Setna rocznica zamachu majowego. Czy przewrót Piłsudskiego musiał się wydarzyć?

Od zamachu na Gabriela Narutowicza po maj 1926 roku: co łączy śmierć pierwszego prezydenta II RP z przewrotem Piłsudskiego?
Czyta się kilka minut
Marszałek Józef Piłsudski przed spotkaniem z prezydentem RP Stanisławem Wojciechowskim na Moście Poniatowskiego. Warszawa, 12 maja 2026 r. Od lewej: Kazimierz Stamirowski, Marian Żebrowski, Gustaw Orlicz-Dreszer, Józef Piłsudski, Tadeusz Jaroszewicz i Michał Galiński. // Fot. Wikipedia
Marszałek Józef Piłsudski przed spotkaniem z prezydentem RP Stanisławem Wojciechowskim na Moście Poniatowskiego. Warszawa, 12 maja 2026 r. Od lewej: Kazimierz Stamirowski, Marian Żebrowski, Gustaw Orlicz-Dreszer, Józef Piłsudski, Tadeusz Jaroszewicz i Michał Galiński. // Fot. Wikipedia

Falstart i reset: te pojęcia nie należą do historycznego porządku. Mają jednak pewien walor. Odniesione do zamachu na Gabriela Narutowicza (16 grudnia 1922 r.) oraz zamachu majowego (12 maja 1926 r., który wiąże się z ustąpieniem drugiego i wyborem trzeciego prezydenta II RP), łączą oba zamachy i nadają im inny wymiar. 

Falstart mówi o nieudanym początku młodego państwa, związanym z prezydenturą. Reset o próbie budowania państwa i prezydentury od nowa.

 Gabriel Narutowicz, prezydent II RP, 1922 r. // Fot. NAC

Mamy więc dwa zamachy, z których żaden nie przynosi rozwiązania. I jeśli nie liczyć pierwszego okresu, kto inny w Polsce władzę dzierży, a kto inny ją formalnie piastuje. Mamy słabe rządy, podzielone społeczeństwo i na początku Drugiej Rzeczpospolitej wiele wad ustrojowych i mentalnych, które doprowadziły do upadku Pierwszej w XVIII stuleciu. Mamy też względną równowagę sił dwóch stojących naprzeciw siebie obozów. 

Zapytajmy: gdzie tkwią źródła „niemocy” – falstartów, resetów i zaczynania od nowa? W konstytucji z 1921 r., która przyznała wielkie kompetencje Sejmowi, kosztem prezydenta? W historii, która bardziej nas dzieliła niż łączyła? W niedostatkach bohaterów tego dramatu?

II RP jako trudny eksperyment państwowy

Jeśli idzie o prezydentów, mamy trzy nazwiska: Narutowicz, Stanisław Wojciechowski (1922-26) i Ignacy Mościcki (1926-39). Jeśli mowa o budowniczych państwa, dwa: Józef Piłsudski i Roman Dmowski. Gdyby jednak wskazać „władcę” tamtej Polski, jedno: Piłsudski. 

Przypomnijmy więc: jest Piłsudski związany z obiema konstytucjami z roku 1921 i 1935 (pierwszą pisano przeciw niemu, drugą pod niego). Stoi za wszystkimi prezydentami, a nawet ich „stwarza”. Od początku jest kimś między prezydentem in spe a prezydentem implicite. Najpierw jest „wizją zmartwychwstającej Polski”, potem jej personifikacją. Nie ma wątpliwości, kto nią rządzi. Historia międzywojnia to głównie jego historia.

Zarazem, po 123 latach nieistnienia, trwa eksperyment państwowy. Piąte pokolenie Polaków spod trzech zaborów, które doczekało niepodległości, dopiero poznaje siebie, a często – nie poznaje. Rozbiory nastały, gdy kształtowały się nowoczesne ideologie, narody i gospodarki – pod naszą nieobecność. Na karku mieliśmy różne zaborowe doświadczenia. Ujawniły się podziały. Przetrwała wielonarodowość, oddziedziczona po I Rzeczpospolitej.

Trudno być zadowolonym z tego, co wiemy o ówczesnych Polakach, ich wyobrażeniach o państwie, narodzie, polityce. Ani z tego, co każda z trzech części Polski wnosiła w wianie. Spis z 1921 r. podaje, że 33 proc. ludności powyżej 10. roku życia stanowili analfabeci: pod rosyjskim zaborem ponad 50 proc., austriackim 40 proc., pruskim 5 procent. Nie licząc elit (te różniły się najmniej), niewiele o sobie wiedzieliśmy. Co mogło spoić ten eksperyment? 

