Czy Joe Biden ma szanse z Donaldem Trumpem?

Zamach na Trumpa przysporzy mu zwolenników. Jeśli faktycznie stanowi on zagrożenie dla demokracji – jak nieustannie przypomina Biden – to czy nie należy zrobić wszystkiego, co możliwe, żeby go pokonać? Włącznie z wymianą kandydata na kogoś młodszego?
Czyta się kilka minut
Joe Biden podczas kampanii w Detroit. 12 lipca 2024 r. // Fot. Emily Elconin / Getty Images
Joe Biden podczas kampanii w Detroit. 12 lipca 2024 r. // Fot. Emily Elconin / Getty Images

Prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden ma 81 lat i próbuje przekonać świat, że może wygrać z Donaldem Trumpem w listopadowych wyborach. Tymczasem dwie trzecie Amerykanów – w tym aż połowa jego wyborców sprzed czterech lat – uważa, że Joe Biden powinien zrezygnować z ubiegania się o drugą kadencję.

Fatalny występ

W styczniu 1981 r., kiedy Ronald Reagan składał przysięgę prezydencką, był najstarszą osobą w historii wybraną na to stanowisko. Miał 70 lat i był zauważalnie starszy od swoich poprzedników, Cartera, Forda, Nixona czy Johnsona, którzy trafili do Białego Domu jako pięćdziesięcioparolatkowie. Zaawansowany wiek Reagana wyróżniał się także na tle innych polityków. Powyżej 70 lat miało wówczas zaledwie 4 proc. amerykańskich ustawodawców w obu izbach Kongresu. Joe Biden, senator z Delaware, dopiero dobiegał czterdziestki. Młody, obiecujący polityk był jedną ze wschodzących gwiazd Partii Demokratycznej.

Wiek uprawniający do zasiadania w Senacie (30 lat) osiągnął dopiero między dniem wyborów a pierwszym zaprzysiężeniem (1973). Był tak młody, że na którymś posiedzeniu komisji spraw zagranicznych sekretarz stanu Henry Kissinger wziął go za stażystę. W 1981 r. wymieniano go wśród osób, które mogłyby rzucić wyzwanie Reaganowi w kolejnych wyborach.

Tak się – jak wiemy – nie stało. Biden spróbował swoich sił dopiero w 1988 r. Nie zdobył nawet nominacji, ale gdyby dopiął wtedy swego, byłby prezydentem w chwili upadku muru berlińskiego i rozpadu ZSRR. W 2008 r. spróbował ponownie, ale nie miał szans z Barackiem Obamą. Zadowolił się wiceprezydenturą, która – jak wszyscy sądzili – miała być ukoronowaniem jego długiej kariery. Ostatecznie udało mu się za trzecim razem, ale kiedy zasiadał wreszcie w Białym Domu, był starszy od Reagana w chwili, gdy tamten odchodził ze stanowiska.

Jego fatalny występ w debacie, która odbyła się 27 czerwca w Atlancie, przejdzie na pewno do historii. Nawet mówiąc o kwestiach, które zdawałyby się być jego mocną stroną, jak ochrona demokracji czy prawo kobiet do przerywania ciąży, Biden nie potrafił wypowiedzieć się spójnie i zrozumiale, gubił wątki, plątał wyrazy, a do tego wyglądał niezdrowo, z otwartymi ustami wpatrywał się w przestrzeń nieobecnym wzrokiem.

Republikanie, którzy z jego wieku dawno już uczynili jeden z głównych tematów kampanii, nawet w najbardziej optymistycznych założeniach nie spodziewali się, że prezydent zaprezentuje się aż tak źle. Zazwyczaj kandydaci na prezydenta debatują dopiero we wrześniu i październiku – tym razem do starcia doszło wyjątkowo wcześnie, jeszcze zanim Biden i Trump oficjalnie zostali kandydatami swoich partii. Był to pomysł ekipy Bidena, która liczyła na to, że ich kandydat wypadnie co najmniej tak samo poprawnie, jak w trakcie orędzia. Zwróci uwagę Amerykanów na problemy prawne Trumpa i jego kłamstwa, przypomni im, czemu odrzucili poprzedniego prezydenta cztery lata temu, i sprawi, że w większym stopniu zainteresują się nadchodzącymi wyborami.

Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, na cztery miesiące przed dniem głosowania wielu wyborców wciąż nie zwracało bacznej uwagi na wyścig prezydencki. Jeden z celów został osiągnięty: Amerykanie zainteresowali się wyścigiem prezydenckim, ale nie tak, jak chcieliby tego Demokraci – to, czy Trump nadaje się na najwyższe stanowisko w państwie, zeszło na drugi plan, wszyscy skupili się na stanie zdrowia Bidena. Choć większość badanych zgadza się, że Trump kłamie i jest człowiekiem nieuczciwym, to jeszcze więcej – aż 85 proc. – uważa, że Biden jest za stary, żeby być prezydentem kolejne cztery lata. O Trumpie, który też przecież nie jest młodzieniaszkiem i właśnie skończył 78 lat, uważa tak 60 proc. badanych.

Górny limit wieku

Amerykańskie społeczeństwo jest jednym z najmłodszych w świecie zachodnim. Mediana wieku w USA to dziś 39 lat, dużo mniej niż w Unii Europejskiej czy Kanadzie, nie mówiąc już o Japonii. Średni wiek członka Izby Reprezentantów to jednak 58 lat, a senatora – aż 65. W obu izbach Kongresu zasiada tylko jedna osoba, która ma mniej niż 30 lat, za to prawie ćwierć spośród 535 kongresmenów i senatorów ma powyżej 70 lat. Najstarszy wiekiem senator – republikanin Chuck Grassley – przekroczył 90 lat i właśnie został wybrany na kolejną sześcioletnią kadencję. Tyle lat miała demokratka Dianne Feinstein, kiedy zmarła w ubiegłym roku – jej demencja nie była żadną tajemnicą, ale stanowisko senatorki z Kalifornii pełniła do śmierci, choć przez co najmniej ostatni rok nie była w stanie wykonywać swoich obowiązków. Ani Grassley, ani Feinstein nie są rekordzistami – Strom Thurmond odszedł z Senatu jako stulatek, pod naciskiem kolegów.

Dla czterech na pięciu Amerykanów zaawansowany wiek polityków stanowi problem, z czego dla dwóch na pięciu – poważny. I choć dziś większość spraw w amerykańskim społeczeństwie wpisuje się w logikę polaryzacji – kiedy konserwatyści coś popierają, liberałowie są przeciw (i odwrotnie), w tej kwestii Republikanie i Demokraci są wyjątkowo zgodni. Trzy czwarte badanych chciałoby też jakiegoś górnego limitu wieku dla polityków – istnieje dolny (25 lat w wyborach do Izby Reprezentantów, 30 do Senatu, 35 dla prezydenta), więc czemu nie górny? Nowy rząd Wielkiej Brytanii szykuje się przecież do ustanowienia wieku emerytalnego dla członków Izby Lordów, który ma wynosić 80 lat.

Mimo to obie partie zamierzają wystawić w tegorocznych wyborach prezydenckich starców – 81-letniego Bidena i 78-letniego Trumpa. Ludzie na całym świecie zadają sobie pytanie: czy naprawdę nie ma w Stanach młodszych polityków, którzy mogliby zawalczyć o Biały Dom?

Po Billu Clintonie (ur. 1946), pierwszym w Białym Domu przedstawicielu powojennego boomu demograficznego, prezydentem został jego rówieśnik, George W. Bush. Wydawało się, że wybór Baracka Obamy (rocznik 1961), kandydata „zmiany” i „nadziei”, będzie zwiastunem odmłodzenia amerykańskiej polityki. Stało się wręcz przeciwnie: kandydatką Demokratów została w 2016 r. Hillary Clinton (ur. 1947), a kandydatem Republikanów Trump (ur. 1946). Clinton, Bush, Trump: wszyscy ci trzej prezydenci urodzili się w odstępie ledwie paru miesięcy, w lecie 1946 roku.

