Ewelina Burda: Co lubisz w piosenkach?
Błażej Król, muzyk: Lubię słyszeć rym w piosence. Lubię prostotę, ale też patos i teatralność śpiewania. A najbardziej chyba to, że słowo można w piosence interpretować inaczej niż to, które jest tylko napisane.
A ile w pisaniu piosenek jest z poezji?
Zawsze twierdziłem, że to, co piszę, to nie są żadne utwory, wiersze – to są piosenki, proste teksty. Zahaczam o poetyckość, to prawda. Ale nie lubię czytać swoich tekstów takich nagich. One działają z muzyką, na płycie, razem. A najbardziej działają podczas koncertu.
Co się wtedy dzieje?
Wpływa na nie intonacja, euforia, zmęczenie, kondycja dnia. Czasem zmieniam wtedy subtelnie teksty: bo widzę na przykład, jak rzeczownik dookreślony przymiotnikiem traci swoją moc, zamiast ją zyskiwać. Estetyka końcowa jest dla mnie najważniejsza. I teraz dokładam do tego sens.
Robisz coś inaczej?
Staram się pisać bardziej fabularnie. Nawet jeżeli piosenka nie jest całkowicie zamkniętą historią i wciąż blisko jej do impresji, to staram się, żeby nie było tam wykluczeń, dbam o spójność. Nie upieram się już, że wszystkie rzeczy, które mam w notatkach, muszą zostać wykorzystane. I niedawno sobie pomyślałem o tym, że przecież nikt nie wie, co tam mogło być. Przez długi czas piosenki bardziej kleiłem niż pisałem. Taki styl trochę dadaistyczny. Sens lub jego strzępy zyskiwało to później. I część moich piosenek, jak patrzę na nie dziś, to nie wiem, o czym jest. Może tak się broniłem przed tym rymowaniem, poetyckością?
Dużo poprawiasz?
Trochę jest szlifowania, ale chcę, żeby to miało też pierwotną ulotność, może nawet jakiś błąd. Do wielu zmian w muzyce zainspirowała mnie moja cudowna przyjaciółka, która jest moją żoną. Iwona w tym roku sama wydała album, artystycznie działa jako Sujka. Muzycznie bardzo jej pomagałem, ale tekstowo to jej praca, jej tematy. I tu się różnimy.
To znaczy?
U mnie temat czy temperatura mogą zostać zauważone dopiero, gdy to jest napisane. Trochę z lenistwa i z takiego poczucia, że tak mogę. Album Iwony to tematy, które sobie zadała. Proste, bardzo intymne pisanie: o stracie, pożądaniach, o różnych życiowych, codziennych sprawach.
A Twoje piosenki o czym są?
Czasem zastanawiam się, czy w ogóle muzyk powinien opowiadać, o czym jest piosenka lub płyta: bo jak to nie czyta się samo, to może jest po prostu słabe? Niektóre utwory z wcześniejszych lat nie są mi już bliskie, to już nie jestem ja albo zapomniałem o sobie z tamtego czasu.
A taka konieczna interpretacja kojarzy mi się ze szkołą: „Wyjaśnij, co poeta miał na myśli”. Strasznie tego nie lubiłem, nie umiałem, nie byłem w tym dobry. Mama polonistka, ale ja byłem trójkowo-dwójkowym uczniem, jakieś dysleksje, problemy. Dłuższe formy to była dla mnie trauma.
Zostałeś przy krótszych: na nowej płycie „Popiół” jest dziesięć piosenek.
Gdy mam o tej płycie opowiadać, do głowy przychodzi mi czuły barbarzyńca. Jest w niej jakaś militarność, słowa z tego porządku, ale jest i chłopięcość. Jest spojrzenie na siebie i zobaczenie czegoś pod tą grubą często tkanką. Taka zabawa w chowanego.
A „popiół”?
Wokół tego słowa jest mnóstwo opowieści kulturowych: posypywanie głowy, feniks, odrodzenie. Wszystko może zamienić się w popiół – ale sam popiół? W co on się zamienia? I różne impresje: papierosy, popielniczki, ogniska, dymy. Podoba mi się to słowo i kojarzy miło, a zarazem przerażająco: bo żeby powstał popiół, ogień musi coś pochłonąć.

