Aleksandra, 26-letnia tłumaczka spod Lublina, w ciągu 3,5 roku widziała 47 występów Sanah (czyli Zuzanny Grabowskiej) na żywo. Tylko w tym roku była już na 18 koncertach. Uczestniczyła także w spotkaniu z nią w Empiku oraz „Schadzce” – prywatnym przyjęciu dla fanów zorganizowanym przez artystkę w pałacu w Jabłonnie.
Na imprezie ugoszczono zwycięzców i zwyciężczynie konkursu na najciekawszy „pałacowy” strój. Fanów, wystrojonych w autorskie outfity, posadzono niczym dworzan wzdłuż długiego stołu i zaserwowano pulpety w sosie, które piosenkarka ponoć uwielbia. Po kolacji Sanah zagrała kameralny koncert solo, długo rozmawiała z każdym z biesiadników, a na końcu zaprosiła wszystkich do tańca.
Tomkowi, 40-letniemu cukiernikowi z Warszawy, zdarzyło się koczować od 5 rano pod jedną z warszawskich galerii handlowych. Chciał być jedną z pierwszych osób na spotkaniu z artystką, która miała podpisywać nową płytę. Około południa w Empiku zebrało się mniej więcej tysiąc osób. Wydarzenie zaczynało się o 17.00, sklep wydłużył pracę do późnych godzin nocnych.
Takie organizacyjne klęski urodzaju to wypadkowa popularności Sanah, mierzonej liczbą odtworzeń w serwisach streamingowych (gdzie każda piosenka ma ich po kilkanaście milionów), branżowych nagród (Bestsellery Empiku, Fryderyki, Wiktory i inne), wyprzedanych stadionów i strategicznych współprac. Na liście wspólnych przedsięwzięć z innymi artystami, służących podbijaniu zasięgów, Sanah ma całą listę nazwisk z ekstraklasy polskiego popu: Dawida Podsiadłę, Darię Zawiałow, Anię Dąbrowską, Artura Rojka, Muńka Staszczyka, a ostatnio nawet Matteo Boccellego. Każdy chce się znaleźć na prywatce u Sanah. Czy może raczej – w szeregach jej akademii.
Sanah i hipopotam
To może zaskakiwać: niezwykle popularna w naszym kraju twórczość absolwentki warszawskiego Uniwersytetu Fryderyka Chopina wypakowana jest po brzegi inteligenckimi odniesieniami – od kanonu poezji polskiej po nawiązania do Wojciecha Młynarskiego i Agnieszki Osieckiej. Płyta „Sanah śpiewa poezyje” (2022) z zaadaptowanymi pod piosenkową formę wierszami wydaje się przypieczętowaniem mariażu muzyki pop ze szkolną akademią.
Sam fakt, że Zuzanna Grabowska jako dyplomowana skrzypaczka gra na koncertach fragment „Etiudy Rewolucyjnej” oraz wplata w jeden z utworów „Cotton Eye Joe” grupy Rednex (hit szkolnych dyskotek lat 90.), sugeruje, że to właśnie w klimacie szkolnej auli czuje się najlepiej. Klasyki jest zresztą u niej więcej, choćby na najnowszej, wydanej przed wakacjami płycie „Kaprysy” (tytuł to odwołanie do formy muzycznej, a konkretnie do kaprysów Paganiniego).
Co sprawia, że cały ten „szkolny” wizerunek ma takie wzięcie, szczególnie wśród nastolatek? Grabowska ma nie tylko image starszej siostry, nie tylko ubiera się kolorowo, nawiązując do bajkowego imaginarium, wprowadzając do muzyki, teledysków i tekstów przystępne rodzinne elementy, ale stara się na koncertach stworzyć atmosferę, w której odnajdą się najmłodsze słuchaczki (bo są to przede wszystkim dziewczynki). Skala tej „uroczości” wybiła na początku roku, gdy okazało się, że artystka „adoptowała” hipopotama Sapo z gdańskiego zoo – sympatyczne zwierzę znalazło się pod stałą opieką finansową artystki (akcja połączona była z premierą singla „hip hip hurra”).
