Popkulturowe odcienie Piłsudskiego

Choć urodził się 150 lat temu, wielu do dziś go wielbi, a inni namiętnie dają wyraz niechęci do niego. Ciągle nie umiemy opowiedzieć o nim tak, jak Brytyjczycy opowiadają o Churchillu.

19.02.2018

Czyta się kilka minut

Aktor Janusz Zakrzeński w roli Piłsudskiego na obchodach 90-lecia sformowania pierwszych oddziałów Wojska Polskiego w Częstochowie, 29 listopada 2008 r. / GRZEGORZ SKOWRONEK / AGENCJA GAZETA
Aktor Janusz Zakrzeński w roli Piłsudskiego na obchodach 90-lecia sformowania pierwszych oddziałów Wojska Polskiego w Częstochowie, 29 listopada 2008 r. / GRZEGORZ SKOWRONEK / AGENCJA GAZETA

Ojciec założyciel polskiej niepodległości, genialny wojskowy, wytrawny polityk, wybitny strateg i wizjoner – ale również groźny terrorysta, mroczny dyktator i furiat, który nie przebierał w słowach, a także wróg demokracji, który nie znosił sprzeciwu. Wiktor, Ziuk, Komendant, wreszcie Naczelnik, a potem Dziadek...

Na bogate życie Józefa Piłsudskiego można patrzeć z wielu różnych perspektyw i przez pryzmat licznych – z jednej strony hagiograficznych, z drugiej demonizujących – etykiet.

A jak postać Marszałka przedstawiała popkultura? Co widzimy, patrząc na niego przez filmowo-teatralne okulary? Co przeważa: legenda czarna czy biała?

Legenda za życia

Jako pierwszy o swoją przyszłą mitologię zadbał sam Józef Piłsudski. Pierwotne szlify w umiejętności skutecznego przedstawiania i namawiania do swoich racji zdobywał już podczas konspiracyjnej działalności w Polskiej Partii Socjalistycznej, w której to od 1894 r. odpowiedzialny był za wydawanie, kolportaż i redagowanie nielegalnego pisma „Robotnik”. Miał wtedy zaledwie 27 lat.

Ale prawdziwą próbą dla charakteru rodzącego się politycznego lidera stała się działalność wojskowa. Dość powiedzieć, że żołnierze I Brygady Legionów parafrazowali „Mazurek Dąbrowskiego” nucąc: „Marsz, Marsz Piłsudski / Prowadź na bój krwawy / Pod twoim przewodem / Wejdziem do Warszawy”.

To z tego okresu wziął się – powiedzielibyśmy dzisiejszym językiem – świetny ruch z dziedziny kreowania wizerunku, czyli prosty i szary mundur, który nosił Marszałek do końca życia.

Eksplozję popularności przyniósł Piłsudskiemu tzw. kryzys przysięgowy w 1917 r. – gdy większość legionistów posłuchała go i odmówiła złożenia przysięgi na wierność cesarzom z Berlina i Wiednia – i internowanie go przez Niemców w twierdzy w Magdeburgu. W umiejętny sposób uwolnił się wtedy od konieczności współpracy z przegrywającymi w I wojnie światowej państwami centralnymi. Zyskał też w oczach narodu jako nieugięty więzień polityczny.

Legenda Piłsudskiego rosła w oczach. Już w 1918 r. Ignacy Daszyński określił 51-letniego wtedy Komendanta mianem „głównej wartości wojennej Polski”.

Wtórowały mu nieomal wiernopoddańcze słowa, które w swoim pamiętniku zapisał poeta i legionista Władysław Broniewski: „Jestem żołnierzem Komendanta. Osoba jego daje mi gwarancję, że będę użyty dla dobra ojczyzny i idei demokratycznej”.

Marszałek czaruje

W historii II Rzeczypospolitej kult Marszałka nasilał się wraz z jego wodzowską karierą, a nowym paliwem stał się dlań triumf w bitwie warszawskiej i odparcie bolszewików w 1920 r.