Mój kolega z zespołu UL/KR, który dziesięć lat temu tworzyliśmy, powiedział kiedyś, że popiół jest jedną z najczystszych form. Nigdy tego nie sprawdziłem, ale lubię to powtarzać.
Lubię też albumy: słuchać ich, nagrywać je. Przy tym muzycznie pracowałem z Pawłem Krawczykiem, bez niego on nie byłby tak ciekawy. Długo pracowałem sam, staram się teraz bardziej otwierać na ludzi, którzy potrafią inne rzeczy niż ja.
Chciałeś ten album zadedykować „braciom i ojcom”. Co mieli usłyszeć?
Iwona mi to trochę odradzała, że to dziś może być źle odebrane.
To nie są żadne recepty. Nie jest to szturchnięcie, bardziej poklepanie. Ale nie w duchu: chłopy, jesteśmy tacy silni, chodźmy. Tylko bardziej tak: jak nie masz siły iść, to czasem to też jest spoko. Pewne rzeczy mijają, będzie dobrze. Po deszczu wschodzi słońce, tak mówią, ale jeśli idzie kolejny burzowy tydzień, to też będzie dobrze.
Staram się, żeby to wszystko było tutaj, dziś. Nie jutro, nie wczoraj. Trochę frazes, ale mi to jakoś też pomogło.
Po raz pierwszy mam ciarki, gdy śpiewam swoje piosenki. Wcześniej niektóre tylko po karku przejechały wietrzykiem. Teraz jest inaczej. Na tej płycie najbardziej się przedstawiłem. Piosenki opisują też tego czterdziestoletniego mnie.
„Żeby te moje wszystkie lata / Chociaż w połowie równały się z mądrością / Bo już nie liczę tych wszystkich razy / Które przed snem w gardle stają ością”. To z piosenki „Rozkaz”.
Takie otwieranie się jest dla mnie ciekawe, ale też się go trochę cykam. Cykam się i otwieram. Działam raczej spokojnie: obserwuję, czekam na sygnały które daje ciało, głowa. Daję sobie z wieloma rzeczami czas. Jestem chyba mniej gwałtowny, raptowny, zwłaszcza w takich sprawach, gdzie głośno brzmiało „muszę”.
To brzmi, jakby ta czterdziestka dobrze robiła w głowie. Bałeś się jej?
Kurde, strasznie ją przeżyłem. W ogóle nie myślałem, że istnieje taki wiek. Ten czas razem z Iwoną tak nam leciał, nie zauważyliśmy tego. Moja żona jest ode mnie rok starsza, pierwsza przekroczyła tę czterdziestkę. I całkiem przyjemnie to zrobiła.
A Ty?
Po dziesięciu latach przerwy poszedłem do lekarzy. Bez przerwy odkładałem różne badania, to było ucieczkowe. Poczułem taki mały ból w plecach i ruszyłem z całą machiną: robiłem USG, chodziłem do kręgarzy, długo nie mogłem złapać, co to jest. I myślę o tym jak o takim sygnale od ciała, że jest jakaś data ważności.
Ile jest teraz w Tobie z małego Błażeja? Jaki on był?
Dużo nie pamiętam z dzieciństwa. Mama lubi opowiadać anegdotę, że urodziłem się w ciszy, bez krzyku. Mam młodszego brata, pięć lat nie miałem towarzystwa. Lubiłem bawić się sam, budować swoje światy. Byłem raczej chłopcem, który potrafił zająć się sobą. Bardziej na świat to otworzyłem się dzięki Iwonie.
A muzyczne początki?
W przedszkolu była próba z ogniskiem muzycznym. Później rodzice zapisali mnie na saksofon do szkoły muzycznej. Trzy lata koszmaru. Na dyplom z saksofonu już nie poszedłem. Sprzedałem instrument, kupiłem gitarę.
Sam uczyłeś się grać?