To jeden z wielu kreatywnych promocyjnych pomysłów ekipy Sanah – promując płytę „Uczta” (2022), artystka sprzedawała hot-dogi w budce w centrum Gdańska (to zapewne inspiracja Dawidem Podsiadłą, który z okazji premiery płyty na głównej ulicy Warszawy otworzył swój „Małomiasteczkowy” kiosk).
Niesłabnąca popularność artystki wśród najmłodszego segmentu publiczności ma też związek z nagraniem przez nią coveru Zdzisławy Sośnickiej do nowej ekranizacji „Akademii Pana Kleksa”. W oryginale pastelowy, oniryczny pop z funkowym zacięciem, autorstwa duetu Gradowski-Korzyński, w wersji Sanah nabrał mrocznego, electro-popowego charakteru.
Wbrew wielu krytycznym głosom, jest to całkiem udana wersja. Sanah zrozumiała ambiwalencję tej piosenki i jej aktualny kontekst. W 2024 r. śpiewa o kreowaniu swojej bajki nie tylko do najmłodszych słuchaczy i słuchaczek, ale też do osób wychowanych na oryginalnym „Kleksie” z 1983 r. Wezwanie do kreowania własnej bajki mogą one interpretować przez filtr własnych wspomnień, nierzadko mrocznych, tragicznych, nieprzyjemnych. Wyszło z tego prawdziwe „pożegnanie z bajką”.

La, la, land
Ale konserwatywny styl Sanah to nie tylko kwieciste sukienki, teledyski kręcone na wsi spokojnej i wesołej czy melodramatyczny sztafaż tekstów. Artystka pochodzi z wielodzietnej, dobrze sytuowanej katolickiej rodziny – wychowała się na osiedlu wspólnoty neokatechumenalnej na północ od Warszawy. Ma sześcioro rodzeństwa, z którym jest zżyta, jakby to była jej paczka.
Ojciec Zuzanny zrobił karierę w międzynarodowej korporacji, ale na X (dawniej Twitterze) można było znaleźć sporo jego radykalnych wpisów, mocno sceptycznych np. wobec członkostwa Polski w UE (dziś nie prowadzi już konta). Specyficzne pochodzenie i metaforyczny „fortepian w salonie” powodują, że Sanah nietrudno przypiąć łatkę córki bogatych starych. Nie do końca tak jest.
Już jako nastolatka wygrywała konkursy piosenki. Klęskę odniosła dopiero startując w ogólnopolskich, telewizyjnych programach, gdzie trzeba trochę bardziej pajacować. Wtedy właśnie dostała w urodzinowym prezencie od taty godziny nagraniowe w słynnym Izabelin Studio. Początków jej kariery doglądał jego szef, Andrzej Puczyński. To on dał cynk wytwórni Magic Records o utalentowanej dziewczynie, która zawitała w progach jego firmy. Kilka miesięcy przed albumowym debiutem piosenkę Sanah, jakby chcąc dodać otuchy młodszej koleżance, wykonywał na koncertach Dawid Podsiadło.
Sanah do dziś funkcjonuje w pozapolitycznym la la landzie, nie odcinając się od rodzinnej tradycji. Na przekór lewicowo-progresywnym wyobrażeniom o tym, jak powinna zachowywać się młoda artystka (popierać walkę o prawa kobiet, ekologię itd.), Grabowska bez oporów reklamuje śmieciowe jedzenie, sprzedaje hot-dogi, w jednej z piosenek kosztuje mortadelę, w innej zachwyca szybkimi samochodami, nie stroni też od śpiewania o alkoholu.
W wywiadach opowiada, że widzi siebie jako mieszkającą na polskiej wsi matkę gromadki dzieci, tradwife. Trudno powiedzieć, czy robi to specjalnie, ale jej apolityczność i wygodne zanurzenie w archaiczności to komfort, na który niewielu artystów może sobie pozwolić. Obserwacją na ten temat podzielili się publicyści konserwatywnego Klubu Jagiellońskiego, wnioskując, że „Sanah – najprawdopodobniej niezamierzenie – staje w kontrze do trzech aksjomatów współczesnego mainstreamowego liberalnego feminizmu: kobiety Królowej Śniegu, kobiecej autonomii oraz chirurgicznej równości w ramach związku”. Sanah, chcąc nie chcąc, wpisała tym samym się w trwającą od kilku lat dyskusję o rozjechaniu się stylów życia, aspiracji, poglądów politycznych i wartości wśród młodych kobiet i mężczyzn. Siedzi na tej barykadzie okrakiem? Nie, raczej stoi tyłem.