Znamienna wydaje się anegdota, którą na łamach „Autobiografii na cztery ręce” opowiedział Jerzy Giedroyc. W 1928 r. ten 22-letni wówczas przyszły założyciel paryskiej „Kultury” pracował w biurze prasowym rządu. Kiedy ze zgrozą zauważono, że na dwóch dekretach brakuje podpisów Piłsudskiego, wysłano po nie Giedroycia do Belwederu. Adiutanci odmawiali spotkania, tłumacząc kolejno, że „Marszałek jest niewidzialny”, a następnie mówiąc, że „Marszałek czaruje”.

„Wenda [adiutant – red.] podszedł do drzwi – pisał Giedroyc – zapukał, przeżegnał się i wszedł. Przez otwarte drzwi zobaczyłem ciemny pokój i odblask ognia w kominku. Zapanowała dziwna nieoddychalna atmosfera. Jakby jakieś fluidy unosiły się w powietrzu. Miałem wrażenie, że tam rzeczywiście odbywają się czary. Samego Piłsudskiego nie widziałem, tylko kominek czy jakiś mebel. Ale ta atmosfera zrobiła na mnie wielkie wrażenie”.

Gdy zmarł w maju 1935 r., „sakralizacja” jego postaci (po zamachu majowym proceder ten był państwowo usankcjonowany) uległa natężeniu. Sama żałoba trwała sześć tygodni – „jak po śmierci królów”, mówiono. Dorocznym świętem stały się (obchodzone z pompą też za życia) imieniny Józefa, kiedy to odbywały się nabożeństwa, przeglądy wojsk i szkolne akademie. Więcej: 7 kwietnia 1938 r. uchwalono ustawę o ochronie dobrego imienia Piłsudskiego. Był to jedyny przykład polskiego aktu prawnego chroniącego cześć konkretnej osoby. Gdyby nie skojarzenie ze stalinizmem (nieuprawnione przecież), powiedzielibyśmy, że był to klasyczny przykład „kultu jednostki”.

Znak sprzeciwu

Trudno, aby tak dobrze pielęgnowany mit umarł wraz z wybuchem II wojny światowej. Przez lata nazistowskiej i sowieckiej okupacji pamięć o Piłsudskim była kultywowana w domach. Dla wszystkich tych, którzy po 1944/45 r. nie zaakceptowali nowej komunistycznej rzeczywistości, Marszałek stał się widomym znakiem sprzeciwu – i to niezależnie od politycznej oceny (nieraz krytycznej) rządów sanacji.

Z tych też powodów na wielkim ekranie jego postać zagościła dopiero w 1977 r., za sprawą filmu Jerzego Kawalerowicza „Śmierć prezydenta” (opowiadającego o zabójstwie Gabriela Narutowicza w 1922 r.). Co prawda jeszcze przed II wojną powstały takie obrazy jak „Miłość przez ogień i krew” czy „Komendant” (nie licząc kronik filmowych, dzięki którym utrwalił się specyficzny sposób poruszania Piłsudskiego). Trudno jednak o obu tych fabułach cokolwiek powiedzieć, bo nie zachowały się żadne kopie.

Natomiast chichotem historii zdaje się być fakt, że pierwszym ocalałym długometrażowym obrazem, w którym pojawia się Piłsudski, była propagandowa sowiecka produkcja w reżyserii Jefima Dzigana „Pierwaja Konnaja” z 1941 r. Akcja filmu rozgrywa się wiosną 1920 r., a jej tło to wojna polsko-bolszewicka. Marszałek, grany przez Jewgienija Kałuskiego, przedstawiony jest jako demoniczny awanturnik, co i rusz krzyczący na Śmigłego-Rydza, by w końcu pokonał niezwyciężonego Budionnego (dowódcę tytułowej Armii Konnej), a przede wszystkim unicestwił najgroźniejszego (jak wymyślili sobie twórcy tego obrazu) przeciwnika ze strony bolszewików – Józefa Stalina, rzecz jasna.