Jakby tego było mało, na scenie wciąż trzymali się mocno ludzie o kilka lat starsi, jak Biden (ur. 1942); w 2020 r. jego głównym konkurentem do demokratycznej nominacji okazał się jeszcze starszy senator Bernie Sanders (ur. 1941). Demokratami w Izbie przez dwadzieścia lat kierowała Nancy Pelosi (ur. 1940), a na czele Republikanów w Senacie wciąż stoi Mitch McConnell (ur. 1942), któremu wszakże zdarzają się epizody „zamrożenia”: milknie, patrzy w przestrzeń, nie ma z nim kontaktu. Ameryka młodnieje, a polityką wciąż kierują ludzie, którzy dawno przekroczyli wiek emerytalny.

Boomersi, czyli ludzie urodzeni w latach 1946-1964, przez długi czas nie tylko stanowili największy, ale też najbogatszy odsetek elektoratu – powojenna prosperity, wysokie wydatki na edukację, tanie nieruchomości, wszystko to sprawiło, że pokolenie to jest zamożniejsze niż generacja wcześniejsza – i późniejsza. Mimo że stanowią jedną piątą społeczeństwa, należy do nich połowa całego amerykańskiego bogactwa, a amerykańską politykę zdominowali jeszcze silniej – w stopniu bezprecedensowym.

Doświadczenie, nie wizja

Kandydatów na stanowiska polityczne w Stanach Zjednoczonych nie wskazują jednak partyjni tuzowie, jak to było kiedyś. Dlaczego zatem sfrustrowani milenialsi (których jest już więcej niż boomersów) nie głosują w prawyborach na młodszych polityków? O nominację Republikanów w 2016 r. ubiegało się siedemnaścioro kandydatów – zwyciężył Donald Trump, najstarszy z nich. W 2020 r. Joe Biden pokonał w prawyborach tuzin konkurentów i konkurentek, w tym wielu młodszych od siebie, często także energiczniejszych i sprawniejszych retorycznie. Aż 92 proc. Demokratów oddało wówczas głos w prawyborach na osoby powyżej 70. roku życia. To sam elektorat odrzucił młodych, obiecujących polityków – białych, czarnych, Latynosów, mężczyzn, kobiety – i postawił na kandydata, którego największym atutem było doświadczenie, a nie porywająca wizja. Obama okazał się wyjątkiem, a nie regułą.

Cztery lata temu Biden twierdził, że zamierza być „mostem” między pokoleniami, co wielu odebrało jako deklarację, że będzie prezydentem jednokadencyjnym. Wybory do Kongresu w połowie jego kadencji, w listopadzie 2022 r., poszły Demokratom lepiej, niż się tego ktokolwiek spodziewał. „Czerwona fala” nie nadeszła, Republikanie zdobyli wprawdzie Izbę Reprezentantów, ale minimalną przewagą, która uniemożliwiała im sprawne przegłosowywanie ustaw. Nie zdołali też odbić Demokratom Senatu, choć wydawało się, że mają to zapewnione. Wnioski, jakie z tego nieoczekiwanego sukcesu wyciągnęli różni politycy Demokratów, były zupełnie odmienne. 

Troje osiemdziesięcioparolatków, którzy od dwudziestu lat zajmowali kluczowe stanowiska w klubie Demokratów – Nancy Pelosi, Steny Hoyer i James Clyburn – ustąpiło miejsca trojgu politykom młodszym o trzy dekady. Biden mógł ogłosić, że nie będzie się ubiegał o reelekcję i wpisać tę decyzję w kontekst szeroko zakrojonej zmiany pokoleniowej, jaka dokonuje się w jego partii. Niestety – mimo że to nie jego siła pozwoliła Demokratom zachować większość w Senacie, tylko radykalizm kandydatów republikańskich, przegrywających nawet te wyścigi, które mieli w kieszeni – Biden uznał, że powinien kandydować ponownie.

