Wpadłem nań na schodach. „O, cześć, a ja wiem, kto ty jesteś!”. Odpowiedziałem: „No, ja też wiem, kim jesteś”. „Wiesz – mówi – gram na fortepianie i skrzypcach, i jakby co, jestem do dyspozycji”. Pomyślałem: „gadaj zdrów”, a po wymianie grzecznościowych formułek poszedłem dalej. To było w czerwcu. We wrześniu napisałem muzykę do „Klęski” i pomyślałem, że to piosenka w sam raz dla niego.
Pojechałem do nich na Saską Kępę. Nakarmiono mnie i napojono. Zagrałem mu tego wieczora bodaj trzydzieści piosenek. Mówi: „Dlaczego dajesz mi jeden utwór, to materiał na płytę, zróbmy płytę”. Świetnie, ale byłem przekonany, że to on zaśpiewa moje piosenki. On na to: „Nie, nie, będę akompaniował”. I na tym stanęło.
Nie zgadzaliśmy się w niczym – ani muzycznie, ani politycznie, ani nijak. Ale mięta była. Zobaczył to we mnie. Śpiewak śpiewaka rozpoznaje węchem, a o sztukę wokalną spór był pierwszoplanowy.
Premiera w Łazienkach dzięki życzliwości Tadzia Zielniewicza. Scena na stawie, wiosenne burze z piorunami, o włos od odwołania koncertu. Tłumy, opar mgielny, intensywny zapach kwiecia po deszczu. Pięknie było, i owszem.
Jestem dłużnikiem Stanisława dozgonnym. Nie tylko dlatego, że pootwierał mi wiele drzwi. Obserwowanie go przy pracy było fascynujące. Siadał do fortepianu, a z nieba lały się niebiańskie harmonizacje. Niezwykły talent, przestrzenna wyobraźnia kompozytorska. Samokrytyczny, ciepły, też szorstki, gdy go coś uwierało: „Ty, Adaś, to się zastanów – jesteś muzykiem czy historykiem?”.
Wielkie wrażenie robiła na mnie jego bezinteresowność. Widywałem go w sytuacjach, o których postronni nie wiedzą – miał hojne serce, a dziełami miłosierdzia się nie chwalił. Kompan niezrównany, po paru głębszych wchodził w dialekt śląski, a nocnym rozmowom nie było końca.
Śląskość była dlań konstytutywna – mentalnie i kulturowo. Pięknie i z uznaniem opowiadał o rodzicach, braciach, sąsiadach, o pierwszej w życiu robocie organisty w Gliwicach. Cytuję mniej więcej: „A te baby, wiesz – nie mogą skończyć, bo pieśń długa, a nie honor przerwać, no to grałem im, aż skończyły; w kościelnej sieni mówi jedna do drugiej zadowolona: »alem se pośpiewały!«”.
Silna osobowość – sam fakt, że żył, dawał mi poczucie siły. Gdy odfrunął, zrobiło się cicho i pusto. Podniebna groza, nie zasnąłem owej nocy. Rano wezwano mnie do kilku rozgłośni radiowych i telewizyjnych.
Adam Strug jest śpiewakiem, autorem piosenek. Nagrał ze Stanisławem Soyką płytę „Strug. Leśmian. Soyka”, Universal Music Polska, 2014.
Stanisław Soyka (1959-2025) był wokalistą, pianistą i skrzypkiem, kompozytorem i aranżerem. Urodzony w Żorach, zaczynał jako czternastolatek od kościelnych organów i kościelnego chóru, gdzie śpiewał w sopranach. Podczas studiów (aranżacja i kompozycja na Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach) śpiewał w uczelnianym big-bandzie, nawiązał też współpracę z gitarzystą jazzowym Jarosławem Śmietaną. Pierwszy okres twórczości upłynął mu właśnie pod znakiem jazzu – i muzyki religijnej, choć również w aranżacjach jazzowych.
Debiutancka płyta – „Don’t you cry” z 1979 r. – to zapis koncertu z listopada 1978 r. w warszawskiej filharmonii, podczas którego coveruje Raya Charlesa, Carole King czy Beatlesów i śpiewa standardy gospel. Kolejna, „Blublula” z roku 1981, nagrana z triem Wojciecha Karolaka i nagrodzona tytułem „Jazzowej płyty roku”, to standardy. W 1982 r. ukazuje się album „Soyka Sings Ellington”, a w 1983 r. – takie były czasy – przygotowany z plejadą świetnych jazzmanów longplay „Matko, która nas znasz” – jazzowe, soulowe i gospel interpretacje pieśni oazowych.
W połowie lat 80. Soyka jest już ważną postacią polskiej sceny muzycznej. Śpiewa i koncertuje m.in. z Tadeuszem Nalepą, nagrywa – wykonywaną później przez całą karierę – piosenkę Grażyny Łobaszewskiej „Czas nas uczy pogody”, jest regularnie wybierany w plebiscytach magazynu „Jazz Forum” najlepszym wokalistą jazzowym w kraju. W 1986 r. podpisuje kontrakt z wytwórnią RCA i wydaje pierwszą płytę pop, „Stanisław Sojka”, z przebojem „Love is Crazy”.
Prawdziwa eksplozja kariery i szczyt popularności Soyki przypada na początek lat 90.: z gitarzystą Januszem Yaniną Iwańskim nagrywa płyty „Acoustic”, „Neopositive” i „Live”, na których śpiewa swoje największe przeboje, m.in. „Tolerancję (na miły Bóg)”. Świadectwem burzliwego związku z aktorką Grażyną Trelą jest „Radical Graża” z 1994 r.; w 1995 r. wydaje „Sonety Shakespeare” i album „Retrospekcja” – pierwsze z licznych podsumowań, z udziałem m.in. Tomasza Stańki i Wojciecha Waglewskiego.
Kolejne lata to czas powrotu do muzyki religijnej i coverów: Soyka koncertuje i śpiewa utwory Jana Pawła II („Tryptyk Rzymski” z 2003 r.), Agnieszki Osieckiej („Soyka... tylko brać. Osiecka znana i nieznana”, 2010) i Czesława Niemena („Stanisław Soyka w hołdzie Mistrzowi”, 2012), pisze dramat muzyczny „Pasja według Romana Brandstaettera zwana Pasją Szczecińską” (2011), wraca do standardów i Duke’a Ellingtona, interpretuje Miłosza i – z Adamem Strugiem – Leśmiana, nagrywa piosenki do filmów („Soplicowo” z Grzegorzem Turnauem do „Pana Tadeusza” Wajdy, „Ty druha we mnie masz”, cover Randy'ego Newmana, do „Toy Story”).
Umiera w Sopocie, w przeddzień występu na Top of the Top Sopot Festival.
MO
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