Hardkorowo pada deszcz
Niezależnie od tego, co naprawdę o kwestiach genderowych myśli Zuzanna Grabowska, projektowi Sanah na pewno daleko do jakiejkolwiek progresywności – politycznej, ideologicznej, estetycznej czy lajfstajlowej. Autor fanpage’a Kulturalny Sampling napisał wręcz, że „Sanah znajduje się na przeciwległym biegunie punkowej ekspresji i indierockowej ironii, jest odwrotnością rapowej dosłowności i wulgarności. Jest dziewczyną z dobrego domu, która nie chce lub nie potrafi nadążać za zbyt szybko kręcącym się światem”. Trudno się nie zgodzić.
Ale skrawki twórczości lirycznej Sanah mają coś jeszcze – są trafne niemal w sensie socjologicznym, tak jakby artystka przed napisaniem tekstu zaglądała do badań i czytała, co Polaków martwi lub denerwuje. Pod bajkowym lub sentymentalnym sztafażem i pewnym emocjonalnym rozmazaniem kryją się zaskakująco trafne diagnozy.
– Ona wie, o co chodzi w życiu w Polsce: „mieszkanie nieduże i kredytów pięć”, „codziennie narzekałam – gdzie ten happy end”, „hardkorowo pada deszcz”, „to wszystko ściema jest”. Jak sobie zbierzesz fragmenty jej piosenek, to one doskonale podsumowują życie w Polsce – wyliczają z uznaniem autorzy satyrycznej audycji „Ryneczki kontra markety” (do znalezienia na Spotify) ze studenckiego radia.
A przecież „kawka na wynos” z piosenki „Ale jazz!” („Irenka”, 2021) to idealna migawka z pandemicznego stanu nadzwyczajnego, który w momencie premiery albumu trwał już ponad rok. To także liryka zaskakująco mocno zanurzona w konkrecie, o czym świadczy choćby liczba marek i nazw własnych przewijająca się przez teksty Grabowskiej. W twórczości Sanah wyróżnić można też całą serię piosenek opisujących przygody miłosne młodej, wielkomiejskiej singielki – szczególnie na pierwszych płytach kwestia rozstań, zerwań i powrotów wydawała się najbardziej interesować autorkę. Wszystko to opisane zostało realistycznie i z emocjonalnym prawdopodobieństwem.
Sanaszki i memy
Na Stadionie Narodowym Grabowska oddaje fance swoje buty. W czasie koncertu w Poznaniu jej zespół wykonuje spontanicznie zaaranżowane „sto lat” dla ośmioletniej fanki. Najstarsza sanaszka, o której słyszałem, ma 70 lat, ale bardzo ważną grupą odbiorców twórczości artystki są dzieci. Na debiutanckiej płycie „Królowa dram” (2020) znajdziemy co prawda wiele wyznań zbolałej, przedwcześnie pozbawionej złudzeń dwudziestolatki oraz pełnych obaw wspomnień o relacji z nieodpowiednimi mężczyznami. Nie ma to jednak znaczenia dla najmłodszych, którzy choć nie mogą tekstów tych piosenek odnieść do swojego życia, to i tak tłumnie przychodzą z opiekunami na koncerty.
Relacja Sanah z fanami jest potwierdzeniem obserwacji i tez ze „Szkicu o darze” antropologa Marcela Maussa, mówiącego, że „tym, co grupy wymieniają, nie są wyłącznie dobra i bogactwa – są to przede wszystkim uprzejmości, festyny, obrzędy, tańce, święta, jarmarki”. Pomiędzy Sanah a jej publicznością trwa ciągła wymiana hołdów, głasków, uprzejmości, energii. Tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy Sanah zorganizowała aż trzy konkursy dla swoich fanów, w których nagrodą była jakaś forma spotkania – prywatny odsłuch nowego materiału, przejażdżka otwartym autobusem po Warszawie albo wspomniana pałacowa „Schadzka”. Sanah jest dobra w nawiązywaniu ciepłych kontaktów oraz small talkach.
