Była dzieckiem czasów, w których śpiewające kobiety mogły wybrać jedną z dwóch dróg: gwiazdy popu, z karierą formatowaną wedle rynkowej koniunktury, lub diwy, którą określa nie tylko skala wokalna, rodzaj repertuaru, ale też typ kobiecości, zbudowany na bazie kobiecych aspiracji i męskich wyobrażeń.
Alanis Morissette nie wpisała się w żadną z tych ról, chociaż w połowie lat 90., po eksplozji kariery wywołanej albumem „Jagged Little Pill”, stała się najbardziej wyrazistą kobiecą gwiazdą na ówczesnym muzycznym firmamencie.
Czego nie wolno w telewizji
Od wczesnego dzieciństwa przyzwyczajała się do debiutowania. Urodziła się 1 czerwca 1974 r. w Ottawie – w Kanadzie to co prawda nie Dzień Dziecka, ale dzieciństwo właśnie miało zdeterminować jej dorosłość. Po pierwszych latach spędzonych w rodzinnym kraju, wraz z rodzicami-nauczycielami i dwójką braci przeprowadziła się do Niemiec. Po powrocie zaczęła jako dziewięciolatka występować w dziecięcych i młodzieżowych programach telewizyjnych.
„You Can’t Do That on Television”, ze swoją rozrywkową formułą – dzieci odgrywających dorosłych, parodiujących nauczycieli i polityków – nie przypominał naszego poczciwego, zgodnego z misją społeczno-wychowawczą ówczesnej telewizji publicznej formatu „5-10-15”. Znakiem rozpoznawczym emitowanych przez amerykańską telewizję Nickelodeon – choć często produkowanych w tańszej Kanadzie – programów oraz ich absurdalnego, skeczowego i złośliwego humoru był lądujący w ramach kary albo psoty na głowach dzieci i goszczonych przez nie celebrytów slime. Rodzaj gluta lub kisielu, zazwyczaj fluorescencyjnie zielonego, który kojarzył się z obrzydliwą, kosmiczną mazią, zainspirowaną zapewne ektoplazmą wytwarzaną przez duchy z kinowego hitu tamtych czasów – „Ghostbusters”.
Wychowana w katolickiej rodzinie, lubiąca śpiewać w kościele, pisząca od dziesiątego roku życia piosenki Alanis zaczęła występować w dziecięcych programach muzycznych i młodzieżowych konkursach talentów. Dużo wcześniej niż u nas stały się one trampolinami wczesnych karier. Już wprawdzie dwie dekady wcześniej furorę robił zespół The Jackson 5, który wywindował zwłaszcza dwójkę rodzeństwa: Michaela i Janet. Jednak to lata 80. przyniosły boom dziecięcych i młodzieżowych grup. Pod koniec dekady zaczęto ten trend określać terminem teen pop, dziś kojarzonym przede wszystkim z wykonawcami kolejnej dekady, takimi jak Britney Spears, Backstreet Boys czy braćmi Hanson.
To właśnie spełniające się amerykańskie sny śpiewających nastolatek, takich jak Tiffany czy Debbie Gibson, która w wieku 17 lat jako najmłodsza wokalistka trafiła na szczyt listy „Billboardu”, zainspirowały poszukiwania kanadyjskiej odpowiedniczki. Rzadkie i oryginalne imię Alanis Morissette posłużyło za tytuł wydanej jedynie w Kanadzie w 1991 r. pierwszej płyty (czy, biorąc pod uwagę czasy, raczej kasety), którą wypełnił zupełnie już w tym czasie nieoryginalny dance pop wzorowany na piosenkach Pauli Abdul czy Janet Jackson. Wykonywany przez siedemnastolatkę, która przypominającą aerobik choreografią, ubiorem i fryzurą – big hair, czyli trwałą ondulacją na mocne loki – jedynie kopiowała idolki minionej dekady. Drugi, równie dziś zapomniany album, utrzymany był w podobnej stylistyce.
Mimo małych sukcesów w Kanadzie projekt nie dawał szans na międzynarodowy sukces w latach, w których z zachodniego wybrzeża Ameryki płynęła już fala grunge’u, a po dwóch stronach Atlantyku debiutowały bezkompromisowe artystki-autorki, takie jak PJ Harvey czy Tori Amos. Gdy Morissette spróbowała zmienić stylistykę i wizerunek, pisać własne piosenki, wytwórnia zareagowała zerwaniem kontraktu.
Wszystko, czego naprawdę chcę
Przełom lat 80. i 90. pod cukierkowo-plastikową dekoracją i krzykliwą, choć pozornie niewinną fasadą skrywał mroczne oblicze eksploatacji dzieci i nastolatków w przemyśle rozrywkowym. Za programami, konkursami, nagraniami i teledyskami stała wielogodzinna praca na planach, uprzedmiotowienie, a niekiedy także przypadki molestowania seksualnego.
