Dwóch facetów ogląda nuklearną eksplozję z satyrycznego arcydzieła Stanleya Kubricka „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę” z 1964 r. Jeden z nich, reżyser Oliver Stone, dostrzega w tym obrazku przestrogę. „Truman wiedział o tym, że w konflikcie atomowym nie ma zwycięzców, a mimo to wcisnął guzik” – wzdycha. „W gruncie rzeczy niewiele się od tamtego czasu zmieniło” – odpowiada mu uśmiechnięty Władimir Putin, dorzucając mrożące krew w żyłach frazy o „rozwoju technologii” oraz „nowych wyzwaniach”.
Stone nie jest i nigdy nie był na etacie w putinowskim teatrze klakierów. Jego czterogodzinny serial „Oliver Stone vs Putin”, wywiad rzekę z 2017 r., można natomiast traktować jak narzędzie legitymizacji kłamstw prezydenta Rosji. O wiele dalej idą inni artyści oraz celebryci. Niektórych inwazja na Ukrainę zmusiła do zmiany autopromocyjnej strategii (co łagodnie nazywa się „otwieraniem oczu”). Innych umocniła w lojalności wobec Putina oraz rosyjskich pieniędzy. Ich losy układają się w opowieść o romansie z dyktaturą. Paliwem tej namiętności są głupota, cynizm i chciwość.
Steven Seagal na dworze Putina
Steven Seagal, mistrz aikido oraz gwiazdor kina akcji z lat 90., robił w życiu mnóstwo rzeczy. Groteskową wersją człowieka renesansu stał się jednak w momencie, gdy jego kariera stanęła w martwym punkcie. W poniedziałek wydawał płytę z muzyką reggae i z trudem markował jamajski akcent. We wtorek wraz ze strażą graniczną łapał nielegalnych imigrantów na rzece Rio Grande. W środę był gościem na wykopkach ziemniaków, a własnoręcznie oskrobaną marchewką karmił go Alaksandr Łukaszenka.
Seagal urodził się w Lansing, Michigan, na północy Stanów Zjednoczonych. Jego matka miała niemiecko-irlandzkie korzenie. Kiedy jednak zaszła potrzeba (czytaj: aktor wcielał się w role gliniarzy włoskiego pochodzenia), wspominał ją jako Włoszkę. Ojciec był rosyjskim Żydem, co dla Seagala bywało powodem do dumy, choć nie tak wielkim, jak pochodzenie dziadków. Raz byli z mongolskiego stepu, to znów z Appalachów albo Niderlandów. Patologiczne kłamstwa aktora stały się przedmiotem żartów oraz dziennikarskich śledztw. Część wyszła na jaw w trakcie procesu członków mafijnej rodziny Gambino, których aktor oskarżył – zasadnie skądinąd – o nękanie i wyłudzenie pieniędzy.
Dziś Seagal jest przede wszystkim Rosjaninem (choć ma też serbski paszport). Na dworze Putina pełni funkcję pełnomocnika MSZ ds. humanitarnych, zapisał się także do nacjonalistycznej partii Zachara Prilepina, a w maju bieżącego roku został odznaczony Orderem Przyjaźni.
W trakcie ceremonii medale odebrali również Aleksiej Tałaj, który deportował ukraińskie dzieci na Białoruś i do Rosji, oraz Chałym Chuldum-ool, który torturował cywili w ukraińskiej wsi Jahidne. W trakcie podziękowań aktor mówił o Ukrainie jako mateczniku handlu bronią i dziećmi, o fabrykach broni biologicznej i szalejącym nazizmie.
Depardieu, Kusturica, Waters i rosyjska propaganda
Historia flirtu Gérarda Depardieu z dyktatorami jest jeszcze dłuższa. „Mi Amigo” – mówił o nim Fidel Castro, z którym francuski aktor łowił ryby na wyspie Cayo Piedra. Z kolei on sam jak najcieplej wypowiadał się o Hugo Chavezie i Ramzanie Kadyrowie. Pytany o rosyjskiego przywódcę, odpowiadał, że Putin zakochał się w jego „sztubackiej naturze”. Po inwazji Rosji na Ukrainę potępił konflikt w mięciutkiej narracji o „bratobójczej wojnie”, choć jeszcze w 2015 r. podważał status Ukrainy jako niepodległego państwa.
