Mela Koteluk: Wiesz, że dziś wypada dzień motyli?
Monika Ochędowska: Obchodzisz?
Mam taki kalendarz z kartkami zrywkami – to z niego dziś rano się dowiedziałam o motylach. Dzielą one zresztą ten dzień z liczbą pi.
Masz ten kalendarz tutaj, w hotelu?
Bez niego nie podróżuję. Codziennie odrywam kartkę minionego dnia.
Zostawiasz przeszłość za sobą?
Zrywki kojarzą mi się z domem dziadków – oni mieli zawsze u siebie takie kalendarze, więc podtrzymuję rodzinną tradycję, to sentyment. Ale tak, lubię się symbolicznie żegnać, lubię ten gest zrywania, zostawiania za sobą przeszłości, mówienia: ok, to już minęło. To trochę jak odświeżanie aktualnych współrzędnych: byliśmy tutaj, idziemy dalej.
Łatwo Ci to przychodzi?
Wczoraj na koncercie w Katowicach graliśmy z zespołem utwór z nowej płyty, „Odyseję”…
Piosenkę o przemijaniu.
…i dzisiaj rano, przy śniadaniu, rozmawialiśmy trochę o nim. Doszłam do wniosku, że – paradoksalnie – przestroga memento mori jest tym, co mnie skłania do życia, tak w pełni. Poczucie ograniczenia czasu rodzi we mnie jakiś rodzaj determinacji. Uruchamia mnie.
Wiesz, dlaczego?
W rodzinie mieliśmy doświadczenie odchodzenia naszego dziadka i była to dla nas wszystkich zarówno lekcja śmierci, jak i potężna informacja o życiu. Dziadek chorował, pokazując nam, najbliższym, na czym polega umieranie, że „to” dzieje się naprawdę i że strata jest realna.
Jego odchodzenie było trudnym, wieloetapowym i transformującym procesem. Wstrząsającym, a z drugiej strony uruchamiającym nas wszystkich ku życiu. Jednak żeby tego doświadczyć, trzeba było najpierw przejść uczciwą żałobę, nie oddalać jej od siebie.
I co potem?
Można przenosić pamięć o bliskich na różne sposoby, na przykład opowiadać dzieciom o ich przodkach. Ja jestem bardzo rodzinna – mam rodzeństwo, siostrę, brata, zżytą rodzinę i wszyscy zwracamy uwagę na to, żeby naszym najmłodszym, trzylatkowi i dziesięciolatkowi, jak najczęściej opowiadać o dziadku. Przekazywać wiedzę o tym, kim byli ich pradziadkowie, skąd pochodzimy.
Skąd?
Rodzice mojego dziadka, prababcia Małgorzata i pradziadek Piotr, wywodzili się z Biłki Królewskiej pod Lwowem, w 1933 roku przenieśli się z dziećmi na Wileńszczyznę, w okolice Olchówki, gdzie kupili 44 hektary ziemi i zbudowali dom. A potem wybuchła wojna. Pod koniec 1945 roku rodzina została przesiedlona w okolice Zielonej Góry, do Sulechowa.
Studiowałaś ich losy?
Gdy zaczęłam się wgryzać w przeszłość, zastanawiałam się nad psychicznymi śladami tego wysiedlenia, konieczności budowania nowego domu na nieznanym terenie. Dla mnie Sulechów zawsze będzie miejscem szczególnym, tam przyszłam na świat. Takie miejsce ma się jedno na całym świecie.
Jako młoda kobieta wyprowadziłaś się stamtąd do Londynu.
Tak, tuż po maturze. Wcześniej chodziłam do ciekawego liceum w Zielonej Górze – była to eksperymentalna szkoła, działająca przy ośrodku doskonalenia nauczycieli. Nie mieliśmy dzwonków, lekcje zaczynały się wcześniej niż w innych szkołach, bardzo dobrze wspominam ten czas. W połowie liceum przeprowadziłam się do szkoły w Warszawie, by kształcić się muzycznie, a po maturze wyjechałam do Anglii, autokarem.