Wszystko to dotknęło również młodą Alanis. Uwagi, które wcale nie dotyczyły muzyki, tylko zmieniającego się ciała dojrzewającej dziewczyny, jej wyglądu i wagi, skutkowały kompleksami, depresją i ciągnącymi się przez lata problemami z odżywianiem. Żeby poradzić sobie z tym wszystkim, musiała zbuntować się przeciw wydawcom i producentom – w tamtym czasie niemal wyłącznie mężczyznom – którzy objaśniali jej świat, dyktowali ścieżkę kariery i kontrolowali wizerunek. By zacząć mówić własnym głosem, musiała wykrzyczeć swój gniew, wyśpiewać emocje, opisać w tekstach krzywdy, które spotykały wiele kobiet poszukujących swojej drogi w show-biznesie. A szerzej: w każdej dziedzinie ówczesnego życia, której show-biznes był jedynie pokolorowanym, natapirowanym odwzorowaniem.
„Na początku mojej kariery mówiono, że nie umiem pisać piosenek. Po wygaśnięciu kontraktu z MCA obiecałam sobie, że nie spocznę, póki nie zgromadzę wokół siebie współpracowników, którzy dostrzegą we mnie autorkę i człowieka, który pragnie wyrazić siebie” – przyznaje w dokumencie „Jagged”. Nieautoryzowanym i fragmentarycznym, choć i tak jednym z lepszych muzycznych portretów stworzonych na potrzeby streamingu.
W poszukiwaniach pomógł wyjazd z Ottawy do Los Angeles. Tam (nie licząc Seattle) bił muzyczny puls Ameryki. Tam byli Red Hot Chili Peppers, którego muzycy, Flea i Dave Navarro, nagrali potem partie basu i gitary do „You Oughta Know”. Tam znalazła sojusznika do radykalnej muzycznej i treściowej wolty, songwritera i instrumentalistę Glena Ballarda. Dawniej producenta wspomnianych ikon lat 80. – Pauli Abdul i Michaela Jacksona. Czy to nie ironiczne?
W domowym studiu Ballarda w Hollywood we dwoje napisali i nagrali utwory, w których Alanis stworzyła od nowa siebie jako artystkę: bezkompromisową, wolną, szczerą. I rozumiejącą zmianę, którą niosły czasy – po latach kreacji i sztuczności, otwarte na autentyczność i prawdę. Nawet jeśli dla wielu była ona niewygodna. Wymagającą dosadnego przekazu i niewybrednych słów. Jak w „Right Through You”, który bez ogródek demaskował hipokryzję, ignorancję i seksizm przemysłu muzycznego – uosobionego przez szowinistycznego bossa: „Wziąłeś mnie za żart / wziąłeś za dziecko / długo gapiłeś się na mój tyłek / a potem grałeś chwilę w golfa”. Po latach w tych słowach może nam się nadal równie celnie objawić jakikolwiek mężczyzna z innej branży.
Już otwierający płytę utwór „All I Really Want” można czytać jako feministyczny manifest, próbę odwrócenia ról w relacji władzy, czy – parafrazując klasyka – wywrócenia patriarchalnego stolika. A także głos wyrażającej odzyskaną podmiotowość ofiary („gdybym tylko mogła upolować myśliwego”), która nie szuka zemsty, tylko sprawiedliwości.
Wytwórnie nadal jednak nie dostrzegały potencjału powstającego materiału. Uciekinierce z krainy produkowanego pod publikę popu pomogła jego królowa – a właściwie założona przez Madonnę wytwórnia Maverick Records. Czy to nie ironiczne?
Niedoświadczona, ale mądra
Płyta „Jagged Little Pill” (1995) ukazała się kilka dni po tym, jak Morissette ukończyła 21 lat. Amerykańskie stacje radiowe – wówczas główna platforma promocji muzyki – polubiły charakterystyczny mezzosopran oscylujący między liryczną delikatnością a gniewnym wrzaskiem. Tym drugim przyciągnęła uwagę słuchaczy w singlu „You Oughta Know” – bardzo emocjonalnym, oskarżycielskim w tonie, pozbawionym żalu czy rozpaczy, za to pełnym gniewu i wyrzutów rozliczeniu ze zdradą.
Piosenka zdobyła dwie nagrody Grammy, a płyta dwie kolejne, w tym za Album Roku. Na 12 utworów, które znalazły się na płycie – arcyrzadki przypadek – nawet 10 miało potencjał, żeby stać się przebojami, a jednocześnie zaspokajać wybredne gusta krytyków.

