Ma być intensywnie, ale ciekawie i miło. Każdy pełnoletni obywatel Rzeczypospolitej – jak ogłosił niedawno Donald Tusk – będzie mógł w wybranym przez siebie miejscu i czasie zgłosić się na szkolenie wojskowe. Kurs będzie można podzielić na etapy, a nawet odbyć go w trybie weekendowym. Wojsko pokaże, jak strzelać, kryć się, bandażować ranę, ale już bez atrakcji w rodzaju musztry pod okiem drącego się trepa czy porannych manewrów ze ścieleniem łóżka. Armia potrzebuje prywatnego czasu obywateli, nie może go więc marnować.
Plan szkoleń ma być gotowy do końca roku, ale zapisy ruszą jeszcze tej wiosny. Dzięki temu – jak tłumaczył premier – już w przyszłym roku Wojsko Polskie nauczy podstaw wojennego rzemiosła co najmniej sto tysięcy obywateli. W ciągu kilku lat armia zgromadzi w ten sposób pół miliona rezerwistów.
Donald Tusk nie odpowiedział tylko na jedno pytanie. Co zrobi rząd, jeśli oferta powszechnych szkoleń wojskowych spotka się z powszechną obojętnością obywateli?
Ilu Polaków jest chętnych do zasadniczej służby wojskowej
W gruncie rzeczy program zaproponowany przez Tuska jest modyfikacją czegoś, co funkcjonuje w Polsce od maja 2022 r. Mowa o dobrowolnej, rocznej zasadniczej służbie wojskowej, do której może przystąpić każdy pełnoletni i niekarany obywatel z minimum podstawowym wykształceniem. W ciągu trzech lat do służby w tej formule zgłosiło się niespełna 120 tysięcy chętnych. Zainteresowanie rośnie, bo tylko w 2024 r. wojsko dostało 63 tys. podań, jednak aż 18,5 tys. ochotników zrezygnowało przed rozpoczęciem służby lub zostało odrzuconych przez wojsko, głównie ze względów zdrowotnych. Gdyby więc zeszłoroczne dane uznać za miarę realnego zainteresowania Polaków szkoleniem wojskowym, okaże się, że rząd w swoich planach przeszacował je ponad dwukrotnie.
Dwunastomiesięczna służba to oczywiście poważniejsze zobowiązanie od czterotygodniowego szkolenia, które w dodatku można podzielić na etapy. Jednak żołnierze dobrowolnej służby zasadniczej ją również mogą przerwać i wznowić w dowolnym momencie. Wraca tym samym pytanie – czy przeszkolenie pięciuset tysięcy Polaków z podstaw żołnierki w zaledwie kilka lat będzie wykonalne bez sięgnięcia po zawieszony w 2008 r. pobór? Aby osiągnąć ten plan wyłącznie w oparciu o ochotników, wojsko co roku musiałoby, obok zainteresowanych dobrowolną zasadniczą służbą wojskową, szkolić dodatkowo ponad 60 tys. cywilów.
Donald Tusk emanuje w tej sprawie urzędowym optymizmem. W serwisie X pozwolił sobie nawet na ironiczny wpis: „Poinformowałem właśnie panie i panów ministrów, że członkowie rządu i ich urzędnicy także przejdą przeszkolenie. Dobrowolne. Co zostało przyjęte z pełnym zrozumieniem”. Udział w szkoleniu osobiście zadeklarował z kolei szef MSZ Radosław Sikorski oraz minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz. Obaj politycy odsłonili jednak – niechcący – najsłabszy element planu swojego pryncypała.
Szef MON skończy w tym roku 44 lata. Sikorski 23 lutego obchodził 62. urodziny.
Prawie co drugi polski rezerwista ma ponad 45 lat
W wywiadzie udzielonym niedawno kanałowi „Wolski o Wojnie” szef sztabu generalnego gen. Wiesław Kukuła oszacował liczebność polskiej armii na 550 tys. osób. MON w tym samym czasie podał, że w szeregach Wojska Polskiego służy 206 tys. osób, dlatego sztab generalny doprecyzował, że wspomniane przez Kukułę 550 tys. uwzględnia także rezerwistów. Oznacza to, że blisko 38-milionowa Polska dysponuje dziś zasobem mobilizacyjnym na poziomie 344 tys. osób, które nie skończyły 55. roku życia (63. w przypadku oficerów), a w przeszłości służyły już w wojsku. Rosyjska armia, która w polskiej doktrynie militarnej uznawana jest dziś za największe i zarazem najbardziej realne zagrożenie, liczy tymczasem już niemal 1,5 mln osób. Co roku, w ramach poboru, szkoli około 130 tys. młodych mężczyzn.