Dlaczego międzywojennej Polsce brakowało idei, która łączy

Przed rokiem 1918 kolejne pokolenia doświadczały, że nad ludźmi jest cesarz (car). Wielu zadomowiło się w tym świecie, który zdawał się dany na zawsze. Rozpadu mocarstw zaborczych się nie spodziewano. Dmowski był posłem do Dumy. Julian Fałat malował Hohenzollernów. Narutowicz budował hydroelektrownie w Szwajcarii. Ignacy Paderewski koncertował w USA. Wojciechowski drukował „Robotnika” w Wilnie. W Krakowie urzędnicy starali się wyglądać jak Franciszek Józef.

Idea królestwa – sprowadzona do osoby króla – była najprostszą ideą, gdyby szukać czegoś, co miało spajać. Rozumiał ją nawet najsłabiej wykształcony. Coś tam wiedziano o Piastach i Jagiellonach, oglądano ich sylwetki pędzla Matejki. Obchodzono rocznice, np. w 1910 r. – triumfu Jagiełły. Franz Joseph bywał w Krakowie, Wilhelm II w Poznaniu. 

Po roku 1918 nie byłoby problemu z wyobrażeniem sobie króla. Problem był z wyobrażeniem sobie prezydenta. 

Tym bardziej że chwilę wcześniej wszystko jeszcze się zgadzało. Po zajęciu Warszawy przez Niemców w 1915 r. powołano Radę Regencyjną: zastępującą przyszłego króla Polski, tej odrodzonej pod egidą Berlina i Wiednia. Choć Niemcy na tronie widzieli Hohenzollerna, Polakom bardziej podobał się Karol Stefan Habsburg z Żywca. Był też koncept związku przyszłego państwa z Wiedniem: Polsko-Austro-Węgry. 

Gdy w listopadzie 1918 r. do Warszawy przybył Piłsudski, prasa europejska donosiła, że Rada Regencyjna przekazała mu władzę. To mogło sugerować, że będzie regentem. Lata wcześniej, na Syberii, Cyganka wywróżyła mu, że będzie carem. 

Prezydent bez majestatu, państwo bez wzorca

Nie możemy abstrahować od ówczesnych realiów. W roku 1918 i później stary świat jeszcze nie umarł, a nowy jeszcze się nie narodził. Majestat monarszy był jedną z głównych cech władzy. Król miał go z definicji. Ale z jakiego tytułu miałby go mieć prezydent?

Jesienią 1918 r. żartowano, że pretendentami do tronu są Roman I (Dmowski) i Józef I (Piłsudski). Gdy w 1919 r. Paderewski stanął na czele rządu, oglądano go od strony „dworu”: zaprzęgów i etykiety bardziej skomplikowanej niż za Franciszka Józefa (zdaniem austrofilów). Prezydenta Wojciechowskiego, gdy podróżował po Polsce, tytułowano „Mości Panem Prezydentem”. O Mościckim mawiano, że wygląda, „jakby się na stopniach tronu urodził”.

Gdy w listopadzie 1918 r. naczelnikiem państwa został Piłsudski, zagraniczna prasa podawała, że stoją za nim wprawdzie socjaliści i ludowcy, ale że także Kraków przyjmuje go z ceremoniałem należnym kiedyś Najjaśniejszemu Panu.

Piłsudski zresztą od początku był „osobny”. Tytuł naczelnika nawiązywał do zwycięzcy spod Racławic. Zbiegać się w Piłsudskim miały: „umiłowanie ludu przez Kościuszkę, honor księcia Józefa, geniusz Prądzyńskiego, niezłomność Traugutta – gdzież żywy wyraz tych cnót rycerskich?”. Po wyprawie kijowskiej do charakterystyki tej dołożono dzielność Chrobrego. I różne „kulminacje romantyczne”. Był postacią z Króla Ducha. Wymykał się definicjom.

Z Dmowskim, Narutowiczem, Wojciechowskim czy Mościckim takich problemów tożsamościowych nie było. Piłsudski był tajemnicą.