Europa pokochała ją po premierze „Hand In My Pocket” – piosenki o sprzecznościach tkwiących w człowieku. Alanis sama się z nich składała i z dziecięcą szczerością, ale też dojrzale, przedstawiała się światu: „niedoświadczona, ale mądra / trudna, ale przyjazna / smutna, ale śmiejąca się / odważna, ale trzęsąca się ze strachu”. To trafiało do wszystkich, którzy w prostym, ale chwytliwym przekazie odnajdywali własne paradoksy.
Po ową „postrzępioną małą pigułkę”, jak tłumaczy się tytuł płyty, sięgnęły na całym świecie ok. 33 mln ludzi. Album był najlepiej sprzedającym się solowym debiutem międzynarodowym w historii. Wśród piosenkarek więcej egzemplarzy jednej płyty sprzedały tylko królowa country popu, też Kanadyjka, Shania Twain, oraz Whitney Houston, jeśli zaliczyć na jej poczet album z muzyką filmową do filmu „Bodyguard”.
W czterech wersjach
Żeńskich gwiazd, królowych, ba, nawet bogiń w muzyce tamtych czasu było wiele, ale tylko Alanis była Bogiem. W jego niemą rolę wcieliła się w obrazoburczej, komediowej „Dogmie” Kevina Smitha. Choć więcej miejsca na wykazanie się aktorskim talentem miała we własnych teledyskach. Powstawały w szczytowej epoce tej formy audiowizualnej.
W „Ironic” odgrywała cztery alternatywne wersje siebie, śpiewające piosenkę podczas zimowej przejażdżki samochodem: tę prowadzącą, dojrzałą i rozważną, tę młodzieńczą i łobuzerską, tę pewną siebie i zbuntowaną oraz tę romantyczną i marzycielską.
Alanis występująca na scenie i w teledyskach w rozciągniętym swetrze, zwykłym T-shircie, dżinsach, w czapce i szaliku – jak dziewczyna z sąsiedztwa – była wzorcem kobiecości alternatywnym wobec tego, który promowała telewizja: ze „Słonecznym patrolem”, wyborami miss i supermodelkami na wybiegach.
Jej rysy, długie włosy splecione czasem w warkocze, lekko hipisowski styl i kanadyjski rodowód budziły skojarzenia z etnicznym, rdzennym pierwiastkiem. Swoje żydowskie korzenie poznała dopiero w dorosłym życiu. Lata milczenia na ten temat tłumaczyła rodzinną, pokoleniową traumą i obawą przed antysemityzmem. Dopiero w ubiegłym roku dowiedziała się, że dwaj węgierscy bracia dziadka ze strony matki – György i Sándor Feuersteinowie – zginęli podczas wojny. Wprawdzie nie z rąk Niemców, lecz w sowieckim łagrze.
Dzięki wam, Indie
Sukces międzynarodowego debiutu był tak wielki, że nie mógł się powtórzyć. Poprzeczka została postawiona zbyt wysoko. Ale Morissette nie miała ochoty do niej doskakiwać, próbować sprostać presji i oczekiwaniom. Jeśli „Jagged…” był rodzajem muzykoterapii przez gniew i krzyk, to „Supposed Former Infatuation Junkie” (1998) proponował terapię przez piękno, spokój i podróż w głąb siebie. Sam tytuł – jak to u niej: długi, skomplikowany – zapowiadał refleksję nad niedawną emocjonalnością.
Duchowy zwrot w jej twórczości zainspirowała samotna podróż do Indii – próba odzyskania równowagi po fizycznym i emocjonalnym wyczerpaniu, które przyszło wraz z sukcesem. Do tego doświadczenia odnosiła się wprost w „Thank U” – hymnie wdzięczności nie tylko za dobro, ale też za słabość i rozczarowanie.
Towarzyszący temu zwrotowi kierunek muzyczny przyniósł materiał bardziej eksperymentalny, mniej alternatywno-rockowy, raczej ambient-popowy – skupiony, wyciszony. Harmonijkę, na której bluesowo przygrywała na „Jagged…”, zastąpiły dźwięki tabli i sitara. Ale muzyczne i wokalne szczyty osiągnęła w „Uninvited”, utworze nagranym do filmu „Miasto aniołów”. Za tę dramatycznie narastającą, rozbudowaną, potężną – zwłaszcza w koncertowym wykonaniu z orkiestrą – kompozycję odebrała swoje dwie ostatnie statuetki z gramofonem. Jeszcze przed dewaluacją Grammy.
Trudne początki
Osiągnięcia Alanis przetarły ścieżki innym kobietom w muzyce rockowej. Wcześniej artystki były na tej scenie jednostkami. Zdarzało się, że Morissette była jedyną kobietą występującą na rockowym festiwalu pośród ponad setki mężczyzn. Dziś przyznaje, że w latach 90. nie istniało siostrzeństwo, wspólnota między artystkami.
