Jak co roku po Marszu Niepodległości głównym sporem jest to, jak wielu Polaków wzięło w nim udział, oraz jak mocno przypominał on zamieszki. Ocena oczywiście zależy od poglądów politycznych, ale spróbujmy się od nich na chwilę oderwać.

Marsz Niepodległości 2024
Niezależnie od tego, czy przez centrum Warszawy przemaszerowało 250 tysięcy ludzi, jak chcą organizatorzy, czy 90 tys., jak twierdzi warszawski magistrat (policja z powodu panującej w Polsce wojny politycznej woli już takich danych nie podawać) – było zdecydowanie spokojnie, zwłaszcza w porównaniu z licznymi incydentami, jakie pamiętamy sprzed lat.
Funkcjonariusze tłumnie obecni w centrum dwumilionowej metropolii zarekwirowali co prawda pałki teleskopowe, noże, materiały pirotechniczne, narkotyki i jeden kastet, ale szum, jaki wokół tego zrobiono w niektórych mediach, przypominał mi alarmy wszczynane przez pisowskich dziennikarzy przy okazji dawnych przystanków Woodstock, portretowanych jako zjazdy narkomanów i chuliganów, choć liczba przestępstw w liczącym setki tysięcy tłumie zdecydowanie odbiegała od statystyk dla podobnej wielkości miast – na korzyść bawiącej się młodzieży.
W Warszawie oczywiście nie było sielankowo: mieliśmy „uroczyste” spalenie unijnej flagi, antyukraińskie hasła, nadreprezentację kiboli, nielegalnie odpalane race, ale to by było na tyle, chyba że ktoś jest zbulwersowany hasłami o wielkiej Polsce katolickiej albo banerem „Kto nie skacze, ten za Tuskiem”. Ja spodziewałem się gorszych haseł.

Nieujarzmiony żywioł narodowców
Jeśli mielibyśmy martwić się o te obchody, to z zupełnie innego powodu. Od półtorej dekady główny element Święta Niepodległości jest nadal wydarzeniem dzielącym miliony Polaków, a nie łączącym ich. Marsz organizowany jest wciąż przez niszowe środowisko będące elementem sojuszu składającego się na Konfederację, a więc partię z przyszłością, jednak dziś wciąż należącą do politycznych średniaków, a co ważniejsze – dość skrajną.
To akurat chciał zmienić PiS, próbujący a to rozbić wewnętrznie środowisko narodowców, a to je obłaskawić pieniędzmi. Nie udało się to nawet pomimo 8-letniej epoki u władzy partii Jarosława Kaczyńskiego, który – nie mogąc w sposób zgodny z prawem przejąć marszu z rąk narodowców – wolał spotykać się 11 Listopada z aktywem partyjnym w krakowskiej hali „Sokoła”, gdzie jeszcze podczas zaborów zbierali się polscy patrioci. Tam ogłaszał swe polityczne plany i roztaczał wizje przyszłości.
Tradycję tę Kaczyński zmienił dopiero w tym roku, gdyż znajdujący się w defensywie po oddaniu władzy PiS (mimo wciąż dobrych wyników sondażowych) musiał wrócić do centrum stolicy, by dać o sobie znać. Co prawda już we wrześniu poseł Konfederacji Witold Tumanowicz radził Kaczyńskiemu, by 11 listopada pozostał w domu, ale sam Tumanowicz nie pełnił już wówczas funkcji wiceprezesa stowarzyszenia organizującego marsz, a nowe władze wraz z liderami Konfederacji nie okazały się już tak zasadnicze w odganianiu polityków PiS.
Polityczny powrót na Marsz Niepodległości
Sam Kaczyński swój renesans zainteresowania Marszem Niepodległości wytłumaczył potrzebą oporu wobec zalewającego Europę lewactwa, pragnącego końca państw narodowych, a przede wszystkim koniecznością zjednoczenia obozu patriotycznego, choć sam przecież wcześniej część tego obozu tępił. Jednak wybory 15 października 2023 r. zweryfikowały przekonanie prezesa o realnej sile PiS-u, więc dziś Kaczyński zdaje już sobie sprawę, że bez Konfederacji jego powrót do władzy jest niemożliwy. Pozostaje pytanie, co o tym sądzą Krzysztof Bosak ze Sławomirem Mentzenem.

Obaj wiedzą, jak zazwyczaj kończyły przystawki PiS, z drugiej strony jednak wierzą, że są mądrzejsi o doświadczenia poprzedników, a poza tym znaleźli się ostatnio na fali wznoszącej, więc nie widzą się jako przystawki do obiadu. W każdym razie przy okazji marszu obyło się bez przytyków i kłótni liderów, a na samej demonstracji była duża reprezentacja środowiska PiS: na czele z Kaczyńskim, Mariuszem Błaszczakiem, Przemysławem Czarnkiem, Dominikiem Tarczyńskim, Danielem Obajtkiem etc. Nie pchali się jednak na czoło demonstracji.
Nic nie wskazuje na to, by w najbliższych latach coś się w kwestii organizacji marszu zmieniło. I to pomimo zagrożenia ze strony Rosji – ono nie powoduje bowiem zwarcia patriotycznych szeregów w Polsce, ale raczej wzmaga wzajemne oskarżenia o to, kto jest większym agentem Kremla. A że zagrożenie płynące z Moskwy nie jest wydumanym problemem, może świadczyć choćby fakt, że podczas uroczystych przemówień jeszcze przed rozpoczęciem marszu zarówno premier, prezydent, jak i marszałek Sejmu podkreślali, iż nie otrzymaliśmy niepodległości raz na zawsze i za darmo, nasza wolność wiąże się z odpowiedzialnością, Europa zaś po wyborach w USA musi na nowo zdefiniować swój stosunek do polityki bezpieczeństwa. To są poważne wyzwania, których Marsz Niepodległości nie uwzględnia, ale zatapia Polskę w kłótniach, które raczej cieszą, niż martwią Rosję.
Marzyłoby mi się, by za rok mniejsze znaczenie miały wzajemne oskarżenia, przepychanki prezydenta Warszawy z narodowcami o wydanie zgody na marsz, czy też doniesienia o rewizjach u dawnych organizatorów w związku ze śledztwami. Chciałbym, byśmy więcej zaczęli mówić o rzeczywistym miejscu, w jakim znajduje się Polska, i o wyzwaniach, przed jakimi stoi.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