W obliczu krytycznego zagrożenia dla państwa Polska może oczywiście ogłosić powszechną mobilizację, sięgając po wszystkich pełnoletnich mężczyzn do 60. roku życia, uznanych za zdolnych do pełnienia takiej służby i nieposiadających innych przydziałów mobilizacyjnych (np. elektrycy, kolejarze czy personel medyczny). W ub. roku w Polsce żyło 10,4 mln mężczyzn w wieku 18-60 lat. Problem w tym, że w tej grupie aż 4 mln stanowią osoby w wieku powyżej 45 lat, które już w perspektywie najbliższej dekady wypadną poza ramy mobilizacyjne. Rządowy program dobrowolnych szkoleń wojskowych, w których wezmą udział też kobiety, wzmocni więc odporność społeczeństwa na rozmaite kryzysy (szkolenia obejmą także elementy pierwszej pomocy i działań w ramach obrony cywilnej), ale trwale nie rozwiąże problemu posuchy kadrowej w polskiej armii.
Na wypadek wojny jednostki dziś obsadzone żołnierzami zawodowymi powinny zostać wzmocnione rezerwistami, których nie trzeba będzie szkolić od zera. Ukraińskiej armii, która w 2021 r. liczyła jeszcze 246 tys. osób, udało się w trzy lata rozrosnąć niemal trzykrotnie, do 880 tys. żołnierzy, ale głównie dzięki obowiązkowej zasadniczej służbie wojskowej, którą przywrócono po ataku Rosji w 2014 r.
Praca w Wojsku Polskim tylko dla pasjonatów
Analiza na zlecenie Senatu RP, którą w 2023 r. przygotował dr Michał Piekarski z Instytutu Studiów i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Wrocławskiego, pokazuje zresztą, że nawet w czasie pokoju trzystutysięczna polska armia, którą zamierzamy nadal zbudować, potrzebować będzie co roku aż 61,5 tys. nowych żołnierzy – tylko po to, żeby jej szeregi nie zaczęły topnieć. W samym korpusie zawodowym fluktuacja kadr sięgnie 9 tys. osób rocznie. Aby osiągnąć wspomnianą liczebność na poziomie 300 tys. w ciągu najbliższej dekady, Wojsko Polskie powinno powiększać stan osobowy aż o 11 tys. osób rocznie. Tymczasem, jak podaje GUS, w Polsce mieszka tylko nieco ponad 2 mln mężczyzn w wieku 20-29 lat. Rezygnując z poboru, uzawodowiona armia będzie musiała rywalizować o tych ludzi na czysto wolnorynkowych zasadach.
Jako przykład dr Piekarki podaje kierowców z uprawnieniami do prowadzenia ciężarówek. Wojsko Polskie w ciągu dekady wzbogaci się o co najmniej 500 kołowych wyrzutni rakietowych amerykańskiego systemu Himars oraz koreańskiego Czunmu. Jeśli do każdej z nich armia zechce przeszkolić tylko dwie załogi, jej zapotrzebowanie na kierowców z prawem jazdy C+E, i to tylko w wojskach rakietowych, wzrośnie aż o tysiąc osób. Pensja zawodowego szeregowego sięga dziś ledwie 4,7 tys. zł na rękę. Podoficer inkasuje dodatkowo najwyżej 1,2 tys. zł. Rynek cywilny, któremu również brakuje kierowców, płaci tymczasem średnio dwa razy więcej. Pytanie, którą ścieżką kariery podąży niezafascynowany militariami 18-latek, jest w tej sytuacji pytaniem retorycznym.
Polacy nie boją się już zasadniczej służby wojskowej
Z nieoficjalnych informacji płynących z MON wynika, że do polityków stopniowo dociera, iż przywrócenie „zetki”, czyli powszechnej zasadniczej służby wojskowej, jest w polskich realiach demograficznych nie do uniknięcia. Obawy budzi zwłaszcza wchodzące w dorosłość pokolenie Z, skoncentrowane na swoich potrzebach i samorozwoju. Jeśli Wojsko Polskie za kilkanaście lat nie ma znowu obudzić się pod zbyt krótką kołderką kadrową, „zetki” po prostu muszą być do wojska wcielone siłą. Na razie temat blokują oczywiście zbliżające się wybory, ale po wybraniu gospodarza Pałacu Prezydenckiego, rząd zapewne do niego wróci. O powrocie poboru dyskutują dziś także Niemcy, Włochy, Hiszpania. Łotwa już to zrobiła.
Trzeba przyznać, że ostatnie zawirowania wokół stabilności NATO sprawiły, że w Polsce nieoczekiwanie otworzyło się szerzej okienko społecznego przyzwolenia. Na początku marca instytut badawczy IBRiS zapytał, czy „w związku z obecną sytuacją międzynarodową w Polsce powinna być przywrócona obowiązkowa służba wojskowa”. Zdecydowanie za takim pomysłem opowiedziało się 21,9 proc. ankietowanych, a 33,1 proc. odpowiedziało, że pobór powinien „raczej” powrócić. Po raz pierwszy w dziejach współczesnej Polski zwolenników przywrócenia poboru było więcej niż przeciwników. Wśród ankietowanych, którzy w badaniu opowiedzieli się przeciwko powrotowi „zetki”, przeważali jednak mężczyźni w wieku 18-29 lat. Już choćby to pokazuje, że na masowy pozytywny odzew młodszej części społeczeństwa nie ma co liczyć.