Miałem w domu taki śpiewnik z klasykami: Lady Pank, Perfect. Własne piosenki zacząłem pisać z lenistwa, bo nie chciało mi się uczyć czyichś tekstów na pamięć. Grałem jakieś utwory typu „Autobiografia”, słyszałem fragment melodii i dalej wymyślałem sam. I ten nastoletni Błażej tak sobie pisał.
A śpiewanie?
Świadomość śpiewania i głosu pojawiła się u mnie dwa lata temu, po dwudziestu latach robienia tego. Wcześniej się po tym ślizgałem, mniej lub bardziej umiejętnie. To było dla mnie trudne, bo głos nie działa jak gitara, trzeba o niego dbać, nie nastroisz go zawsze. A jak nie masz warsztatu, jesteś odwodniony, zmęczony, to żaden pisk z ciebie nie wyjdzie. Teraz to uwielbiam, bo wiem, na co mogę sobie pozwolić, i w tym moim rejestrze bawię się świetnie.
Podobno prowadziłeś kiedyś scholę.
Tak. Jak ktoś pytał, gdzie mieszkam, to zawsze mówiłem: trzeci dom za kościołem. Dzwony, gotycki budynek na Wieprzycach, przedmieściach Gorzowa Wielkopolskiego. Do kościoła byłem raczej gnany, nie było to na początku przyjemne, ale były też rzeczy, które tam lubiłem. Z paroma osobami z okolic zaczęliśmy grać. Taki chłopak, Piotr Bartoszek, który został później księdzem, biegał na tę scholę, a ja za nim jako druga gitara. Dzieciaki śpiewały, fajna radość, mieliśmy swoje miejsce. I popatrz, ale dziwna sytuacja: on mi się śnił parę dni temu, Piotrek, a nie mamy zbytnio kontaktu.
Później ciekawiły mnie klimaty muzyki chrześcijańskiej, już mocniejszej: zespół Armia, 2Tm2,3. I sam grałem w zespole chrześcijańskim, robiliśmy covery zespołu The Doors z tekstami po polsku. Jeden z księży miał straszną fiksację na The Doors i to, że sam zespół z opowieścią chrześcijańską się nie kleił, nie było tu problemem. Nazywaliśmy się Ryba. Pamiętam, jak graliśmy melodię z „People are strange” i śpiewaliśmy: „Jezus się zbliża, jest coraz bliżej…”. I jeszcze na dodatek ten zespół prowadził perkusista Papa Dance, który pochodził z Gorzowa Wielkopolskiego.
Brzmi jak Polska w pigułce.
To było tak powykręcane, że mnie kręciło. Byli ludzie, którzy grali z serca, nie było w tym fanatyzmu, więc znajdowałem tam miejsce dla siebie. I chyba też przez to mam tak do tej pory… No, modlę się. Wiem, że w Kościele jest dużo… Ale nie chcę w to wchodzić. To, co mam, to jest moje, i dobrze się z tym czuję.
A miłość?
Dużo jest miłości w moim życiu. I wydaje mi się, że mogę mieć cechy romantycznej osoby. Nie przeżyłem w życiu żadnych dramatycznych wydarzeń miłosnych czy rozstań, choć pewnie w tamtych momentach mogłem je bardziej odczytać.
A z Iwoną jak to było? Opowiedz.
Poznaliśmy się na imprezie w domu kultury, na parterze była knajpa. I ona była w pracy na zastępstwo, chyba jako barmanka. No i to odzwierciedlenia w naszym życiu nie znajduje, ale połączyła nas impreza. Nigdy nie myślałem, że taka kobieta… Bo zawsze obracałem się wśród dziewczyn: pięknych, mądrych, ale dziewczyn. A ona była kobietą. Taką zobaczyłem ją pierwszy raz. I nie dawałem sobie jakiejś wielkiej szansy.
Myliłeś się.
Po roku znajomości wzięliśmy ślub. Jesteśmy trzynaście lat razem. I jakoś tak znajdujemy radość z różnych etapów związku. Wiele jest porad dla związków, a my się do nich nie stosujemy. Że trzeba mieć swoje osobne strefy – a nam przez wiele lat wystarczała tylko ta wspólna. Że łączenie pracy, szczególnie twórczej, jest niedobre – a my to jakoś robimy.