Marszałek Piłsudski w towarzystwie adiutanta mjr. Konrada Zembrzuskiego (z lewej), płk. Józefa Becka (z prawej) oraz psa o imieniu „Pies” w Rumunii, 19 sierpnia 1928 r. / NAC

Wymowna nieobecność

Wróćmy jeszcze do filmu z 1977 r. Do tego, by zajął się tematem pierwszych wyborów prezydenckich, Kawalerowicza miało natchnąć sąsiedztwo placu i pomnika pierwszego prezydenta RP. Biorąc się za „Śmierć prezydenta”, reżyser miał już za sobą pracę przy imponującym „Faraonie”, który z obecnej perspektywy można nazwać jego opus magnum. Podobnie jak podczas zdjęć na pustyni w Uzbekistanie, Kawalerowicz okazał się dobrym historykiem, wręcz detalistą. I tak, w „Śmierci prezydenta” przedwojenny Sejm został starannie odtworzony w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi, statyści musieli wcielać się w konkretnych polityków (choćby na ekranie pojawiali się wyłącznie przez moment), a pietyzm, z jakim kręcono scenę pogrzebu Narutowicza, spowodował paraliż Warszawy.

Pierwszy prezydent II RP widziany okiem Kawalerowicza zyskuje wymiar Chrystusowy. Narutowicz niechętnie godzi się na prezydenturę, choć nie chce walczyć z przeznaczeniem. Urząd przyjmuje z godnością, demonstracyjnie nie zamierza zmieniać trasy przejazdu auta wiozącego go na zaprzysiężenie – pokazując, że nie boi się podburzanego przez endeków tłumu. Rzucający w głowę państwa ­śnieżkami bojówkarze krzyczą „Precz z Narutowiczem!”, ale równie dobrze mogliby wołać: „Ukrzyżuj go!”.

W „Śmierci prezydenta” to nieobecność Piłsudskiego staje się najbardziej wymowna. Widz obserwuje go z rzadka: zasępionego, zamyślonego, wciąż układającego pasjansa. Czy jako wytrawny gracz czeka z ingerencją? Piłsudski prezentuje się tu niczym Bóg ustanawiający prawa, ale dalej już nie ingerujący w rzeczywistość.

W postać Marszałka ciekawie wcielił się powojenny amant polskiego kina Jerzy Duszyński. To chyba jedyna kreacja Piłsudskiego, w której nie ucieka się od jego litewskości i tego, jak bardzo w sensie kulturowym był on związany z Wileńszczyzną. Przemawiający przed Zgromadzeniem Narodowym Marszałek brzmi obco ze swym akcentem i kieruje uwagę widza w stronę polskich Kresów, które po 1939 r. tak brutalnie zostaną doświadczone i utracone.

Paradokument antysemitów

„Śmierć prezydenta” otworzyła w czasach PRL-u furtkę dla innych dramatów, osadzonych w realiach II RP. Kilka lat później, w 1981 r., na ekrany kin wchodzi „Polonia Restituta” Bohdana Poręby, z Januszem Zakrzeńskim w roli głównej. Zmarły w katastrofie smoleńskiej aktor pod koniec życia często wcielał się w Piłsudskiego z okazji obchodów święta 11 listopada. Był też autorem książki „Moje spotkania z Marszałkiem”.

Również w 1981 r. premierę miał „Zamach stanu”: obraz kontrowersyjnego (podobnie jak Poręba) ze względu na swe antysemickie przekonania aktora Ryszarda Filipskiego. Co ciekawe, scenariusz napisał Ryszard Gontarz: kolejna postać odznaczająca się w PRL-u fobiami antyżydowskimi.

W tym wypadku ciężar zagrania Piłsudskiego spoczął na samym Filipskim. Film jednoznacznie pokazywał Marszałka jako dyktatora i wroga demokracji, który nie rozumie zmian społecznych w kraju. Obraz ten nie koncentruje się tylko na przedstawieniu przewrotu majowego – równie mocno podejmuje temat pierwszych lat rządów sanacji, podkreślając autorytaryzm nowej władzy. Interesujące, że pod względem obsady „Zamach stanu” wydaje się wręcz postscriptum do „Śmierci prezydenta”. Nie dość, że w rolę Rataja czy Witosa wcielają się ci sami aktorzy (Tomasz Zaliwski i Jerzy Sagan), to film ma zdecydowanie antypiłsudczykowską wymowę.