Ale kilka miesięcy po premierze „Jagged Little Pill” debiutował zespół Garbage z ekspresyjną, dominującą i również poobijaną w młodości rudowłosą Shirley Manson. Stacje radiowe i telewizje muzyczne drugiej połowy lat 90. wybrzmiewały już kobiecymi, rockowymi głosami: znanych i docenianych już wcześniej Sheryl Crow i Liz Phair oraz Dolores O’Riordan z The Cranberries, a także debiutujących lub zdobywających popularność na tej fali Joan Osborne, Meredith Brooks, Fiony Apple i Saffron z grupy Republica. Na szczytach list przebojów królowała wreszcie Gwen Stefani – wystylizowana na postpunkową pin-up girl wokalistka No Doubt.
W mainstreamie rozgościła się także Courtney Love, wdowa po Kurcie Cobainie, ze swoim zespołem Hole. Grała w nim z kontynuującą potem solową karierę basistką Melissą Auf Der Maur. A to tylko najgłośniejsze przykłady kobiet z gitarą. Albo z głosem pośród gitar.
Czasy przełomu
Czy jednak da się usprawiedliwić trzy dekady koncertowej nieobecności Alanis Morissette w naszym kraju? Gdy występowała niemal nieprzerwanie w ramach trwającego przez prawie 18 miesięcy światowego tournée w połowie lat 90., podczas którego poprzedzał ją na scenie m.in. zespół Radiohead, Polska była jeszcze koncertową pustynią. Przesada? Jeśli tak, to tylko lekka, bo w pierwszej połowie lat 90. odwiedzili nas co prawda tacy rockowi giganci jak Eric Clapton, Bob Dylan czy AC/DC i Metallica, ale wszyscy oni mieli już status legend i rzeszę fanów, dla których można było przekroczyć jeszcze dość świeże ruiny żelaznej kurtyny. Trudniej byłoby wskazać koncerty tych muzyków i zespołów, którzy podbijali dopiero świat na fali świeżego sukcesu.
Niektórzy artyści, czy raczej ich menedżerowie, wytwórnie i promotorzy, nie byli zainteresowani dość ubogim krajem w dobie transformacji, w którym brakowało doświadczonych i sprawdzonych partnerów w organizacji koncertowych przedsięwzięć, infrastruktury widowiskowej, a także pieniędzy w kieszeniach fanów. I sprzedażowego uzasadnienia popularności artysty.
Połowa lat 90. była bowiem czasem przełomu w użyciu nośników. Polacy sięgali już wprawdzie po oryginalne kasety magnetofonowe, ale płyty kompaktowe, które właśnie się upowszechniały, wciąż były dla wielu zbyt drogie. Zaczynał się rozkwit piractwa. W połowie lat 90. aż 70 proc. muzyki pochodziło z nielegalnych źródeł. Oficjalna sprzedaż – w przypadku bestsellerowego albumu Alanis ok. 50 tys. egzemplarzy – nie oddawała faktycznego zainteresowania.
Burza przed ciszą
W początkach XXI wieku Morissette nagrywała płyty poprawne, ale powielające już sprawdzone poprockowe schematy. Nie podbijały one list przebojów i rankingów sprzedaży, a Alanis przestała być artystką pożądaną. Dziś nie odcina jednak kuponów od dawnej popularności, nie nadrabia zaległości w dopieszczaniu fanów. Nie myśli o podsumowaniach, retrospekcjach, pożegnaniach.
Mimo stażu na scenach koncertowych jest dopiero w drugiej połowie swojego muzycznego życia. I nadal otwiera się na przemianę. Wpierw delikatną, jak pięć lat temu, na płycie „Such Pretty Forks in the Road”, najlepszej od dwóch dekad. Z fortepianem jako centralnym instrumentem, przy którego akompaniamencie śpiewa dojrzałe utwory o macierzyństwie, depresji poporodowej, siostrzeństwie i uzależnieniach.
A potem dokonuje znów tak wielkiej wolty, że będący jej przedmiotem instrumentalny „The Storm Before the Calm” (2022) łatwiej uznać za poboczny projekt niż dziesiąty album studyjny. Wypełnia go bowiem ambientowo-medytacyjna muzyka pozbawiona słów, z głosem poszerzającym jedynie instrumentalną przestrzeń. Jakby dźwiękowe dopełnienie praktykowanego od lat buddyzmu i echo dawnej podróży do Indii, ale prowadzącej tym razem także przez Północ. Może to zapowiedź tytułowej „burzy przed ciszą”. Choć taka burza, jak ta sprzed 30 lat, już się nie powtórzy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















