Gdzie się podział Jezus? Problemy europejskiego chrześcijaństwa

Wiara to nie zbiór zasad i obowiązków. Zamieńmy „chodzenie do kościoła” w autentyczne spotkanie z Bogiem w swoim sercu i w drugim człowieku.
Czyta się kilka minut
// Fot. Bricolage / Shutterstock
// Fot. Bricolage / Shutterstock

Pewna siostra zakonna podczas jednego z synodów w Watykanie zapytała azjatyckiego biskupa, jak sądzi, dlaczego w Europie kościoły pustoszeją. Odpowiedział: „Macie puste kościoły, bo doprowadzacie ludzi do sakramentów. A my w Azji doprowadzamy ich do spotkania z żywym Jezusem. I ludzie pozostają z nim w relacji już na zawsze”.

Pewnie sprawa jest nieco bardziej złożona, niemniej myślę, że w tej obserwacji biskup stawia trafną diagnozę. Do sakramentów dodałbym jeszcze moralność. W Kościele europejskim zbyt słabo wprowadzamy ludzi, już u zarania drogi wiary, w doświadczenie żywego Boga. A jeśli tego doświadczenia zabraknie lub pozostaje ono na poziomie słów, a nie praktyki, wtedy nieuchronnie katolicyzm zamienia się w „chodzenie do kościoła” i moralizm. 

Zbawienie przesuwa się na „czas po śmierci” i uzależnione jest całkowicie od naszego postępowania, co notabene przejmujemy bezwiednie z oświeceniowego deizmu. 

Chrześcijaństwo kija i marchewki – dlaczego Kościół stawia na moralizm

W centrum duszpasterstwa i kaznodziejstwa pojawia się grzech i jego zwalczanie, a także zafiksowanie na ludzkiej seksualności. Przyjmowanie sakramentów staje się pustym rytuałem, a moralność, czyli podążanie drogą Ewangelii, nie jest odpowiedzią na miłość, lecz nakazem – przymusem motywowanym strachem i innymi formami religijnej manipulacji. 

Na scenę wkracza nieraz surowość i rygoryzm moralny. Ewangeliczne „czy chcesz” zamienione zostaje na „musisz, powinieneś, trzeba”. Ważniejszy staje się nasz dar ofiarowany Bogu niż jego dary, którymi nas bezinteresownie obsypuje. W takiej aurze zamiast wzrostu miłości kwitnie raczej metoda kija i marchewki.

W zależności od sytuacji mówi się albo o karach, które czekają za nieposłuszeństwo Bogu, albo o nagrodach za dobre prowadzenie się, co nazywam w katolicyzmie „mentalnością zasługi”. Nic dziwnego, że wiele osób nie chce być w takim Kościele.

Trzeba przyznać, że stosunkowo młode Kościoły azjatyckie nie są obciążone „europejskością” chrześcijaństwa, a więc monarchią, feudalizmem, walką z reformacją, filozofią kartezjańską i różnymi herezjami, nie wspominając już o całej serii wyniszczających wojen, które „wsączają się” do praktyki Kościoła i radykalnie oddzielają to, co ludzkie, od tego, co boskie.

Sam przeżyłem kiedyś mały szok podczas mszy w Bostonie dla wspólnoty Koreańczyków. Zdumiało mnie, że ich dzieci były formowane w wierze przez rodziców, którzy uczyli ich także, jak rozumieć i przeżywać mszę. 

Potem dowiedziałem się, że Kościół w Korei przetrwał prawie 200 lat bez obecności jakiegokolwiek księdza. U nas przez całe wieki wiarę wspierała civitas christiana, która była próbą połączenia kultury, władzy, religii i porządku społecznego. Ten eksperyment, choć w przeszłości jakoś się sprawdzał, dziś nie zdaje egzaminu. Nawet jeśli niektórzy chcieliby go restaurować. 