Pikanterii dodaje fakt, że premiera odbyła się w kwietniu 1981 r. – dwa miesiące po otrzymaniu przez Wojciecha Jaruzelskiego teki premiera PRL, co zwiastowało koniec karnawału Solidarności. Oczywiście należało zapłacić konieczne w tej sytuacji „frycowe”. Widać to np. w scenie, w której policja pacyfikuje manifestację Centrolewu, a kamera robi najazd na leżący na trotuarze transparent „Niech Żyje Polska Ludowa”.

Mimo dużych nakładów nie sposób powiedzieć, aby film – nagrodzony wtedy Srebrnymi Lwami na festiwalu w Gdyni – przeszedł próbę czasu: dziś „Zamach stanu” zwyczajnie nuży.

Teatralne boje

Po roku 1989, w wolnej już Polsce, medium, które krytycznie odnosiło się do dziedzictwa Marszałka, pozostał teatr.

Warto tu wspomnieć o tekście „Aleksandra. Rzecz o Piłsudskim” Sylwii Chutnik, który w Wałbrzychu wyreżyserował Marcin Liber. Spektakl z 2011 r. to nie tylko feministyczny twist znanej wszystkim historii, lecz zupełnie osobna, pełnoprawna opowieść o zapomnianej bohaterce i patriotce. Liber wykorzystał sztafaż melodramatu, opowiadając historię zaangażowanej politycznie działaczki PPS, której portret finalnie może zawisnąć co najwyżej w zbiorze rodzinnych pamiątek. Był to spektakl ważny społecznie, który udanie stawiał most między rzeczywistością II oraz III RP.

Piłsudskiego nie mogło zabraknąć w „Bitwie Warszawskiej 1920” utalentowanego duetu Monika Strzępka-Paweł Demirski. W tekście Demirskiego Piłsudski sam o sobie mówi, że jest „hetmanem prowizoryczności z gwózdka i paździerza”. Bo to kryzys społeczny jest prawdziwym tematem spektaklu. Strzępka i Demirski wykorzystali kostium rodzącej się w bólach II RP, żeby mówić o, zdaje się, dojrzałym życiu jej kontynuatorki – Polski po 1989 r. Biogramy Piłsudskiego, Broniewskiego i Feliksa Dzierżyńskiego zderzają się ze sobą w sposób niespodziewany, opowiadając o związanych z transformacją nadziejach, o goniących deadline’ach czy – last but not ­least – marzeniach o polskim długim weekendzie.

Spektakl wywołał kontrowersje, głównie za sprawą romantycznego wizerunku Dzierżyńskiego (grał go Marcin Czarnik), który wspomina szlacheckie dzieciństwo i cytuje Norwida, aby później pogrozić palcem widowni, że los robotnika niewiele ją obchodzi. W przeciwieństwie do niego „zarządzający permanentnym chaosem” Piłsudski (Michał Majnicz) notorycznie sięga po przemoc, a najważniejsze dla istnienia państwa decyzje odkłada. Czyżby była to próba wybielenia „Żelaznego Feliksa”? Chyba tylko dla widzów, dla których jakakolwiek psychologizacja postaci jest zabiegiem niedopuszczalnym. Tym bardziej że odwracając stereotypowy podział ról, „wściekły tandem” uzyskał efekt komiczny, a przy okazji pokazał, że masowym mordercą może stać się nawet rozczytany za młodu w wieszczach Feliks, chłopiec z głową nabitą pięknymi ideami.

Wygładzone, pokrzepione

Na drugim biegunie obrazu Piłsudskiego po roku 1989 znajduje się „bezpieczny”, wręcz szkolny wizerunek, który został widzom zaprezentowany w serialu Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego „Marszałek Piłsudski”. Z całym szacunkiem dla twórcy „…Gdziekolwiek jesteś panie prezydencie…” (sugestywnego dramatu o Stefanie Starzyńskim, prezydencie stolicy w 1939 r.), jego telewizyjna produkcja okazała się nieudana, za bardzo wygładzająca kanty życiorysu „samotnika z Sulejówka”. Może na wymowie tego serialu zaważyły dokumentalne ciągoty reżysera lub brak funduszy? Bardziej filmowe ujęcie tematu mogło być walorem – tymczasem otrzymaliśmy tu rodzaj kroniki życia Marszałka, od młodości do śmierci. W serialu tym Piłsudskiego gra dwóch aktorów: młodego Mariusz Bonaszewski, starego Zbigniew Zapasiewicz. Mimo starań wybitnych przecież artystów, postać nie wybrzmiewa.