– Nie kojarzę żadnego polskiego artysty, który by tak dbał o relacje z fanami. Na świecie być może pod tym względem dorównuje jej Taylor Swift, ale jeśli chodzi o Polskę, nie ma konkurencji – ocenia Aleksandra. Tłumaczka od dwóch lat prowadzi na Instagramie profil @memy_z_sanah. Obrazki opatrzone krótkimi podpisami bądź dialogami inspirowane są popularnymi szablonami graficznymi. Takie profile to dziś standard komunikacji marek w internecie – nieważne, czy mówimy o klubie piłkarskim, piosenkarce, kandydatce na prezydentkę USA czy siłach zbrojnych kraju toczącego wojnę (ukraińskie memy mają ogromne znaczenie w budowaniu narracji o konflikcie). Szczególnie wiele zaś mówi sytuacja, w której takie memy tworzone są oddolnie, bezinteresownie, przez fanów, z miłości czy sympatii.

Poezyje i skarpetki
Aleksandra początkowo jeździła na koncerty Grabowskiej ze znajomymi. Potem zaczęła się odnajdować z innymi fanami na grupach na Facebooku. Społeczność miłośników Sanah to pospolite ruszenie, czy, jak powiedziałyby zetki, movement – kilkadziesiąt zamkniętych grup fanowskich. Największa z nich liczy kilkanaście tysięcy sanaszek, ale są też społeczności znacznie mniejsze. Za Sanah stoi prawdziwa armia. Oprócz niedzielnych słuchaczy – ludzi, którzy pójdą na koncert w rodzinnym mieście czy kupią płytę – wykształciła się w trakcie jej krótkiej kariery grupa osób słuchających i śledzących ją niemal obsesyjnie.
W monumentalnej pracy „Zarażeni dźwiękiem”, poświęconej rynkowi muzycznemu ery streamingu, Stanisław Trzciński wyróżnia dziewięć person współczesnego słuchacza muzyki. Jedną z nich jest „fan z fandomu”. „Współczesne fanostwo zmienia tradycyjną relację odbiorca–twórca na bardziej obustronną relację fan–idol (fani współtworzą treści, mają realny wpływ na to, co się dzieje na scenie). Fan jest nie tylko słuchaczem muzyki, lecz także konsumuje całe okołomuzyczne uniwersum związane z ulubionym zespołem” – pisze Trzciński.
Porównania z międzynarodowym ruchem swifties, czyli fanek i fanów Taylor Swift, są do pewnego stopnia na miejscu, skala oczywiście inna. Mapa uniwersum Swift jest z pewnością nakreślona z większymi detalami niż w przypadku Sanah, ale również świat Grabowskiej oferuje możliwość eskapistycznego zgłębiania twórczości i jej kontekstów, jest też platformą do przecinania się z artystką w świecie rzeczywistym.
Również sama Grabowska – jak Swift – dzieli swoją twórczość na „ery” zbieżne z kolejnymi płytami długogrającymi, a każdy album wyróżnia nową identyfikacją wizualną. Jej fani i fanki wymieniają się bransoletkami przyjaźni. Wreszcie – polscy słuchacze nie tylko kochają Sanah, ale kochają też dla Sanah stać w kolejce, pilnować kolejki, być w niej jak najwcześniej, a później urządzać wyścig pod scenę, żeby znaleźć się jak najbliżej artystki. W czasie niedawnego festiwalu na Służewcu ustawili się do wejścia o dziewiątej rano – koncert „Królowej dram” rozpoczął się o 23.00.
Na Instagramie działa specjalny profil poświęcony jej stylizacjom. Merch artystki, czyli oferta odzieżowo-suwenirowa, należy do najbardziej rozbudowanych w polskim popie. Oprócz koszulek, płóciennych toreb czy oferty dla bobasów, każda sanaszka może się tu odziać się od stóp do głów, a oprócz tego wyposażyć na wypadek wycieczki czy pikniku.