Czym jest mistyka – doświadczenie Boga zamiast religijnych obowiązków

Pytamy coraz częściej, nie tylko w Polsce, dlaczego młodzi, ale też i starsi ludzie odchodzą od praktyk religijnych, a nawet od wiary. Szukamy winnych w sekularyzacji, konsumpcjonizmie, zaniku poczucia grzechu, w tzw. cywilizacji śmierci. Myślę jednak, podobnie jak biskup z Azji, że jednym z głównych powodów tego kryzysu jest wypchnięcie mistyki z wiary i brak pozytywnego doświadczenia wspólnoty w Kościele. 

Mistykę rozumiem, za Katechizmem Kościoła Katolickiego, jako „postęp duchowy [który] zmierza do coraz większego zjednoczenia z Chrystusem” (p. 2014).

Nie ma tu mowy o żadnym elitaryzmie. Mistyka to doświadczenie Boga w naszym konkretnym człowieczeństwie i we wspólnocie. Mistyka to nie zbiór jakichś nadzwyczajnych przeżyć i prywatnych doświadczeń, lecz poznawanie Boga we wspólnocie. Mistycy piszą przede wszystkim o miłości Boga do człowieka, posługując się często językiem zaczerpniętym z małżeństwa. Uczą, jak można Go doświadczyć i w jaki sposób Bóg przeprowadza transformację ludzkiego serca, aby uczynić je podobnym do siebie.

Społeczno-kulturowe motywacje do wiary w Europie już dogorywają, zarazem pustka zostawiona po nich obnaża prawdę, że nie ma, poza nimi, innych motywów wiary. Jak młody człowiek ma nie nudzić się na Eucharystii, jeśli nie doświadczył dotknięcia Boga w swoim życiu? Nie przeszedł też prawdziwej inicjacji, a jedynie wdrożenie w religijne obowiązki. 

Jako dzieci uczymy się pacierza i na tym etapie pozostajemy często w dorosłości, wychodząc z błędnego założenia, że głębsza modlitwa, medytacja, lectio divina czy kontemplacja są tylko dla wybranych. 

Jak wierzyć w zsekularyzowanym świecie. Lekcja ze Szwecji

Głębia i siła wiary nie zależą od zewnętrznych okoliczności. Nigdy nie istniały i nie zaistnieją idealne warunki do życia Ewangelią. 

Odwrotnie: Jezus zapowiada przeciwności i prześladowania. Kard. Anders Arborelius ze Sztokholmu podczas konferencji „Cisza, modlitwa i kontemplacja w zsekularyzowanym społeczeństwie” nazwał aktualne procesy społeczne „ciemną nocą wiary” i szansą dla Kościoła. Dlaczego? 

W szwedzkim społeczeństwie i kulturze (powoli widać to i u nas) nie można już się uchwycić religijnych znaków, symboli, marszów oraz wszelkich instytucjonalnych i kulturowych podpórek dla wiary, bo ich po prostu nie ma. Aby wierzyć w takim „pozbawionym” Boga klimacie, trzeba iść w głąb – wchodzić do swego serca, by tam spotykać żywego Boga.

Katolicy stanowią zaledwie 1 proc. populacji Szwecji. Są to głównie imigranci. Typową katechistką w szwedzkim Kościele – mówił kardynał – jest Polka, która wyszła za mąż za niewierzącego Szweda. Pochodząc z katolickiego kraju, musi całkowicie przestawić zwrotnice swojej wiary: troszczyć się o wewnętrzne doświadczenie Boga. 

Kiedy to usłyszałem, pomyślałem, że  nawet w Europie żyjemy w innych Kościołach. Arcybiskup Sztokholmu rozpoznaje w zsekularyzowanym społeczeństwie znak czasu, który umożliwi odszukanie Boga na nowo. U nas jest dokładnie odwrotnie. Tam, gdzie szwedzki kardynał dostrzega światło nadziei, my widzimy katastrofę i dekadencję. 

Z pewnością jedną z przyczyn skupienia kard. Arboreliusa na doświadczeniu Boga w jego diecezji jest to, że Kościół nie ma tam żadnych wpływów, nie otrzymał niczego od państwa i nie ma nic do stracenia. Nawet budynki i miejsca do odprawiania mszy świętej musi wynajmować. My wciąż jesteśmy na etapie obrony instytucji i majątku, co oznacza, że inne ważne sprawy schodzą w cień.