Tym bardziej warto docenić i pochwalić ostatnią popkulturową produkcję. Za sprawą Teatru Telewizji otrzymaliśmy Piłsudskiego wcale nie posągowego, bliskiego tak biografii, jak i ogólnym wyobrażeniom. Mowa o „Marszałku” Wojciecha Tomczyka w reżyserii Krzysztofa Langa, pokazanego przez TVP przed dwoma miesiącami.

Sztuka ta opowiada o spotkaniu czterech byłych premierów z Piłsudskim w okolicach jesieni 1933 r. Temat rozmowy jest ważki; to nie przypadek, że w „Mein Kampf” nie ma zbyt wiele o Polsce, bo i Polski w wizji Adolfa Hitlera nie ma – mówi podczas spektaklu schorowany i coraz bardziej niedołężny Marszałek. Profetycznie przeczuwając nadchodzącą katastrofę, postanawia wyprzedzić Hitlera i uderzyć pierwszy.

Tym samym uzyskujemy osobliwy przypadek dzieła „ku pokrzepieniu serc”. Tekst Tomczyka zasadza się na założeniu rodem z historii kontrfaktycznej (stąd nawiązania do Westerplatte i wpłynięcia do Gdańska niszczyciela „Wicher”). Widz czeka na przybycie Wieniawy-Długoszowskiego, emisariusza Komendanta, który ma przywieźć z Paryża wiadomość, czy Francja poprze projekt wojny prewencyjnej z Niemcami. Nie popiera, więc II RP pozostaje osamotniona, na pastwę Hitlera i Stalina.

W Piłsudskiego wcielił się tu znów Bonaszewski i jest to bez dwóch zdań kreacja wybitna. Jego Marszałek to człowiek u kresu życia, mający swoje obsesje, budzący mieszankę strachu i fascynacji. Te cechy sprawią, że choć charyzmatyczny przywódca uwodzi, to doskonale widać, iż otoczony jest przez klakierów, a w Belwederze i kraju zapanowała zgubna jednomyślność.

Czarna godzina Churchilla

Patrząc na dotychczasowe popkulturowe portrety Piłsudskiego, można wysnuć więc wniosek, że na deskach teatru i kinowym ekranie pojawia się on seryjnie lub znika na dekady. I że niezależnie od afiliacji politycznej twórców zawsze traktowany jest śmiertelnie serio, zawsze odziany w dramatyczne szaty. Jak dotąd nikt nie pokusił się, aby przedstawić Piłsudskiego tak, jak uczyniono niedawno z Winstonem Churchillem w „Czasie mroku”.

Film opowiada o wydarzeniach rozgrywających się w ciągu paru tylko tygodni, w maju 1940 r. Wtedy to, po ataku III Rzeszy na Belgię, Holandię i Francję oraz po załamaniu alianckiego frontu i otoczeniu pod Dunkierką 300 tys. brytyjskich żołnierzy (niemal całej armii zawodowej, jaką miała wtedy Brytania), w Londynie trwają zmagania polityczne: co robić – i kto poniesie ciężar odpowiedzialności za dalsze decyzje, jakiekolwiek by one były.

Najpierw więc, po upadku rządu Chamberlaina (tego, który wierzył, że z Hitlerem można się dogadać), Churchill zostaje premierem – niejako z braku alternatywy, bo znienawidzony jest przez własną partię i nawet król mu nie ufa (przynajmniej na początku). Potem zaś, już jako szef „rządu jedności narodowej”, musi nie tylko pokonać opór tych, którzy chcą układać się z Hitlerem – bo Francja upada, a Brytania nie jest gotowa do narzuconej przez „tego człowieka” (Churchill o Hitlerze) wojny totalnej, ani nawet do obrony Wysp przed inwazją. Ale zanim stanie przed parlamentem i narodem, Churchill musi przekonać sam siebie, że dalsza walka ma sens.