Iwona jako muzyczka działa znacznie krócej niż Ty.
Kiedy się poznaliśmy, Iwona była tylko słuchaczką. Wiedziała, co lubi, jeździła na koncerty. Ale nie tworzyła. Patrzyła uważnie, co ja robię. Ja pokazywałem akordy, zachęcałem do zaśpiewania.
Czyli Ty byłeś pierwszym nauczycielem.
Tak. Ale nie sądzę, że byłem dobrym nauczycielem, chociaż mam wykształcenie pedagogiczne. I w pewnym momencie Iwona zapisała się na pianino. Pamiętam zdjęcie z korytarza przed salą, gdzie czekała na zajęcia z samymi dzieciakami. Bardzo była w tym wytrwała, uczyła się wszystkiego od zera, pokłony dla niej. Potem śpiewanie: zaczynała od krzyczenia, melorecytacji, uczyła się dalej. I to nie jest wciąż rozwinięty warsztat, ale ona już chce nagrywać płyty, i podoba mi się ta bezczelność. Wie, co chce grać. Jako artystka ona wymyśliła się sama.
A jakim jesteś partnerem do pracy?
Chyba różnym. W poniedziałek była próba, były na niej łzy. Iwona powiedziała, że jestem straszny. Nie zawsze jest super. Jak jest dobrze, to nie mówię zwykle nic. Jak jest źle, to mówię od razu. Iwona też coraz bezczelniej ingeruje w moje rzeczy. I są tarcia, ale najważniejsze, że ta chęć, żeby naprawdę komuś doradzić, żeby coś było lepsze, działa w dwie strony. My się inspirujemy, wymieniamy wrażliwościami.
Odległość od Warszawy i showbiznesu pomaga Wam w tym tworzeniu?
Mieszkamy w Gorzowie. To zawsze było moje, nasze miejsce. Przez lata było wiele propozycji, żeby wynieść się do większego miasta, nawet niekoniecznie do Warszawy, chociażby Poznania. Ale zostaliśmy. Daleko mamy i do tych przyjemności, i do tych nieprzyjemności. Obserwujemy sobie to z dystansu, w Warszawie wolimy być gośćmi.
I jak myślisz, co ten dystans Ci dał?
Może dzięki niemu nie miałem żadnego zachłyśnięcia się, a potem drastycznego upadku? Ta moja twórcza droga jest taka linearna, idzie do góry, stopniowo. Nie było też tak, że nagle dostałem jakieś straszliwe pieniądze. Wydaję ósmy album solo, ale wciąż muszę pracować, nie jestem artystą, który ma tantiemy wystarczające na dziesięć lat do przodu. Jeszcze pięć lat temu pracowałem w Media Markcie.
Zadowolony byłeś wtedy z życia?
Tak. Naprawdę lubiłem tam pracować, spędziłem tam dziesięć lat. Bardzo lubię powtarzalność, rutyny, cykle – to zawsze jakoś tak ułatwiało życie. Zrezygnowałem z tej pracy, bo ta muzyczna część bardzo mi się rozwinęła i to już nie łączyło się w całość. Nie mogłem przecież brać ciągle wolnych weekendów kosztem kolegów i koleżanek.
O tej pracy mówiłeś, że mocno trzymała przy ziemi. A teraz co Cię tak trzyma?
Iwona. Iwona i dom. Dom to może być mieszkanie, pokój, ale zawsze to jest ta przestrzeń, którą się opiekujesz. Mamy szczęście mieć piękny ogród, który Iwona rozwija w sposób zadziwiający jak na czasy suszy. Zwierzęta też tak na mnie działają, stabilizująco: mamy pieska trzyletniego, dwa trzynastoletnie koty. Nie mamy dzieci i wydaje nam się, że nie będziemy ich mieli, to jest nasz wybór.