Dlaczego samo nauczanie regułek nie zrodzi żywej wiary

Ale jest jeszcze inny wyróżnik europejskiego chrześcijaństwa. Jean Corbon, prezbiter Kościoła melchickiego, który opracował czwartą część Katechizmu Kościoła Katolickiego (robił to często w bejruckich schronach), pisze w książce „Liturgia. Źródło wody życia”, że „człowiek modli się tak, jak żyje, a żyje tak, jak kocha”. 

Modlitwa jest tu połączona nie z wiedzą, ale z miłością i życiem. Nie mam wątpliwości, że chrześcijaństwo europejskie zostało zdominowane przez przesadną wiarę w rozum. Wydaje nam się, że niemal wszystko zależy od wiedzy, to znaczy od głowy, upraszczając sprawę. Naiwnie myślimy, że dzieci będą wierzyć, jeśli wykują na pamięć regułki.

Prawda jest taka, że jeśli gdzieś po drodze nie doświadczą sercem tego, czego zostały nauczone, do praktyk będzie je mobilizować tylko obowiązek narzucony przez starszych. 

Co więcej, dostęp do materiałów w internecie utwierdza nas również w przekonaniu, że wysłuchanie podkastu, konferencji lub komentarza do czytań nakarmi wiarę. Owszem, solidna wiedza jest potrzebna, ale to nie wszystko. Jean Corbon ma rację. Fundamentalne dla życia chrześcijanina są relacje i miłość, nie sam rozum ani moralność. 

Wiedza jest tylko medium pozwalającym nawiązać relację, ale jej pogłębienie zależy od spotkań i ich jakości. Moralność chrześcijańska bez doświadczenia miłości jest tylko kolejnym systemem moralnym w świecie.

Serce jako centrum wiary: co o miłości i człowieczeństwie mówią współcześni papieże

Mam wrażenie, że posoborowi papieże dokonują stopniowej „rehabilitacji” człowieczeństwa, przywracając mu należne miejsce na drodze wiary. 

Jan Paweł II pisał w swej pierwszej encyklice, że „człowiek jest drogą Kościoła”. Benedykt XVI, również w swoim pierwszym dokumencie „Deus caritas est”, afirmuje erosa, czyli miłość ludzką, która stała się ofiarą manichejskiej podejrzliwości. Została oddzielona, także w Kościele, od boskiej miłości – agape, tak jakby istniały dwie przeciwstawne miłości. 

Franciszek w swojej ostatniej encyklice „Dilexit nos” już na początku apeluje do Kościoła, aby „znów mówić o sercu” (9), ponieważ nastąpiła poważna „dewaluacja wewnętrznego centrum człowieka” (11). W Kościele używamy często wezwania, by „otworzyć nasze serca”, ale czy nie stało się ono pobożnym sloganem, z którym tak naprawdę nie wiemy, co mamy zrobić?

Serce jest tym w człowieku, co łączy różne jego „części” w jedno: rozum, uczucia, pragnienia, wolę, wyobraźnię. Dla nas samych jest tajemnicą, nieuchwytną dla rozumu. To raczej misterium, które odsłania się nam w doświadczeniu. 

Jean Corbon pisze we wspomnianej książce podobnie jak Franciszek: „Wszystko zależy od obszaru, na którym [człowiek] zwykle się skupia i który wyznacza sens wszystkiego: jego »ja« biologiczne lub »ja« społeczne, to, co wyrozumowane lub idealne, superego lub marzenie. We wszystkich tych peryferyjnych mieszkaniach człowiek jest jakby z wizytą – nie jest u siebie, jeszcze się nie odnalazł. 

Tylko w sercu jesteśmy sobą i takimi się stajemy. Serce jest miejscem autentycznego spotkania z sobą samym, z drugim człowiekiem, ale nade wszystko z żywym Bogiem”.