Pokazano tu drobny wycinek z wyjątkowo długiej i bogatej biografii Winstona (tak mówili on nim przyjaciele i wrogowie) – maj 1940 r. Ale mimo to, a może właśnie dlatego, po obejrzeniu „Czasu mroku” (polski tytuł filmu nie oddaje sensu tytułu oryginalnego, który brzmi: „Najmroczniejsza godzina”) mamy poczucie, że go poznaliśmy. Nie tylko jako polityka, ale też człowieka, z licznymi słabościami, nałogami i dziwactwami. Postawiony wobec największej próby, w swojej faktycznie najmroczniejszej godzinie, Winston wygłasza przemówienia mające umocnić ducha, a prywatnie przeżywa emocjonalną huśtawkę, czasem płacze. Królowi, z którym połączy go nieoczekiwana bliskość, wyznaje, jak potwornie się boi. Owszem, my wiemy, że na koniec wygra i pokona „tego człowieka”. Ale to nie umniejsza napięcia i dramatyzmu tego, co oglądamy, czemu towarzyszymy.

Potencjał niewykorzystany

A przecież można znaleźć niejedno wydarzenie z życia Piłsudskiego, które było „godziną najmroczniejszą”. Czy to podczas bitwy warszawskiej 1920 r., gdy w przeddzień decydującego starcia składa dymisję na ręce premiera Witosa. Czy to w czasie zamachu majowego 1926 r., gdy po burzliwej rozmowie z prezydentem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego przechodzi załamanie nerwowe. Albo gdy, jak chcą niektórzy, wpada w depresję w sierpniu 1914 r., gdy akcja legionowa nie wywołuje społecznego odzewu w zaborze rosyjskim (Piłsudski spodziewał się tam wybuchu powstania). W budynku obecnego muzeum zegarów w Jędrzejowie, w pokoju, gdzie wtedy nocował, przewodnik pokazuje dziś dziurę w ścianie – legenda głosi, że to ślad po pocisku, którym Piłsudski próbował pozbawić się życia.

A jednak – nie ma takiego filmu o Piłsudskim. Więcej: mimo galopującej amerykanizacji nie dorobiliśmy się też naszego odpowiednika „Lincolna: pogromcy wampirów”. Zresztą, jeśli mielibyśmy się inspirować wybitnie hollywoodzkim pomysłem, to dla eksploracji Piłsudskiego świetnie nadawałby się tarantinowski western przedstawiający akcję pod Bezdanami z 26 września 1908 r., podczas której w ataku na carski pociąg pocztowy wzięło udział (łącznie z Piłsudskim) czterech przyszłych premierów II RP.

Z kolei dla teatru wdzięcznym tematem mogłoby być spotkanie Piłsudskiego z Dmowskim w Tokio, w 1905 r. (obaj nieprzypadkowo znaleźli się tam w chwili, gdy trwała wojna rosyjsko-japońska). Była to najdłuższa rozmowa obu panów, wtedy i później politycznych rywali najcięższego kalibru politycznego, o której przebiegu nie wiemy prawie nic. Na paradoks zakrawa fakt, że dziś wśród zaciekłych krytyków Marszałka znaleźć można jednoosobowy endecki oddział w postaci Rafała Ziemkiewicza – i ani jednego artysty.

Skoro więc jego legenda jest nie do pokonania, to może da się ją oswoić? Jeśli (w myśl spektaklu Strzępki) stary Piłsudski to reprezentant elit III Rzeczypospolitej, to czy młody pepeesowski buntownik nie znalazłby się w latach 80. XX w. w Solidarności?

Ale na razie Komendant, Naczelnik i Dziadek pozostaje potencjałem niewykorzystanym. Być może zmieni się to wkrótce, w związku ze stuleciem Niepodległości. Trwają zdjęcia do wysokobudżetowej produkcji „Legiony” w reżyserii Dariusza Gajewskiego. Głośno mówiono też o filmie, który ma być realizowany w studiu Kadr autorstwa Michała Rosy. Czy czeka nas pop­kulturowy powrót Piłsudskiego? Zobaczymy. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 9/2018