Chce ubiegać się o drugą kadencję, ma to właściwie zagwarantowane. W amerykańskiej polityce nikt nie ryzykuje i nie rzuca wyzwania liderowi własnej partii. Nie jest przecież tak, że w Partii Demokratycznej brakuje polityków i polityczek o ambicjach prezydenckich – imię ich legion, ale kiedy w 2023 r. Biden ogłosił, że będzie jednak walczył o reelekcję, wszyscy schowali głowę w piasek. Wyborcy Demokratów dostali zatem w tym roku karty, na których oprócz nazwiska Bidena mieli kilku no-name’ów oraz rubrykę „żaden z powyższych”. Nic dziwnego, że Joe Biden wygrał w cuglach – jak przed nim Obama i każdy wcześniejszy urzędujący prezydent. Nie był to jednak dowód na entuzjazm wobec jego kandydatury.

Niskie notowania prezydenta Bidena na początku roku wyborczego nie musiały koniecznie zwiastować porażki w listopadzie. Ekipa prezydenta reagowała jednak z irytacją na każde pytanie o jego wiek i sprawność, więc dziennikarze rzadko je zadawali. Inni unikali tego tematu, żeby nie zostać posądzonymi o to, że mówią tym samym językiem, co najbardziej radykalni zwolennicy Trumpa – ci zaś już od 2020 r. przekonywali, że Biden jest stojącym nad grobem starcem.

Dowodem na to miała być każda wpadka, każde przejęzyczenie, każde zająknięcie, o których z lubością donosiły prawicowe media – mimo że gafy i przejęzyczenia to coś, z czego Biden znany był jeszcze jako młody i obiecujący senator. W protrumpowym świecie MAGA (Make America Great Again) krążyły opowieści, że Biden w ogóle nie sprawuje władzy, że kontrolują go jacyś ukryci „oni”, tajne struktury „głębokiego państwa”, wiceprezydentka Kamala Harris czy nawet Barack Obama.

Joe Biden po ceremonii upamiętniającej oddanie do użytku okrętu podwodnego Virginia USS. Port Wilmington, USA, 2 kwietnia 2022 r. // Fot. Brendan Smialowski / AFP / East News

Polityczne tabu

Każde pytanie o to, jak starzeje się Biden – uzasadnione przecież w przypadku najstarszego prezydenta w historii – zbywano zatem ogólnikami. I przypominaniem, że Trump nie jest wiele młodszy i jemu też zdarzają się pomyłki i przejęzyczenia. Wybrano więc strategię ochraniania Bidena przed dziennikarzami. Prezydent stronił od konferencji prasowych, prawie nie udzielał wywiadów. Po ostatniej fatalnej debacie pękła jednak jakaś tama i część ludzi z kręgu Bidena zaczęła dzielić się z dziennikarzami swoimi obawami i doświadczeniami. Rysuje się z nich obraz ciężko pracującego człowieka, który starzeje się i słabnie, który miewa dni lepsze i gorsze, czasem jest taki, jak w orędziu o stanie państwa, a czasem taki, jak w trakcie debaty.

Coraz wyraźniej widać jednak, że ekipa urzędującego prezydenta nie zachowała się uczciwie wobec Amerykanów. Uznała, że jakiekolwiek przyznanie, iż „stan zdrowia prezydenta nie jest doskonały”, byłoby równoznaczne z przyznaniem pełni racji trumpistom i wszystkim, najbardziej nawet absurdalnym teoriom spiskowym na temat Bidena. Żeby nie popaść w jedną skrajność, poszła w drugą.