Do pracy?
Skąd! Planowałam wyjazd dosłownie na kilkanaście dni. Powiedziałam tacie, że wrócę najdalej za trzy tygodnie, w rzeczywistości zrobiły się z tego ponad trzy lata.
Co się stało?
Londyn otworzył przede mną zupełnie nowe perspektywy. Świat stał się jakby bliższy, poczułam wiatr w żaglach. Pracowałam, słuchałam dużo muzyki, chodziłam na koncerty. Oczywiście rozmyślałam o tym, czy zostać tam na zawsze – polubiłam Anglię. No, może z wyjątkiem wyłożonych wykładzinami mikroskopijnych londyńskich mieszkanek, w których można się nabawić klaustrofobii.
Zresztą jakiś czas temu odwiedziłam Portsmouth i wciąż myślę, że mogłabym tam od czasu do czasu pomieszkiwać, łapać inspiracje, ale na krótko.
Jak się czułaś – w wielkim mieście?
Dobre pytanie, bo sama się często zastanawiam nad tym, jak tamta dziewczyna się w tym wszystkim odnalazła. Codzienna droga z pracy do domu oznaczała jazdę metrem, pięć przesiadek, dwa autobusy, pociąg itd. Miałam wielką energię życia, to mnie zdumiewa do dziś. Najwidoczniej młodość jest wysokooktanowym paliwem do działania.
Co Ci zostało z tamtego czasu?
Rozumiem ludzi, którzy potrafią się spakować w jedną walizkę albo zmieścić życie w bagażniku auta i ruszyć przed siebie. To poczucie mobilności jest dla mnie bardzo istotne do teraz. Nie przywiązuję się do miejsca, do ziemi, tylko do ludzi.

Idziesz za ludźmi – to jak to się stało, że poszłaś w świat za Scorpionsami?
Przypadek. Chórzystka, która na stałe śpiewała w zespole, zaszła w ciążę i poszukiwano kogoś na zastępstwo. Padło na mnie, bo zespół ma swoje polskie ogniwo, pochodzącego z Wieliczki Pawła Mąciwodę grającego u Klausa Mainego na basie. Koncertów było tak naprawdę niewiele, natomiast jeden zapamiętam do końca życia: w londyńskiej sali Royal Albert Hall, z okazji 80. urodzin Michaiła Gorbaczowa.
Na imprezie były Sharon Stone, Catherine Deneuve, Milla Jovovich. Galę transmitowało 40 krajów, a loża kosztowała kilkadziesiąt tysięcy dolarów.
Oto moje życie, pełne paradoksów i niesamowitych spotkań: przyjeżdżam do Londynu po maturze, cięcie, śpiewam na scenie ze Scorpionsami, a w loży oklaskuje nas Michaił Gorbaczow. Niesamowita przygoda.
Ale wybrałaś własną drogę.
Mniej więcej w tym samym czasie kończyłam już swój pierwszy album w Warszawie. Po powrocie z Anglii przez jakiś czas pracowałam w malutkiej firmie fonograficznej, miałam już swój zespół i nagrywaliśmy „Spadochron”. I to też była niezła przygoda, bo piosenki na płytę powstawały w zupełnie szalonych okolicznościach. Był taki moment, gdy zespół miał swoje obowiązki rodzinne, pojawiały się małe dzieci, więc próby robiliśmy albo o 7 rano, albo przed północą. Udało się chyba tylko dlatego, że wszystkim nam bardzo na tym zależało.
Nagrywasz od kilkunastu lat, wydałaś piątą płytę. Czy są w Twojej twórczości sprawy niezmiennie ważne?
Interesuje mnie człowiek. I wszystko, co wiąże się z jego wewnętrznym przeżyciem.
A co jest najważniejsze w życiu wewnętrznym człowieka?
Odnalezienie punktu dobrostanu.
