Używane prane raz, nowe trzy, wszystko prasowane. Tak mówią, więc w poprzednim adwencie oddawałam się tym zajęciom związanym z oczekiwaniem na dziecko. Prałam i prasowałam więc mikrośpioszki, kombinezony, bodziaki. Patrzyłam z niedowierzaniem na ich rozmiar i szlag mnie trafiał trochę przy tym żelazku, a trochę się wzruszałam. Kiedy zaś odpalona została akcja „niemowlę” i ruszył kołowrót prania, zaczęło mi być wszystko jedno: nigdy nie sięgnęłam znowu po żelazko.
Oczekiwanie – zajęte ręce, zajęte myśli
Wtedy jednak było w tej krzątaninie typowe dla oczekiwania zajmowanie rąk. W końcu w niecierpliwości szukamy jakiegoś bezmyślnego zajęcia, bo myśli i tak są gdzie indziej. Tym była ta ubraniowa krzątanina, tym było pakowanie szpitalnej walizki, w której znalazło się mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. W końcu niby wiedziałam, ale jednocześnie nie miałam pojęcia, czego się spodziewać.
Ciekawe, że Maryję, matkę Jezusa, oglądamy i rozważamy w Kościele od tylu stron, ale jakoś niewiele uwagi poświęcamy jej dziewięciomiesięcznej ciąży. Zanim głęboko ciężarna wybierze się do Betlejem, jej stan nam umyka. Nie są ważne wszystkie jego niepewności. W każdym razie w Ewangeliach, gdy już rozstrzygnęła się sprawa z Józefem, gdy już odwiedziła kuzynkę Elżbietę, ciąża Maryi przestaje być tematem. A przecież jak każda musiała być stanem granicznym, z niejasnym końcem, oby szczęśliwym, ale wciąż niepewnym.
W tamtym adwencie czułam się zsynchronizowana z jej czekaniem. W moich lękach, mimo współczesnego monitoringu, podejrzewałam jej niepewność. To, że tka się w tobie życie, jest wstrząsające, ale też przerażające. Na tym etapie już je widać i czuć, pcha cię w objęcia drzemek, przydusza, ciśnie w kręgosłup. Ale powodzenie tego, na co się czeka, wciąż nie jest pewne.
Czy na tym etapie swojego czekania ona też miała taką mgłę w głowie, że trudno było jej myśleć? Też czuła, że przejęło ją zwierzę, które wie, jak ma prowadzić przez ten czas, którego instynkty są trafne, które każe skapitulować i poddać się ciału? Dla kogoś, kto, jak ja, zwykle bardziej jest w głowie, ta przyćmiona końcówka ciąży była pułapką. Jeszcze tyle chciałam z wyprzedzeniem przygotować, uporządkować, napisać.
Adwent ciężarnej Maryi – bliskość doświadczeń
Czy Maryi też by to przeszkadzało, czy raczej była twardo stąpającą po ziemi dziewczyną, bliską życia, więc zdającą sobie sprawę z tego, jak wygląda ciąża? W końcu wtedy był to stan naturalny otaczających ją kobiet: płodnościowy kołowrót, porody w skromnych domach, z innymi kobietami. Pot, krew, znój, czasem śmierć.
Zatem przed rokiem adwent zrobił mi się niejako sam. Nawet finał był jak trzeba, bo przypadkiem wypadło, że w wigilię skręcaliśmy kołyskę. A teraz? Teraz otworzyłam rozdział „duchowość matek”, inna niż ta, która w zupełnej niezależności mogła pomaszerować na roraty. Inna, niż gdy mogłam w adwencie fundować sobie dodatkowe lektury o prorokach. Rozdział duchowości prostej i pakownej, do upchnięcia w jakąś wolną chwilę, raczej wieczorem niż rano. Jeszcze nie wiem jakiej, bo wciąż tej chwili brak.
Nawet zasubskrybowałam adwentową usługę: wpada do skrzynki, ale nie czytam. Szybko zrozumiałam, że wolę chyba wypuścić myśli i modlitwę w ciemność grudniowego poranka lub wieczoru, szukać sama w sobie. Gdzie to jest? Gdzie trzeba zaprosić tego bliskiego Boga, co się narodzi? Albo gdzie zaprosić tego z paruzji, który przyjdzie ponownie, w triumfie, dokończyć dzieła, zaprowadzić swoje Królestwo? Czego miałby dotknąć i co przemienić, zarówno intymnie, jak i kosmicznie?
Na wszystkie niedole ludzkości i na pytania, gdzie jest Bóg, Bóg odpowiedział niemowlakiem. Strasznie to jednak dziwne.
Bóg-niemowlę: bezradność, która zbawia
Jako rodząca teolożka nie mogłam powstrzymać uderzenia tej myśli. Którejś szpitalnej nocy, pewnie pierwszej, krótko po tym, jak przekonywałam pielęgniarki, że to nieodpowiedzialne dawać mi dziecko do ręki. Wstrząsnęła mną właśnie myśl, że Bóg się rodzi właśnie taki. Spokojnie: nie przeoczyłam wszystkich szopek świata, żłobków na pocztówkach, figurek na sianie. Może za mało noworodków w życiu widziałam, by wstrząsnęła mną aż tak wcześniej.
Teraz jednak myśl, że Bóg był taki jak ta bezradna kluska w moich ramionach, była porażająca. Też kwękliwie i nieco po omacku szukał cycka? Też robił te miny kosmity? Bóg jako bezradny noworodek, jak ten w moich ramionach, nie jakiś mocniejszy, bardziej sprawny, nie mniej zależny albo nie tak kruchy? Żadnych dodatkowych super powers? Dziwne, a na tej dziwności stoi to, w co wierzymy.
Słaby Bóg, rodzący się, by z mocą dotknąć naszego bólu i słabości. Urodzić się przy nim. W nim. Gdzie to jest, ten ból i słabość, ta część potrzebująca uzdrowienia? Gdzie mu szykujesz żłóbek, w której jaskini siebie, w jakim ciemnym kącie rzeczywistości?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