Ukrywanie stanu zdrowia prezydentów ma w Stanach długą i niechlubną tradycję. Kiedy Woodrow Wilson doznał udaru, który częściowo go sparaliżował i przykuł do łóżka, na kilka tygodni kierowanie krajem przejęła pierwsza dama, Edith Wilson, zwana dziś czasem „pierwszą prezydentką”.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Joe Biden podczas debaty z Donaldem Trumpem. Atlanta, 27 czerwca 2024 r. // Fot. Andrew Caballero-Reynolds / AFP / East News

Podobnie było w przypadku Franklina D. Roosevelta. Dla Amerykanów nie było wprawdzie tajemnicą, że po przebytym polio ma on problem z chodzeniem: opiera się na innych, sztywno stawia nogi. Nie wiedzieli jednak, że prezydent jest osobą z ciężką fizyczną niepełnosprawnością i właściwie nie może poruszać się inaczej niż w metalowych ortezach lub na wózku. Secret Service budowało dla niego specjalne rampy, organizowało cały teatr prezydenckich wystąpień.

Temat prezydenckiego zdrowia był jednak tabu i właściwie żadne media go nie poruszały – fotografowie nie robili prezydentowi niekorzystnych zdjęć (np. na wózku), a kiedy jakiś nieobeznany dziennikarz usiłował takie zrobić, sami wytrącali mu aparat z ręki. Nawet oponenci Roosevelta – z obu partii – z szacunku do prezydenta nie ruszali tego tematu. W 1944 r. – kiedy FDR ubiegał się o bezprecedensową czwartą kadencję, a jego lekarze uważali, że nie zdoła jej dokończyć – w oficjalnych komunikatach Biały Dom zapewniał, że głowa państwa jest w „doskonałym zdrowiu”. Ciężko chory Roosevelt zmarł niecałe trzy miesiące po rozpoczęciu czwartej kadencji.

Prezydent John F. Kennedy zbudował swoją kandydaturę na wizerunku młodego i energicznego polityka, ale w rzeczywistości, jak dziś wiemy, był potwornie schorowanym człowiekiem, który funkcjonował tylko dzięki regularnemu przyjmowaniu bardzo silnych leków. Amerykanie nie mieli o tym jednak pojęcia i kiedy jego sztab publikował kłamliwe komunikaty o „znakomitym” stanie zdrowia prezydenta, nie mieli najmniejszego powodu, żeby w nie wątpić – w końcu publicznie widzieli go tylko w doskonałej formie.

Wreszcie Reagan. Choć chorobę Alzheimera formalnie zdiagnozowano u niego już po odejściu z Białego Domu, w drugiej kadencji wykazywał ewidentne oznaki umysłowego osłabienia – tracił rezon, gubił słowa, a nawet zasypiał w trakcie posiedzeń gabinetu. Media zadawały czasem pytania o stan jego zdrowia, ale uznawano je za niestosowne, poza tym – z punktu widzenia opinii publicznej – kwestię tę rozwiązała już druga debata prezydencka w 1984 r., kiedy Reagan, zapytany o problem wieku, zażartował, że „nie będzie wykorzystywał kwestii wieku, żeby atakować swojego oponenta z powodu jego młodości i braku doświadczenia”. Dodajmy, że oponent Reagana, Walter Mondale, miał 56 lat.

Debata pomogła wtedy Reaganowi, ale Bidena pogrążyła. Pytany o swój wiek Biden najczęściej powtarzał: „Obserwujcie mnie”. Czyli: nie patrzcie na metrykę, tylko sami wyróbcie sobie zdanie na temat tego, czy się nadaję na to stanowisko. Wyborcy Demokratów właśnie to zrobili – i zobaczyli, że ich kandydat nie potrafi skonfrontować się z Trumpem jak równy z równym.

Walka na symbole 

Jednym z atutów Bidena było przekonanie wyborców, że jest człowiekiem uczciwym, przedkładającym dobro państwa nad dobro własne. To, jak on i jego ekipa rozgrywają kwestię zdrowia, podważyło to przekonanie. Według sztabu za fatalny występ odpowiadał jetlag, przemęczenie, przeziębienie, a nawet nadmierne (sic!) przygotowanie do debaty. Potem usiłowano wmówić wyborcom, że wcale nie widzieli tego, co zobaczyli – nie słabego kandydata, a jednorazową wpadkę; wyjątek, nie regułę.