Dlaczego konstytucja nie przewidziała miejsca dla Piłsudskiego

Polska Piłsudskiego miała przypominać dawną Rzeczpospolitą (a była ona wszak republiką z królem). Miała nie ograniczać się do terytoriów etnograficznych i – jak to sam określał – „trzymać się z Zachodem”. Na wschodzie kraju Piłsudski widział „psychologiczną granicę” zachodniego świata, za którą rozciągała się Moskwa. Podobnie jak on myśleli konserwatyści, ludowcy i socjaliści. Po drugiej stronie była endecja z programem etnicznym, antysemityzmem i niechęcią do Zachodu

Siły po obu stronach były wyrównane. Konstytucja z 1921 r. była właściwie skutkiem tego nierozstrzygniętego sporu – objawem toczonej w całej Europie walki lewicy z prawicą (i przyczyną niestabilności w parlamencie). Prezydenta wyłaniały połączone izby, Sejm i Senat. 

Dla Piłsudskiego – naczelnika państwa i zwycięskiego wodza w wojnie z bolszewikami – nie było tu miejsca. Nie tylko dlatego, że wyrastał nad innych. Także dlatego, że budził najsilniejsze emocje i największe nadzieje. Uosabiał syntezę: fantazji z realizmem, wschodniości z zachodniością. Dla wrogów był agentem Austrii, najmitą „filogermańskiej Targowicy”. Sam w słowach też nie przebierał, mówił o Polakach „różnych gatunków”. Spirala się nakręcała. Dochodziło do tego jego potężne ego.

Prezydentura, jak widziała ją konstytucja z 1921 r., nie była na jego rozmiar. Ale nawet przy takim rozmiarze stała się przedmiotem zaciekłej rywalizacji grup i stronnictw. 

Gdy kandydaci na prezydenta nie chcieli być prezydentami 

Gdy przyszło wybrać, Piłsudski na prezydenta wysunął Wojciechowskiego, towarzysza z wileńskich czasów. Przy wszystkich zaletach (prawości, wyjątkowej bezinteresowności), miał on jednak niedużo „majestatu” kojarzonego z głową państwa. 

Stanisław Wojciechowski prezydent II RP, 1922-26 // Fot. NAC//Fot. NAC

Narutowicz z kolei miał sławę wybitnego inżyniera, majątek, stary herb. Jednak z usposobienia hermetyczny, był niedoświadczony politycznie. Podobnie jak Wojciechowski, swoją prezydenturę i siebie jako prezydenta musiał dopiero wymyślić. 

Maurycy Zamoyski był chyba najbliższy wyobrażeń o głowie państwa, ale i on nie był politykiem. Nie na tyle, by przekonać do siebie socjalistów i ludowców. Poza tym – co samo w sobie dawało do myślenia – podobnie jak wszyscy pozostali kandydaci… prezydentem być nie chciał. I brakiem zainteresowania wynikami głosowania wymownie tego dowiódł.

Narutowicz uważał, że kandydatem bezkonkurencyjnym byłby sam Piłsudski. Ciekawe były argumenty, które przytaczał, namawiając naczelnika do złożenia „ofiary ze swej swobody”. Narutowicz podkreślał, że Piłsudski jako prezydent byłby wobec zagranicy najlepszym argumentem za trwałością władzy w Polsce, zaprzeczeniem najgorszym przykładom z naszej historii, najgorszym wyobrażeniom o nas. 

Piłsudski ze swej strony nie od razu namawiał Narutowicza do kandydowania. Chciał go zatrzymać na stanowisku szefa MSZ. Był Narutowicz jednym z niewielu ludzi w Polsce, który – zdaniem marszałka – rozumiał Zachód i poruszał się tam swobodnie. 

Wybór Narutowicza i eksplozja politycznej furii

Ostatecznie przeszedł Narutowicz, w piątym głosowaniu. Nawet dla obserwatorów śledzących politykę była to niespodzianka. Również dla niego. Słowa, które powiedział na wieść o wyborze („Coście mi zrobili...”), nie były minoderią.

Awantura wisiała w powietrzu. Wielu nie kryło przerażenia. Fakt, że za Narutowiczem kartki rzucili posłowie mniejszości narodowych, wywołał furię po prawej stronie. Narutowicza lżono: miał być sługą Żydów, masonem, pachołkiem Piłsudskiego, Żmudzinem lub Litwinem (jako że urodził się w Telszach na Żmudzi), ale nie Polakiem, narzędziem w ręku mniejszości, które sprzysięgły się przeciw Zamoyskiemu, kandydatowi polskiej większości. 