Dawny lider zespołu Pink Floyd Roger Waters swoich słów nie cofnął. Gdy odwołano jego koncerty w Polsce, grzmiał o rusofobii, zachodniej propagandzie, Wietnamie oraz Jeffie Bezosie, przez którego prawdziwi nowojorczycy śpią w kartonach. Autentyczne, jak się zdaje, zatroskanie problemami Zachodu wymieszał z prorosyjskimi komunałami. Z połączenia tych intelektualnych klisz powstaje infantylna optyka: Putin może i jest zbrodniarzem, ale przy mężach stanu, którzy posłali naszych dzielnych chłopców do Iraku i Afganistanu, to przecież niegroźny misiek.
„Kozacy” Tołstoja, ulepiona z kilku powieści Dostojewskiego saga petersburska, wreszcie – „Opowiadania” Gogola. Oto filmowe plany serbskiego reżysera Emira Kusturicy na najbliższe lata. Gdy w Ukrainie wybuchła wojna, Kusturica miał pokierować moskiewskim Teatrem Rosyjskiej Armii na zaproszenie ministra Szojgu. Ostatecznie wiadomość okazała się półprawdą – twórca nie objął rządów w teatrze, ale zgodził się reżyserować spektakle.
Kusturica, choć nie nakręcił filmu od ośmiu lat (nie licząc dokumentu o urugwajskim prezydencie i więźniu politycznym „Pepe” Mujicy), to nie pogardzi pieniędzmi na wielką rosyjską epikę. W agresji Putina dostrzega konieczną reakcję na intrygi Unii Europejskiej oraz działania „pronazistowskiego” rządu Ukrainy. Kusturica zdaje się też nie mieć pojęcia o ukraińskich korzeniach Mikołaja Gogola. Autor „Martwych dusz” i „Tarasa Bulby” został wprawdzie napiętnowany przez rodaków za swoje tożsamościowo-literackie wybory (co w dużej mierze przyczyniło się do umocnienia legendy jego rodaka i wieszcza narodowego Tarasa Szewczenki). Dziś jest jednak symbolem niemożliwego do rozsupłania, polityczno-kulturowego splotu pomiędzy Rosją a Ukrainą.
Aktor Aleksandr Domogarow (pamiętny Bohun z „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana), modelka Alena Szyszkowa, gwiazda Eurowizji Polina Gagarina, czeski bard Jaromir Nohavica, wreszcie – klasyk europejskiego kina Nikita Michałkow… Część z nich otwarcie popiera inwazję na Ukrainę. Inni zadowolili się aneksją Krymu – teraz woleliby pokój, bo przeszkadzają im sankcje i kulturowy ostracyzm. To, że artyści, celebryci i sportowcy, którzy pozostali w Rosji, są dziś trybikami w propagandowej machinie, raczej nikogo nie dziwi. Dlaczego jednak dezinformacji tak łatwo ulegają przedstawiciele liberalnych elit Zachodu?
Rosyjskie filmy w Cannes
Kusturica przestał być pieszczochem mediów oraz festiwali filmowych, zanim zrobił ideologiczny zwrot. Depardieu, oskarżany dziś o kolejne akty przemocy seksualnej (proces, który wytoczyły mu dwie koleżanki z planu, ma odbyć się w październiku), odebrał rosyjski paszport z filmowej ławki rezerwowych. Seagal, który już w latach 90. budował swoją karierę w sposób moralnie dyskusyjny, zamienił się z czasem w filmowe dziwowisko.
Można ironizować, że z takich propagandystów Rosja nie będzie mieć wielkiego pożytku. Należy jednak pamiętać, że potęgą nie są tutaj jednostki, lecz zunifikowany przekaz o Rosji jako strażniku geopolitycznej równowagi. We wspólnej bajce sławnych popleczników dyktatora pozostaje on sprawiedliwą i zasłużoną karą za globalizm; za rządy, które unieważniły suwerenność państw i nakazały Europie zadowolić się wielokulturowością. W przywiązaniu do relatywizujących wojnę narracji powtarzają tę bzdurę intelektualiści wychyleni w skrajne strony ideologicznego spektrum, od Noama Chomsky’ego po Stevena Pinkera. Z jednej strony, konflikty konserwatywnych i liberalnych demokratów są wpisane w DNA demokratycznego ustroju. Z drugiej – ten sam ustrój pozwala im nazywać wezwania do antyrosyjskiej solidarności „dyskursem”, jakby demokracja nie oznaczała również solidarności w obliczu większego zagrożenia, a teoria nie mogła zostać przekuta w realne działania.