Jeszcze w kwietniu blisko połowa badanych uważała Bidena za uczciwego i godnego zaufania – po debacie jest to już tylko 36 proc. Dzisiejszy Joe Biden zachowuje się bowiem po „trumpowsku”: ignoruje fakty, podaje nieprawdziwe informacje (np. kiedy mówi o sondażach), oskarża „elity” o to, że próbują zatopić jego kandydaturę, a do tego prezentuje nietypowy dla niego egotyzm. Trump lubił powtarzać „tylko ja mogę to naprawić”, „tylko ja mogę uczynić Amerykę znowu wielką” – Biden pyta dziś z kolei: czy ktoś inny byłby w stanie wykonać tę pracę, którą zrobiłem jako prezydent?

Faktycznie Biden okazał się być prezydentem skuteczniejszym, niż można się było tego spodziewać. Nie wszystko mu się udało, rzecz jasna, ale jego wieloletnie doświadczenie w Senacie rzeczywiście przełożyło się na umiejętność tworzenia koalicji w Kongresie. Ogromne inwestycje w infrastrukturę, odnawialne źródła energii, rozszerzenie NATO, pomoc Ukrainie, to wszystko niepodważalne zasługi Bidena jako prezydenta. „Nie oceniajcie mnie przez pryzmat 90 minut [debaty], tylko 3,5 roku [mojej prezydentury]” – mówi. Tylko że dla Demokratów nie to jest problemem – o Bidenie jako prezydencie wyrażają się w samych superlatywach, ale mają obawy dotyczące jego umiejętności jako kandydata.

Sam Biden, zapytany jeszcze w grudniu ubiegłego roku, czy w partii są inne osoby, które mogłyby pokonać Trumpa, rzucił dziennikarzom „co najmniej pięćdziesięcioro”. Skąd zatem teraz taki upór? Biden myli dwie rzeczy – wezwania do tego, by zrezygnował teraz z ubiegania się o kolejną kadencję, nie są kwestionowaniem jego dotychczasowego dorobku, a już tym bardziej przyznaniem, że przez ostatnie cztery lata to nie on rządził krajem. Gdyby tak faktycznie było, gdyby Biden był tylko marionetką w ręku jakichś „ich”, „oni” mogliby bez problemu wymienić go teraz na kogoś innego.

Tymczasem – jak słyszymy – część partyjnych tuzów próbuje zakulisowo wpłynąć jakoś na Bidena, by zrezygnował z kandydowania, otwierając drogę do wyboru swojego następcy – lub następczyni. Ale tylko on może podjąć tę decyzję. Jeśli Trump faktycznie stanowi  egzystencjalne zagrożenie dla amerykańskiej demokracji – jak nieustannie przypomina sam Biden – to czy nie należy zrobić wszystkiego, co możliwe, żeby pokonać go w wyborach? Włącznie z wymianą kandydata na kogoś młodszego?

Wiek prezydenta – a także jego sprawność, efektywność, wszystko to, co można określić mianem „siły” – stał się głównym tematem kampanii wyborczej. Nieudany zamach na Trumpa, do jakiego doszło w Pensylwanii 13 lipca, tylko wzmocnił tę narrację i podkreślił różnice między dwoma kandydatami. Z jednej strony Joe Biden, który stawia sztywno kroki i plącze słowa, nazywając Zełenskiego Putinem. Z drugiej, zakrwawiony Donald Trump, który podnosi się z kolan, unosi pięść i krzyczy „Walczcie! Walczcie!”. Trudno o większy kontrast. 

Piotr Tarczyński jest amerykanistą, pisarzem i tłumaczem. Współprowadzący „Podcastu amerykańskiego”. Autor książki „Rozkład. O niedemokacji w Ameryce”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Naprzeciw Trumpa