Jak wejść do własnego serca. Kontemplacja, cisza i uważność jako klucz do spotkania z Bogiem

Dlatego wejście do swojego serca i patrzenie na siebie, na świat oraz innych ludzi z głębi serca chroni przed wszelkimi formami jednostronności i redukcji. W Ewangelii według św. Łukasza spojrzenie, zakorzenione w sercu Jezusa, dostrzega dobre pragnienie Zacheusza. Dlatego Jezus idzie do niego w gościnę, dostrzegając w nim człowieka, nie celnika. Z głębi serca Jezus modli się za Piotra, aby po doświadczeniu upadku umacniał braci w wierze (por. Łk 22, 32). Apostoł wspomniał na słowa Jezusa po swoim zaparciu dopiero wtedy, gdy „Pan obrócił się i spojrzał” na niego (Łk 22, 61).

Natomiast moralizm wyraża się w spojrzeniu zupełnie przeciwnym: najpierw w formie pretensji faryzeuszów, że Jezus przyciąga „nieczystych”: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi” (Łk 15, 2), a potem w szemraniu, że się wprosił do domu Zacheusza: „Do grzesznika poszedł w gościnę” (Łk 19, 7). Człowiek zredukowany zostaje do grzechu, staje się bezimienną częścią tłumu.

Franciszek pisze, że Jezus „zawsze poszukuje, zawsze jest blisko, nieustannie otwarty na spotkanie” (35), a przy tym papież dodaje, że „tego wszystkiego jako człowiek nauczył się od Maryi (...), która od najmłodszych lat uczyła Go, wraz ze św. Józefem, bycia uważnym” (42). 

W „Dilexit nos” znajdziemy wskazówki, jak „wchodzić” do naszego serca. Dzieje się to, gdy w ciszy stawiamy „pytania, które mają znaczenie”: o naszą tożsamość, o to, czego tak naprawdę szukamy w życiu, co jest naszym najgłębszym pragnieniem itd. Otwieramy serce dla nas samych w kontemplacji, prostej obecności przed Bogiem.

Grzech jako brak miłości: nowe spojrzenie na moralność 

Z tego samego powodu mistyczne spojrzenie z poziomu serca inaczej niż moralizm postrzega ludzki grzech. W tekstach znanych mistyków, jak św. Jan od Krzyża, Teresa z Ávili, św. Teresa z Lisieux, a także bł. Jan Duns Szkot i św. Ignacy Loyola, uderza przekonanie, że to nie grzech jest największym problemem człowieka. On jest już skutkiem. Mistycy skupiają się na tym, co może do niego prowadzić, a są to przywiązania, pożądania i nasze upodobania, zwykle zabarwione mocno uczuciami.

Moralizm upatruje źródeł ludzkiego grzechu głównie w pysze, egoizmie i buncie człowieka. Natomiast katechizmowa definicja czerpie z doświadczenia mistyków: „Grzech jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr” (KKK, 1849). 

Wielokrotnie zadawałem ludziom pytanie podczas różnych rekolekcji, co jest powodem ludzkiego grzechu. Nikt nie odpowiedział, że przywiązanie do dobrych rzeczy. Bogaty młodzieniec z Ewangelii zachowywał przykazania i pragnął czegoś więcej, ale nie wiedział, że jest przywiązany do bogactw. Franciszek pisze, że „był pełen ideałów, ale bez siły, aby zmienić swoje życie” (39). Odszedł smutny nie dlatego, że był złym człowiekiem.

Jezus „spojrzał na niego z miłością”. Może po pewnym czasie, dzięki temu spojrzeniu „odwiązał się” od bogactwa?

Jeśli w Kościele nie zaczniemy od małego uczyć postawy kontemplacji i uważności, jeśli nie odwrócimy uwagi od  nieszczęsnego moralizmu i grzechu, i nie zobaczymy wpierw dobroci człowieka, także tego, który się zmaga, gubi, jest ślepy, smutny, samotny i odrzucony – to pozostaną nam tylko krzyczące ambony napominające puste ławki. 

Kto bowiem będzie chciał w kółko słuchać, jaki to jest grzeszny, nieczysty, niegodny, niezasługujący na miłość. Skoro o złu tego świata może codziennie przekonać się w mediach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 05/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nie z głowy, lecz z serca