W ofercie sklepu jest specjalna butelka z próżniową izolacją, skarpety, kuferek premium „Poezyje”, kołnierzyk z falbankami, kamizelka, bransoletki, czapki z daszkiem, „nerka” (saszetka), plecak, ekozeszyt z krowami (zwierzęta wystąpiły w niezwykle popularnym teledysku do „Nic dwa razy”), kurtka dżinsowa z frędzlami, kapelusz, plakat z Tym Stanem (Stanisławem Grabowskim – mężem wokalistki i muzykiem zespołu koncertowego), sztućce, plecaki czy… covidowa maseczka z czasów piosenki „Kolońska i szlugi”.
Kto nie skropił chleba łzami
Kiedy rozmawiam z fanami, słyszę te same epitety na temat wokalistki – autentyczna, szczera, bezpretensjonalna, z dystansem do siebie, zabawna.
– Spotykasz ją po koncercie, stoi w dżinsach i w bluzie. Jest bardzo niepozorna. Nie czujesz, że to jest wielka gwiazda, tylko ktoś znajomy, po prostu jedna z nas – opisuje Aleksandra. – Spotkaliśmy ją większą grupą. Okazało się, że pamięta nasze imiona albo nicki z Instagrama. Realnie interesuje się tym, kto tam skacze pięćdziesiąty raz pod sceną na jej koncercie.
Wśród osób, które na koncertach Sanah czują się jak w domu, występuje zjawisko depresji pokoncertowej.
– Mój ojciec pracował przy samolotach. Zaraz po wylądowaniu mawiał: „jak ja dawno nie leciałem”. Jak człowiek wróci z koncertu Sanah, od razu sprawdza, kiedy są następne – śmieje się Tomek.
Zastanawiające, jak można odróżniać od siebie występy, które na całej trasie mają identyczną setlistę, choreografię, w dużej mierze konferansjerkę.
Aleksandra twierdzi jednak, że to nie problem: – Każdy koncert ma trochę inną energię, inne emocje. Zdarzają się różne niespodzianki. Ja to odróżniam – tłumaczy, a Tomek, fan musicali, odpowiada: – Zdarzało mi się obejrzeć kilkanaście wystawień jednego tytułu. Po takim czasie wchodzi się na inny poziom relacji z aktorami, dostrzegasz różnice.
Z Grabowską ma podobnie. A jej koncerty postrzega jako czas odświętny: – Sanah to taki Kopciuszek, który idzie na bal, jest kimś wyjątkowym. A później przychodzi północ, tak jak przychodzi koniec koncertu, i człowiek musi wrócić do szarej rzeczywistości.
Wiadomo, jak śpiewa Sanah, „kto nie skropił chleba łzami, ten nie będzie apetytu miał. Każda kropla morzem dla mej łódki. Hip hip hura!”.

Królowa dram, 2020
Singiel „Szampan” wystrzelił zaraz po sylwestrze, w niedługim czasie stając się hymnem początków pandemii i najczęściej odtwarzaną w stacjach radiowych piosenką w roku 2020. Nic dziwnego, wchodzi naprawdę łatwo.
Irenka, 2021
Tym razem sięgamy po kawkę na wynos, bo pada deszcz i na maksa wieje też, znów jest początek stycznia. Utwór „Ale jazz!” zadebiutował w popularnym programie śniadaniowym, by stać się hitem studniówek. Najczęściej grana piosenka radiowa roku 2021.
Uczta, 2022
Płyta zaraz po premierze wskoczyła na 1. miejsce oficjalnej polskiej listy sprzedaży, zyskując status podwójnej diamentowej (ponad 300 tys. sprzedanych kopii), a ostatecznie najlepiej sprzedającej się płyty roku 2022. Tym razem utwór „Szary świat” jest radiowym numerem jeden.
Kaprysy, 2024
„Hip hip hura!” już jest najczęściej graną w radiu piosenką tego roku, a najnowszy album zdecydowanie najbardziej przebojowy w dotychczasowej karierze artystki. Pod koniec wakacji „Kaprysy” znajdują się w pierwszej trójce listy sprzedaży, konkurując z Billie Eilish i raperami. Tymczasem ukazała się już ich nieco bardziej jesienna wersja „pianinkowa”.
MOch
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