Choć konstytucja wprowadzała równość wszystkich obywateli, endecja utrzymywała, że w najważniejszych dla narodu sprawach decyzja winna należeć do Polaków. Co otwierało pytanie, kto jest Polakiem. I kto ma decydować, jakie sprawy uznać za najważniejsze.

Narutowicz pełnił urząd pięć dni. Jego zabójstwo wywołało szok. W zamachu dostrzeżono bolesną prawdę o nas samych. Świadectwo najgorszych przywar. Ponure echo sprzed wieków. Pytano: czy zasługujemy na niepodległość? Czy konflikt jest tak głęboki, że rozstrzygnąć go może tylko wojna domowa? Niektórzy piłsudczycy chcieli ruszyć i wyciąć endeków.

Na przemoc były gotowe obie strony. Nie był gotowy Piłsudski. W grudniu 1922 r. w czarnym nastroju opuszczał Belweder.

Wojciechowski: skromna prezydentura II Rzeczpospolitej

Po śmierci Narutowicza wybór Wojciechowskiego przebiegł gładko. Wybrany nie miał złudzeń co do swej roli. Miał niewielkie ego, nie koncentrował na sobie uwagi. Znajdował język ze zmieniającymi się premierami. Tonował nastroje i z każdym rokiem raczej zyskiwał. 

Ograniczenia, jakie wyznaczała mu konstytucja, go nie uwierały. Piłsudski pewnie rozsadziłby je od razu. Wojciechowski mieścił się w nich bez urazy i w kilku wystąpieniach oświadczył nawet, że te ramy – po latach niewoli narodu – należałoby pochwalić, gdyż „trzeba, aby Polacy rządzili, a nie ktoś nimi rządził”.

Miał też niechęć do fraka, alkoholu, parady i wystawności. A że powtarzał frazę o znaczeniu dla narodu „siły moralnej”, widziano w tym wpływ socjalisty-mistyka Edwarda Abramowskiego, rosyjskiego anarchisty Lwa Tołstoja oraz... młodego Piłsudskiego, co w stosunkach między nimi zaczynało robić różnicę.

Jednocześnie prowokowało to do dyskusji, czy taka „skromność” służy władzy. Czy nie za mało w niej monarchizmu, skoro jest prezydentura „jedynym realnym węzłem łączącym elementarną psychikę jednostki z abstrakcją państwa”. „Skromny” prezydent słabiej przemawiał do wyobraźni. Wielu wolałoby solidniejszą porcję majestatu. W oczach stangreta hrabiego Badeniego, który nieraz w Wiedniu oglądał Najjaśniejszego Pana, a teraz, zdarzyło się, wiózł prezydenta, był on „zwykłym drukarzem”. 

Prezydentura zaczynała się od śmierci i słabości. Prezydent w Polsce był słabszy niż najsłabszy nasz król.

Piłsudski w Sulejówku: dwór, mit i frustracja

Śmierć Narutowicza tak poruszyła Piłsudskiego, że już po roku niektórzy zauważyli w nim przykre zmiany. Zamknie księgę „wiernych chłopców”, którzy, bywało, umieli mówić mu rzeczy przykre. Otoczy się akolitami. Sulejówek, gdzie osiadł, jest siedzibą ni to dworu, ni to „rządu na wygnaniu”. Są audiencje, narady, polecenia. Nie ma liberii. Są mundury. 

Piłsudski dużo pisze. Pisać umie. Wraca piórem do śmierci Narutowicza (nie obca uśmierciła go kula). Wyznaje, że się pomylił, licząc, iż wraz z odrodzeniem Polski odrodzi się dusza Polaka. Pisze o „obrzydzeniu”, jakie odczuwa. Ucieka w przeszłość, buduje mit Legionów. Wdaje się w polemiki, których kiedyś by unikał. Cierpi, że coraz mniej realne są jego plany wschodnie.

Coraz więcej widzi wokół wrogów i „fałszywych przyjaciół”. Wrogowie są już nawet w ukochanym wojsku i gabinetach polityków. Najgorsi są „priwislińcy”, jak nazywa narodowców z Królestwa, rozsianych już także w Galicji i Wielkopolsce. Sprawy idą w złym kierunku. Nie o taką Polskę walczył.

