularyzatorem muzyki tradycyjnej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