Gdzie jest taki punkt?
U każdego zapewne mieści się gdzieś indziej. Przede wszystkim chodzi o to, by znaleźć w sobie azyl, bezpieczne miejsce, w którym traktujesz siebie samą jak swojego sprzymierzeńca. Miejsce, w którym jesteś dla siebie oparciem i potrafisz zmierzyć się z krytycznymi głosami, które na co dzień produkuje głowa: czy nadal potrafię? czy jeszcze coś osiągnę? czy gdy wyjdę na scenę, dam z siebie sto procent? Znasz to? Takie „dealowanie” z wątpliwościami.
Zatem chodzi o to, żeby podjąć trud odnalezienia w sobie miejsca wolnego od wątpliwości.
Tak, przy czym nie zapominajmy, że kwestionowanie to istotna cecha krytycznego myślenia, analizowania, które pomaga nam w tym, by nie przyjmować wszystkiego na ślepo – to bardzo potrzebne. I nie jest równoznaczne z negowaniem siebie. O tym jest moja nowa płyta: o chaotycznej rzeczywistości, w której próbujemy sami siebie określić. Zrozumieć, kim jesteśmy.
To trudne.
Ważne jest w ogóle podejmowanie trudu i wprowadzanie w swoje życie dyscypliny. Przy czym dyscyplinę rozumiem tu jako troskę wobec siebie. Czasem robisz coś, wobec czego czujesz pewien opór – na przykład moment wyjścia na siłownię – ale wiesz, że służy to twojemu dobru, i pamiętasz, że zwykle czujesz się potem dobrze. Lubię stawiać przed sobą nowe wyzwania, ale – chcę to wyraźnie podkreślić – nie noszą one absolutnie znamion dyscypliny sportowej.
Na przykład?
Na przykład w zeszłym roku byłam na dziesięciodniowym kursie medytacji, podczas którego obowiązywało całkowite milczenie.
Opowiedz.
Wstaje się o 4.30 rano i medytuje wiele, wiele godzin dziennie. W ciszy. Można spacerować w lesie po wyznaczonej ścieżce – także w ciszy. Jesteś w takim ośrodku z setką innych osób – osobno mężczyźni, osobno kobiety. Nie możesz łapać kontaktu wzrokowego ani rozmawiać z kimkolwiek. Masz wyłączony na dziesięć dni telefon. Nie możesz słuchać muzyki, czytać książek ani zapisywać niczego, co przyjdzie ci do głowy, bo zabronione jest nawet posiadanie ołówka. Jest się wyłącznie ze sobą, bez możliwości ucieczki w cokolwiek.
Udało się?
Przez chwilę rzeczywiście myślałam, żeby przemycić sobie chociaż ten ołówek, ale decydując się na taki kurs musisz zaakceptować regulamin. Co nie zmienia faktu, że mi tego ołówka brakowało. Miałam ochotę zapisać swoje myśli.
Czemu tego nie robić?
Chodzi o to, by puścić wszystko, nawet to, co przychodzi ci do głowy. By nie zatrzymywać myśli, pozwolić im odpłynąć. Zresztą to, co projektuje w takich sytuacjach głowa, to niezły kosmos, nie tęsknisz nawet za chodzeniem do kina.
Niebywałe doświadczenie. Ten rodzaj odosobnienia był najczystszą formą spotkania ze sobą, jakiej doświadczyłam, i jednocześnie – moją najdalszą podróżą.
Medytujesz na co dzień?
Nie codziennie, niestety. Teoretycznie wystarczy usiąść do medytacji dwa razy na dwadzieścia minut dziennie, rano i wieczorem. Ale, jak mówił nasz nauczyciel, tak naprawdę woda uspokaja się dopiero po godzinie.
Woda się uspokaja i dopiero wtedy coś widać? W Twoich piosenkach jest dużo odniesień do horyzontu.