Położenie kraju ocenia jak najsurowiej. Wewnątrz sejmokracja, na zewnątrz pakt w Locarno. Fakt, że Niemcy, Belgia, Francja, Anglia i Włochy udzielają sobie w 1925 r. gwarancji, postrzega jako demontaż przymierza z Francją, głównym sojusznikiem.

Jednak są dowody, że długo nie myśli o przewrocie. Owszem, rozważa wrócić do wojska, by je „ratować”, ale jako minister. Kryzysy rządowe dają nadzieję na powrót do władzy etapami. Ale kiedy – nie wiadomo.

Zamach majowy 1926: moment, w którym Polska pękła

Tymczasem sama jego gotowość do powrotu staje się problemem. Bo Piłsudski w żadnej konstelacji się nie mieści. Gdy 10 maja 1926 r. na czele rządu stanie Wincenty Witos, sytuacja się zaostrzy. Witos bowiem wezwie go do wyjścia z ukrycia i wzięcia odpowiedzialności za państwo. Wezwanie zaprawione było ironią, ograniczało ruchy.

Aż do chwili, gdy 12 maja spotka się z Wojciechowskim na warszawskim Moście Poniatowskiego, Piłsudski nie jest zdecydowany, by użyć siły. Liczy na wrażenie, jakie zrobi jego pojawienie się. Liczy, że prezydent, dawny towarzysz, z którym „spał pod jedną kołdrą”, stanie po jego stronie, odwoła wierne rządowi wojska i przechyli szalę.

Wojciechowski go zaskakuje. Odmawia. Oświadcza, że teraz to on jako głowa państwa odpowiada za honor wojska. Słaba prezydentura pokazuje siłę. Piłsudski nie może przyjść do siebie. Jego drogi z Wojciechowskim się rozeszły.

Gdy zaczynają się walki, Piłsudski przeżywa ciężkie chwile. Nie sądził, że są żołnierze, którzy będą do niego strzelać. Wierzył, że jego miejsce jest wśród hetmanów i królów.

Jednak gdy wygra, gdy 14 maja Wojciechowski i Witos złożą dymisje i ma pełnię władzy, nie bardzo wie, co chce z nią zrobić. Pierwsza myśl jest taka, że powoła się nowy rząd, on zostanie prezydentem, ruszą prace nad zmianą konstytucji, która odnowi Polaków i zmieni relacje między prezydentem, premierem a parlamentem. Urząd miał być szyty na jego miarę, „królewski”, z artykułem o odpowiedzialności przed Bogiem i historią. 

Piłsudski po zamachu: władza bez prezydentury

Ale Piłsudski szybko rezygnuje z prowizorycznej prezydentury. Z Belwederu i tak rządzi bez niej. Na prezydenta wysuwa mało znanego chemika Mościckiego (to jego wysłał kiedyś do Szwajcarii, by namówił Narutowicza do powrotu do kraju). Tymczasem zapał do zmiany ustroju gaśnie, prace nad nową konstytucją się ciągną. Piłsudski wobec sprawy obojętnieje. Pojawia się też znany problem: jak skroić urząd dla człowieka, który po raz drugi rządzi w sposób niełatwy do opisania? Jak na gruncie prawa ująć to, kim jest?

Ignacy Mościcki prezydent II RP, 1926-39 // Fot. NAC

Po maju 1926 r. Polska ma swoje sukcesy i problemy. Ale punktem odniesienia wciąż jest on – coraz bardziej chory, zgorzkniały, wyobcowany i się starzejący. Olbrzymią rzeszę Polaków ucieszył jego powrót do władzy. Dużą część Polaków, sympatyzujących z endecją, ten powrót zasmucił. Ale co będzie, gdy umrze? Co z Polską? 

Żartowano, że władzę po nim powinna objąć jedna z jego córek, młodsza Jadwiga lub starsza Wanda. Tęsknota za stabilnością, bezpieczeństwem towarzyszyła nam do końca II RP.

W 1934 r. podczas pewnej premiery we Lwowie z miejsc zerwali się piłsudczycy, endecy i socjaliści, gdy na scenie zjawił się aktor grający Franciszka Józefa. Po czym w konsternacji usiedli.

„Królewską” konstytucję uchwalono w kwietniu 1935 r. Niespełna trzy tygodnie później Piłsudski zmarł. Spoczął na Wawelu, wśród królów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dwa zamachy