Na Festiwalu w Cannes, czyli w symbolicznym „sercu” europejskiego rynku filmowego, takich działań raczej nie zobaczymy. Od mijanych na korytarzach ukraińskich twórców, branżowców i dziennikarzy dowiaduję się, że bierność władz festiwalu wobec Rosji jest nie tyle frustrująca, co, najzwyczajniej w świecie, niebezpieczna. Listek figowy w postaci wykluczenia z imprezy „podmiotów oraz osób związanych z Kremlem” uważają za żart, skoro rosyjskie filmy trafiają do konkursu głównego, mają ekspozycję w mediach z całego świata, z ich twórcami są przeprowadzane wywiady.
Nie jest to zresztą wyłącznie canneńska domena – pokazywany w sekcji pozakonkursowej weneckiego festiwalu film „Russians at War” w reżyserii Anastasji Trofimowej wywołał falę krytyki wśród Ukraińców. Wszystko za sprawą innego evergreenu w tej samej dyskusji, czyli historii zabiedzonych rosyjskich żołnierzy, którzy – gdyby cokolwiek zależało od nich – pomagaliby Ukraińcom bronić swojego kraju.
Dziennikarze są pomiędzy młotem a kowadłem – jako że większość z nich to freelancerzy, za każdy gest solidarności mogą ponieść srogie ekonomiczno-bytowe konsekwencje. Dyrekcja festiwalu w Cannes chce zjeść ciastko i mieć ciastko; nagradzać kino forsujące polityczne bariery (którego przykładem będzie nagrodzona w tym roku Złotą Palmą i opowiadająca o rosyjskich imigrantach z Brighton Beach „Anora” Seana Bakera), a jednocześnie udobruchać dysydentów z autorytarnych krajów, którzy przywożą do Cannes polityczne pamflety. Kończy się to tak, że przybywających na Lazurowe Wybrzeże Ukraińców wita eskadra myśliwców reklamująca nową część „Top Gun” Toma Cruise’a.
Gwiazdy Hollywood i Władimir Putin
Niebezpieczne związki artystów z dyktatorami mają długą tradycję. I nie chodzi tylko o „pożytecznych idiotów”. Kolejnym powodem, dla którego myślenie o Seagalu, Depardieu i spółce jako aberracji wydaje się ryzykowne, jest wspólna przeszłość Hollywood i Rosji – nawet jeśli mówimy o relacji zbudowanej w oparciu o symboliczne gesty. W pierwszej dekadzie XXI wieku Rosja była liczącym się rynkiem filmowym. Kręcono tam koprodukcje, a filmowcy z Ameryki, podobnie jak w wielu innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, mogli liczyć na korzystne ulgi.
Zadawanie szyku na rautach Putina nie było więc powodem do wstydu; dla części gwiazd z Fabryki Snów okazało się wręcz doskonałą szansą na promocję. U dyktatora gościli wówczas Leonardo DiCaprio (połączyła ich miłość do kotów oraz żywe zainteresowanie kwestiami klimatycznymi), Dennis Rodman („Putin to fajny gość” – wyznał w wywiadzie), Jean-Claude Van Damme (na turnieju sztuk walki w Soczi w 2010 r. zasiadał po prawicy dyktatora, a rok później przyjął zaproszenie na urodziny Ramzana Kadyrowa) oraz Mickey Rourke (reklamował wraz z Putinem linię patriotycznej odzieży).
Gdy w 2010 r. w Sankt Petersburgu Putin brał udział w wiecu charytatywnym, miał na koncie zbrodnie wojenne, napaść na Gruzję, inwigilację oraz zabójstwa przeciwników politycznych (m.in. Aleksandra Litwinienki), prześladowania mniejszości, zsyłki opozycjonistów na Syberię. Z ręką nonszalancko wsuniętą w kieszeń, w towarzystwie jazzowego bandu, śpiewał amerykański szlagier Sammy’ego Kaye’a „Blueberry Hill” – rzecz o metaforycznej krainie dobrobytu i tolerancji. Oklaskiwał go tłum złożony z celebrytów, gwiazd kina i estrady. Poza Depardieu, byli wśród nich Monica Bellucci, Vincent Cassel, Kurt Russell, Goldie Hawn, Kevin Costner oraz – ten obrazek chyba najtrudniej wymazać z pamięci – Sharon Stone z ręką uniesioną w geście wiktorii.