Wiesz, Lady Gaga w jednym z wywiadów powiedziała, że jest wielu cudownych artystów, którzy mają potężne zasoby i talenty, ale nie mają jasnej perspektywy. A ważne jest, by nadać sobie kierunek.
Czasami wpadasz w jakiś błąd myślowy i nie wiesz, jak z tego wybrnąć – jakbyś jeździła w kółko na rondzie. To też jest jakiś etap dojrzewania. Idąc tropem powiedzenia, że energia podąża za uwagą, to jest tutaj robota do wykonania – obranie kierunku.
I jak to się robi?
Odwołując się do metafor kulinarnych, porównywałabym ten proces do odparowywania sosu. Czas ma znaczenie, coś się musi skrystalizować, zyskać odpowiednią konsystencję i aromat. To trwa.
Jesteś cierpliwa?
Nie! Jestem totalnie niecierpliwa, dlatego nieustannie uczę się cierpliwości. Czasem nie umiem sobie poradzić z energią, która pojawia się, kiedy na coś za długo czekam. Na przykład teraz mam ochotę wydać od razu kolejną płytę.
Już?
Na przykład za miesiąc.
O czym?
Coś by się znalazło. Moglibyśmy wyjechać z zespołem na sześć dni gdzieś na Warmię, głęboko w las, albo nad jezioro, i zdecydować, że na płycie ukaże się wyłącznie to, co powstało tam na miejscu, od wtorku do niedzieli. Prawda momentu.
I sześć kolejnych kartek z kalendarza.
Mela Koteluk jest piosenkarką i autorką tekstów. Śpiewała z zespołem Scorpions i kwartetem Kwadrofonik oraz m.in. Gabą Kulką, Czesławem Mozilem, Ralphem Kamińskim i Sanah. Laureatka kilku Fryderyków. Jej albumy „Spadochron” (2012) i „Migracje” (2014) zyskały status podwójnej platyny, a „Migawka” (2018) złotej płyty. Tej wiosny ukazał się jej nowy album „Harmonia”.
Duety Meli Koteluk: The best of

Katarakta, w duecie z Danielem Bloomem, 2015
Tytułowa katarakta to choroba oczu prowadząca do zmętnienia soczewki – dla dotkniętych nią osób świat staje się coraz mniej wyraźny. W piosence, której towarzyszy świetny teledysk wyreżyserowany przez Klaudiusza Chrostowskiego, ten brak ostrości jest jednak cechą spowitego we mgle świata, nad którym czuwają coraz bardziej senni latarnicy. Wypiętrzają się wody, trzęsie się ziemia, błyska. A może ten koniec świata rozgrywa się jednak tylko w nas?

Drzewa, z zespołem Kwadrofonik, 2020
„Drzewa to chmur zgęszczenia, pod nimi dzwoni ziemia, nad nimi rwą wezbrane
planety z brązu lane” – napisał Krzysztof Kamil Baczyński, a zaśpiewała Mela Koteluk. Album nagrany do wierszy poety z okazji 76. rocznicy powstania warszawskiego zadebiutował na 2. miejscu ogólnopolskiej listy sprzedaży, rok później dostając wyróżnienie za najlepszy krążek w kategorii „muzyka poetycka”. Słusznie, jest wybitny, przebojowy i ponadczasowy.

Maj 1939, z Sanah, 2025
Czytany dziś wiersz Zuzanny Ginczanki „Maj 1939” brzmi niezwykle aktualnie – na świecie „zbyt wiele rzeczy się dzieje”, a w gazetach „są znaki, że przyjdzie wojna: komety, orędzia, mowy”. Skomponowana przez Arka Koperę i Sanah muzyka świetnie oddaje niepokój wiersza – nie bez powodu piosenka stała się przebojem. Jednocześnie wiele tu symboli bliskich samej Meli Koteluk: są komety, chmury, jest miłość w niespokojnych czasach i próba poszukiwania równowagi oraz radości z wybuchającej wokół wiosny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