Problem w tym, że w ciągu 18 lat, jakie minęły od ostatniego poboru do armii, także państwo zatraciło większość zdolności niezbędnych do sprawnej mobilizacji. Przepisy pod karą co najmniej trzech lat więzienia nakazują zmobilizowanym zgłoszenie się do wojska w ciągu sześciu godzin od odebrania zawiadomienia. W praktyce może być mniej różowo. Zamieszanie wprowadził Sejm, który w ramach prac nad nową ustawą o ewidencji ludności w 2010 r. przymierzał się do zniesienia obowiązku meldunkowego. W ostatniej chwili wydłużono obowiązywanie tego przepisu do 2014 r., ale zawczasu wykreślono z ustawy sankcję karną za brak meldunku. A potem zmienił się rząd, ekipa PiS utrzymała obowiązek meldunkowy, ale zapomniała o karze grzywny, ograniczenia wolności lub nagany za brak jego dopełnienia. Osoby w wieku poborowym, które chcą zniknąć armii z radarów, mogą to więc uczynić całkowicie bezkarnie, i korzystają z tej furtki często.
NIK w 2018 r. przyjrzał się samej procedurze kwalifikacji wojskowej – w analizowanym 2016 r. na tzw. komisję nie stawiło się aż 16,2 proc. wezwanych. W województwach podlaskim i warmińsko-mazurskim, czyli na potencjalnie najgorętszym odcinku polskiej granicy, absencja sięgnęła aż 26 proc. Największym zaskoczeniem we wnioskach pokontrolnych była jednak liczba osób, które państwo doprowadziło siłą przed komisję. Policji zlecono taką interwencję wobec zaledwie 339 osób. Udało się doprowadzić 54.
Wojsku zabraknie instruktorów?
Od urzędników MON można też usłyszeć nieoficjalnie, że sama generalicja jest w kwestii poboru podzielona. Szef sztabu generalnego gen. Wiesław Kukuła stoi ponoć na stanowisku, że armii wystarczy rezerwa zbudowana z ochotników, o ile tylko wojsko podejdzie do tematu odpowiedzialnie i nie zmarnuje tych kilku tygodni wyrwanych obywatelowi z życiorysu. Atrakcyjne szkolenie ma być przygodą i przyciągnąć wielu chętnych.
Na przeciwległym biegunie plasują się sztabowcy, którzy zauważają, że jeśli armia na poważnie weźmie się za kształcenie tysięcy cywilów, to zabraknie jej kadr do szkolenia żołnierzy zawodowych i pełniących dobrowolną służbę. Wyrazicielem poglądów tej grupy jest m.in. emerytowany płk Piotr Lewandowski, który na kanale „Historia Realna” boleśnie przybił do podłogi zapowiedzi premiera. Jego zdaniem szkolenia dla cywilów muszą odbywać się w weekendy, bo tylko wtedy nie będą kolidować z trybem pracy wojska. Za przepracowaną sobotę i niedzielę instruktorom będą się należały dwa dni wolne, przez które z kolei wypadną z rozkładu szkoleń w jednostkach. W tej sytuacji, kwitował Lewandowski, żaden dowódca nie oddeleguje do szkolenia cywili dobrych fachowców.
– Podziwiam generała Kukułę za umiejętność utożsamiania się z planami kolejnych ministrów obrony – nie hamuje złośliwości jeden z polskich generałów, zastrzegając anonimowość – ale poruszamy się w sferze pobożnych życzeń. Armii przybywa żołnierzy zawodowych, wkrótce tysiące Polaków mają się pojawić na szkoleniach, wszystko ma działać jak w szwajcarskim zegarku. I tylko „malkontenci” widzą, że trwa exodus doświadczonych zawodowych podoficerów i oficerów. Czyli ludzi, którzy coś potrafią i mogliby dzielić się tą wiedzą z początkującymi.
W zeszłym roku, jak wynika z danych MON, mundur zrzuciło 19,3 tys. osób, w tym niemal 9,3 tys. żołnierzy zawodowych. Z każdych dziesięciu przechodzących w stan spoczynku tylko sześciu kończyło służbę w związku z przejściem na emeryturę. Pozostali nie widzieli dla siebie przyszłości w mundurze. A wojsko, mimo pęczniejącego budżetu na obronność, nie znalazło sposobu na to, by ich zatrzymać. – Tworzenie dwóch równoległych systemów szkolenia, dla ochotników i żołnierzy zawodowych, tylko pogłębi ten kadrowy chaos – zauważa cytowany generał. – Jeśli chcemy masowo przeszkolić Polaków, musimy przywrócić pobór.
Jak więc mogłaby wyglądać nowoczesna polska „zetka”, gdyby faktycznie doszło do odwieszenia poboru? Trop podsunął sam premier, wskazując na model szwajcarski i szwedzki, gdzie kilkumiesięczną obowiązkową służbę pełni się w wybranym przez siebie terminie, a potem co jakiś czas bierze udział w szkoleniach.
Powołując się na szwajcarskie doświadczenia, premierowi zdarzyła się zresztą znamienna pomyłka: stwierdził, że Helweci nie mają poboru. W rzeczywistości służba wojskowa w Szwajcarii była i jest obowiązkowa.
Autor jest dziennikarzem „Tygodnika” od 2017 roku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