Niedawno znaleźliśmy takie wyjątkowe miejsce, blisko Jeleniej Góry. Kupiliśmy stare mieszkanie, które remontujemy. I to jest ciekawy rozdział dla nas, bo nigdy nie tworzyliśmy takiego miejsca dla siebie od początku. Elektryka, kontakty. Ciekawe to jest. Iwona jest w tym znacznie lepsza. Ja bym mógł mieszkać w gołych ścianach, mieć bardzo proste rzeczy.
W czym jeszcze lubisz prostotę?
Lubię grać kameralne koncerty, lubię taki intymny kontakt z publicznością, widzieć emocje, nawet znudzenie. Lubię widzieć w masie części. Lubię widzieć buźki.
A ostatnio tę prostotę jeszcze w jednej czynności bardzo doceniam.
Opowiedz.
Bardzo zainteresowała mnie kulturystyka. Późno, wiem. Jak miałem 39 lat, zapisałem się na siłownię i od tego czasu staram się ćwiczyć. Zacząłem podnosić ciężarki: mniejsze, większe. Widzę progres i w tych prostych czynnościach znajduję dużo radości. Ostatnio rozmawiałem z Iwoną o tym, że jakbym miał rok wolnego, kasę i miałbym się zająć jedną rzeczą, to zająłbym się siłownią: zrobiłbym konkretny plan treningowy i zobaczył, co mogę zrobić ze swoim ciałem w tym czasie.
Cieszy Cię to, widać.
Tak. Ale to siłowanie jest też dziwne i skrajnie różne od tego, kim jestem, a raczej od tego, kim starałem się być. Bo zawsze starałem się raczej rozwijać głowę i serce niż mięśnie. Chociaż serce też jest mięśniem. I po takim roku treningu to mógłbym zostać na przykład trenerem personalnym. To by było. Wtedy bym w pracy na co dzień też widział te buźki. Mógłbym wtedy zgłosić się do jakiegoś reality show, jak „Love Island” lub „Hotel Paradise”, miałbym odpowiednią sylwetkę. Ale chyba jestem już za stary. No i żonaty.
Zdradzasz właśnie mimochodem swoje guilty pleasure?
Tak. Bardzo to lubię i się nie wstydzę. Powiem więcej: „Hotel Paradise” nas uratował w czasie pandemii. Mieliśmy bardzo ciężki okres, bo doświadczyliśmy śmierci, dużo śmierci. Iwony rodzice zmarli w ciągu roku. Mieszkaliśmy razem, byliśmy obok, na co dzień. I to dotknęło nas bardzo mocno. I jest taki moment, że chcesz przekierować myśli tak zupełnie gdzie indziej. Oglądaliśmy wtedy ten „Hotel” po osiem czy dwanaście godzin dziennie.
Wiem, że to nie jest żaden poważny sposób na przepracowanie żałoby, ale jeśli to pomogło zapomnieć o czymś ciężkim? Mamy takie rytuały, pozornie głupie programy, do których wracamy. Fakt, to jest marnowanie czasu. Ale jak się fajnie marnuje go z kimś ważnym dla ciebie, to czasami można.
Wyszła nam tu rozmowa o miłości.
Ostatnio rozmawiałem z jedną dziennikarką, której Iwona udzielała wywiadu. Zapytała mnie: „Czy wy musicie cały czas opowiadać o sobie nawzajem?”. Ale jak inaczej mówić o sobie, o najważniejszych sprawach, dumach? To, że tutaj jestem, z tymi wszystkimi plusami i minusami, to nasza wspólna zasługa. Jestem z niej dumny. Ale ani się za nią nie chowam, ani nie chcę jej wypchnąć. I lubię mówić o Iwonie.

BŁAŻEJ KRÓL jest wokalistą, kompozytorem i autorem tekstów. Urodził się 9 lutego 1984 r. w Gorzowie Wielkopolskim. Działał w zespołach Kawałek Kulki i UL/KR. Wydał osiem albumów (siedem solowych i wspólny z Katarzyną Nosowską). Związany z projektem Męskie Granie, artystycznie działa także z żoną, Iwoną Król.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















