Święto Niepodległości do gruntownego przemyślenia

Jeśli miałbym się martwić o Święto Niepodległości, to z innego powodu niż znalezione przez policję race, pałki i jeden kastet. Bardziej smuci mnie to, że marsz przez stolicę jest nadal wydarzeniem dzielącym miliony Polaków, a nie łączącym ich.
Czyta się kilka minut
Marsz Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2024 r. // Fot. Marek Bednarz
Marsz Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2024 r. // Fot. Marek Bednarz

Jak co roku po Marszu Niepodległości głównym sporem jest to, jak wielu Polaków wzięło w nim udział, oraz jak mocno przypominał on zamieszki. Ocena oczywiście zależy od poglądów politycznych, ale spróbujmy się od nich na chwilę oderwać.

Marsz Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2024 r. // Fot. Marek Bednarz

Marsz Niepodległości 2024

Niezależnie od tego, czy przez centrum Warszawy przemaszerowało 250 tysięcy ludzi, jak chcą organizatorzy, czy 90 tys., jak twierdzi warszawski magistrat (policja z powodu panującej w Polsce wojny politycznej woli już takich danych nie podawać) – było zdecydowanie spokojnie, zwłaszcza w porównaniu z licznymi incydentami, jakie pamiętamy sprzed lat. 

Funkcjonariusze tłumnie obecni w centrum dwumilionowej metropolii zarekwirowali co prawda pałki teleskopowe, noże, materiały pirotechniczne, narkotyki i jeden kastet, ale szum, jaki wokół tego zrobiono w niektórych mediach, przypominał mi alarmy wszczynane przez pisowskich dziennikarzy przy okazji dawnych przystanków Woodstock, portretowanych jako zjazdy narkomanów i chuliganów, choć liczba przestępstw w liczącym setki tysięcy tłumie zdecydowanie odbiegała od statystyk dla podobnej wielkości miast – na korzyść bawiącej się młodzieży.

W Warszawie oczywiście nie było sielankowo: mieliśmy „uroczyste” spalenie unijnej flagi, antyukraińskie hasła, nadreprezentację kiboli, nielegalnie odpalane race, ale to by było na tyle, chyba że ktoś jest zbulwersowany hasłami o wielkiej Polsce katolickiej albo banerem „Kto nie skacze, ten za Tuskiem”. Ja spodziewałem się gorszych haseł.

Marsz Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2024 r. // Fot. Marek Bednarz

Nieujarzmiony żywioł narodowców

Jeśli mielibyśmy martwić się o te obchody, to z zupełnie innego powodu. Od półtorej dekady główny element Święta Niepodległości jest nadal wydarzeniem dzielącym miliony Polaków, a nie łączącym ich. Marsz organizowany jest wciąż przez niszowe środowisko będące elementem sojuszu składającego się na Konfederację, a więc partię z przyszłością, jednak dziś wciąż należącą do politycznych średniaków, a co ważniejsze – dość skrajną. 

To akurat chciał zmienić PiS, próbujący a to rozbić wewnętrznie środowisko narodowców, a to je obłaskawić pieniędzmi. Nie udało się to nawet pomimo 8-letniej epoki u władzy partii Jarosława Kaczyńskiego, który – nie mogąc w sposób zgodny z prawem przejąć marszu z rąk narodowców – wolał spotykać się 11 Listopada z aktywem partyjnym w krakowskiej hali „Sokoła”, gdzie jeszcze podczas zaborów zbierali się polscy patrioci. Tam ogłaszał swe polityczne plany i roztaczał wizje przyszłości.

Tradycję tę Kaczyński zmienił dopiero w tym roku, gdyż znajdujący się w defensywie po oddaniu władzy PiS (mimo wciąż dobrych wyników sondażowych) musiał wrócić do centrum stolicy, by dać o sobie znać. Co prawda już we wrześniu poseł Konfederacji Witold Tumanowicz radził Kaczyńskiemu, by 11 listopada pozostał w domu, ale sam Tumanowicz nie pełnił już wówczas funkcji wiceprezesa stowarzyszenia organizującego marsz, a nowe władze wraz z liderami Konfederacji nie okazały się już tak zasadnicze w odganianiu polityków PiS. 

Polityczny powrót na Marsz Niepodległości

Sam Kaczyński swój renesans zainteresowania Marszem Niepodległości wytłumaczył potrzebą oporu wobec zalewającego Europę lewactwa, pragnącego końca państw narodowych, a przede wszystkim koniecznością zjednoczenia obozu patriotycznego, choć sam przecież wcześniej część tego obozu tępił. Jednak wybory 15 października 2023 r. zweryfikowały przekonanie prezesa o realnej sile PiS-u, więc dziś Kaczyński zdaje już sobie sprawę, że bez Konfederacji jego powrót do władzy jest niemożliwy. Pozostaje pytanie, co o tym sądzą Krzysztof Bosak ze Sławomirem Mentzenem

Sławomir Mentzen podczas Marszu Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2024 r. // Fot. Marek Bednarz

Obaj wiedzą, jak zazwyczaj kończyły przystawki PiS, z drugiej strony jednak wierzą, że są mądrzejsi o doświadczenia poprzedników, a poza tym znaleźli się ostatnio na fali wznoszącej, więc nie widzą się jako przystawki do obiadu. W każdym razie przy okazji marszu obyło się bez przytyków i kłótni liderów, a na samej demonstracji była duża reprezentacja środowiska PiS: na czele z Kaczyńskim, Mariuszem Błaszczakiem, Przemysławem Czarnkiem, Dominikiem Tarczyńskim, Danielem Obajtkiem etc. Nie pchali się jednak na czoło demonstracji.

Nic nie wskazuje na to, by w najbliższych latach coś się w kwestii organizacji marszu zmieniło. I to pomimo zagrożenia ze strony Rosji – ono nie powoduje bowiem zwarcia patriotycznych szeregów w Polsce, ale raczej wzmaga wzajemne oskarżenia o to, kto jest większym agentem Kremla. A że zagrożenie płynące z Moskwy nie jest wydumanym problemem, może świadczyć choćby fakt, że podczas uroczystych przemówień jeszcze przed rozpoczęciem marszu zarówno premier, prezydent, jak i marszałek Sejmu podkreślali, iż nie otrzymaliśmy niepodległości raz na zawsze i za darmo, nasza wolność wiąże się z odpowiedzialnością, Europa zaś po wyborach w USA musi na nowo zdefiniować swój stosunek do polityki bezpieczeństwa. To są poważne wyzwania, których Marsz Niepodległości nie uwzględnia, ale zatapia Polskę w kłótniach, które raczej cieszą, niż martwią Rosję.

Marzyłoby mi się, by za rok mniejsze znaczenie miały wzajemne oskarżenia, przepychanki prezydenta Warszawy z narodowcami o wydanie zgody na marsz, czy też doniesienia o rewizjach u dawnych organizatorów w związku ze śledztwami. Chciałbym, byśmy więcej zaczęli mówić o rzeczywistym miejscu, w jakim znajduje się Polska, i o wyzwaniach, przed jakimi stoi.

Marsz Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2024 r. // Fot. Marek Bednarz

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”