Rozwój mediów społecznościowych zamienił podobne absurdalne sceny w codzienność. Celebryci dostali platformy, dzięki którym mogą głosić swoje poglądy dwadzieścia cztery godziny na dobę. W czasach takiej drożności kanałów komunikacyjnych działa to jednak w dwie strony. I coraz trudniej usprawiedliwiać głupotę niewielką świadomością polityczną.
O co zapytał Oliver Stone
Dokument Olivera Stone’a wydaje mi się w tej układance kluczowy. To tematyczny pomost między wczesnym etapem kariery reżysera, gdy jego konfrontacja z republikańską Ameryką przybierała najbardziej agresywną formę, a późniejszym, kiedy z rozmów z kolejnymi dyktatorami próbował stworzyć mapę politycznych interesów USA.
Łatwo zrozumieć, dlaczego w ogóle zdecydował się z Putinem rozmawiać. Po pierwsze – serial „Oliver Stone vs Putin” (2017) wpisuje się w jego cykl prezydenckich portretów, od „JFK” przez „Nixona” po „W.”. Po drugie – wcześniej dyskutował z Chavezem i Castro, więc domknięcie trylogii wydawało się formalnością. Po trzecie – miał w zanadrzu wystarczająco dużo dobrych pytań, które rymowały się z resztą jego twórczości (dla przykładu temat inwigilacji obywateli rezonował z nakręconym w tym samym okresie „Snowdenem”). O wiele trudniej natomiast uwierzyć w jego naiwność – naprawdę sądził, że pytania o aneksję Krymu, Syrię, manipulowanie wyborami w USA i dyktaturę przebraną za demokrację nie będą wymagały walki o każdy centymetr taśmy filmowej?
Wbrew obiegowej opinii Stone nie czyni Putina inteligentniejszym, nie wybiela go i nie stawia mu pomnika. Po prostu zdaje się wierzyć w każdego jego słowo i daje się złapać w pułapkę konwencji, która zamienia go w klauna na carskim dworze. Jak w scenie, w której pyta Putina o brak krzeseł w jego prywatnej kaplicy i zostaje poinstruowany, że w prawosławnej mszy uczestniczy się na stojąco. „Czy można klękać?” – pyta. „Jest to dozwolone” – słyszy.
Tuż po seansie reżyser, rzutem na taśmę, wręcza dyktatorowi płytę DVD z „Doktorem Strangelove”. Wcześniej, po swojej kurtuazyjnej recenzji, Putin poobracał ją w dłoniach, odłożył na stolik i zebrał się do wyjścia. Ciekawe, czy ją zatrzyma?
Parada idiotów

EMIR KUSTURICA
Wybitny serbski reżyser, laureat Złotej Palmy w Cannes za „Underground”, popiera inwazję na Ukrainę i powtarza bzdury o Zachodzie, który pragnie zdezintegrować rosyjską kulturę. Rozciąga też paralelę między Ukrainą a zdradzoną przez NATO i wepchniętą na wojenną ścieżkę Jugosławią.

OLIVER STONE
Żywy dowód na to, że nawet jeśli chcemy wiedzieć, to czasem lepiej nie pytać. Słynny amerykański reżyser („Pluton”, „Urodzony 4 lipca”, „Nixon”) spytał Putina o wiele spraw w trakcie wywiadu rzeki w latach 2015-2017. I niemal we wszystkie odpowiedzi uwierzył na słowo.

STEVEN SEAGAL
Instruktor sztuk walki, gwiazdor kina akcji, piosenkarz, Strażnik Teksasu z odznaką pogranicznika, znachor, facet oskarżony o przestępstwa seksualne, kumpel Łukaszenki, wreszcie – dumny Rosjanin. Trudno traktować Stevena Seagala poważnie. Ale powinniśmy, bo mieszczą się w nim niemal wszystkie prorosyjskie sentymenty Zachodu.

ROGER WATERS
Basista Pink Floydów nie ma wątpliwości co do przyczyn inwazji na Ukrainę: została sprowokowana przez Zachód i Unię Europejską. Mówiąc o Bezosie, zapomniał o Sorosie, ale kto by się tam przejmował. Koniec końców to tylko kolejna cegiełka w murze rosyjskiej propagandy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















