Łeb świni spoglądał na mnie zza szyby sklepowej lodówki. Był upał, na zewnątrz powietrze drgało z gorąca. Na opustoszałych ulicach mołdawskiego miasteczka Nisporeni można było dostrzec jedynie szukających skrawka cienia aktywistów. Próbowali prowadzić kampanię przed wyborami.
Kilka dni później, 11 lipca 2021 r., proeuropejska Partia Aktywności i Solidarności (PAS) zdobyła samodzielną większość w parlamencie. Musiałem przeczuwać ten rezultat, bo wtedy, spoglądając na dorodny okaz w sklepowej lodówce, pomyślałem, że niedługo takich widoków już nie będzie. Europeizacja zmiecie je z krajobrazu.
Mołdawia: kiedyś peryferie imperium sowieckiego, dziś peryferie Europy
Kilka godzin później, gdy siedziałem już w autobusie do Kiszyniowa, naszła mnie autorefleksja: dlaczego, do licha, akurat patrząc na świński łeb pomyślałem o nieuchronności zbliżenia Mołdawii z Unią Europejską?
Wtedy zdałem sobie sprawę, że trwa to już od jakiegoś czasu. Gdy w 2008 r. odwiedziłem ten kraj po raz pierwszy, widziałem w nim peryferie świata posowieckiego, którego centrum jest w Moskwie. Mówiło o tym wiele szczegółów z otoczenia, a także ludzkie zachowania. Potem minęło 13 lat – i w roku 2021 w mojej głowie Mołdawia przesunęła się na mapie: stała się peryferiami zjednoczonej Europy, z jej centrami w Brukseli, Berlinie, Paryżu czy Warszawie.
Teraz, w niedzielę 20 października, Mołdawianie pójdą do urn, by wybrać prezydenta i głosować w referendum w sprawie integracji z Unią. Okaże się, czy tamta moja wizja ze sklepu w Nisporeni nie była po prostu fantasmagorią zmęczonego upałem analityka.
Referendum europejskie w Mołdawii
To referendum wcale nie jest konieczne. Co prawda Unia w czerwcu 2022 r. nadała Mołdawii status kandydatki, a później otwarła negocjacje akcesyjne. Jednak Bruksela nie wymaga takiego poparcia dla integracji. Owszem, referenda akcesyjne odbywały się w wielu państwach, w tym w Polsce, ale nie są one obowiązkowe. I co najważniejsze: dotąd odbywały się już po zamknięciu negocjacji, a nie na ich starcie. Obywatele powinni wiedzieć, na jakich warunkach wchodzą do Unii.
Jednak referendum było potrzebne urzędującej prezydentce Mai Sandu i jej obozowi, skupionemu w PAS. Wielu Mołdawian jest rozczarowanych rządami tej proeuropejskiej ekipy. Pierwotną tego przyczyną są, jak to często bywa, nadmierne oczekiwania. Mołdawianie liczyli, że Sandu i PAS w kilka lat odmienią ich kraj. Tymczasem przyszło im mierzyć się z wyzwaniami od nich niezależnymi – w tym z szantażem gazowym Moskwy i jej inwazją na Ukrainę, która sąsiaduje z Mołdawią.
Na początku inwazji były wręcz obawy o przyszłość mołdawskiej państwowości. Możliwy wydawał się scenariusz, że Rosja zdobywa Odessę, a potem, dzięki Naddniestrzu (to w istocie protektorat Rosji) i stacjonującym tam żołnierzom szantażuje Mołdawię, po czym układa jej ustrój na swoją modłę. Tak się nie stało, ale władze w Kiszynowie musiały mierzyć się z napływem uchodźców, skokowym wzrostem cen gazu i ciągłym poczuciem zagrożenia, które Rosja podsycała. Nie były to warunki dla cudu gospodarczego.
Prezydentka Maia Sandu gra o reelekcję integracją z UE
Poza tym proeuropejska ekipa nie ustrzegła się błędów. Jednym z jej haseł było uczciwe i sprawne państwo. Jednak reforma wymiaru sprawiedliwości wlecze się, a liczne działania władz budzą wątpliwości prawne i etyczne. Nie ustrzeżono się też błędów w komunikacji i zarządzaniu, co potwierdza stereotyp, że PAS to idealiści bez doświadczenia. Choć obóz władzy i eksperci powtarzają, że Mołdawia jest stale celem ataków hybrydowych Rosji, to np. decyzja o zamknięciu wszystkich prorosyjskich kanałów TV wzbudziła rozgoryczenie lub co najmniej niesmak (podjęto ją przy pomocy wybiegów prawnych).
Po pięciu latach prezydentury i trzech latach rządów PAS, Maia Sandu nadal jest najjaśniejszą gwiazdą tego obozu. W połowie tego roku cieszyła się największym zaufaniem społecznym z wszystkich polityków: ufało jej 33 proc. badanych. Kilka procent więcej chciało głosować na nią w wyborach prezydenckich, co dawało jej pierwszeństwo w wyścigu. Nie gwarantowało jednak sukcesu już w pierwszej turze. Biorąc pod uwagę spadające poparcie dla PAS i fakt, że latem 2025 r. są wybory parlamentarne, obóz władzy chciał więc zrobić wszystko, by zapewnić jej jednoznaczne zwycięstwo.
Stąd pomysł referendum europejskiego. Maia Sandu ogłosiła go w ostatnim orędziu noworocznym. Użyto prawnej ekwilibrystyki, by powiązać je z wyborami prezydenckimi. W ten sposób Sandu i PAS wysyłają sygnał społeczeństwu: to nie jest plebiscyt poparcia dla władzy, lecz głosowanie nad przyszłością Mołdawii.
Podziały w mołdawskim społeczeństwie
Często uważa się, że Mołdawianie (jest ich ok. 2,5 mln) są prawie równo podzieleni między zwolenników integracji z Zachodem i tych, którzy widzą swój kraj u boku Rosji. Ostatnie badania socjologiczne (m.in. realizowane przez think tank Watchdog.md) pokazują jednak, że ten obraz dwóch obozów jest daleki od rzeczywistości.
W istocie mamy tu trzy grupy. Pierwsza zdecydowanie popiera integrację z Zachodem, dopuszcza nawet myśl o zbliżeniu z NATO. Na drugim biegunie są zwolennicy bliskich więzi z Rosją. Między nimi zaś jest trzecia grupa – i to jej nastroje są kluczowe dla przyszłości kraju. Charakteryzuje się ona niechęcią wobec jednoznacznych decyzji w kwestiach polityki zagranicznej. Są tu zarówno zwolennicy neutralności i balansowania między geopolitycznymi blokami, jak też ci, którzy sądzą, że cała ta dyskusja jest niepotrzebna.
W latach 2020-21, gdy władzę przejęli Sandu i PAS, ta grupa „neutralnych” była podatna na opowieść proeuropejską, bo obiecywała ona lepsze życie, walkę z korupcją, sprawne państwo i wizję dobrobytu. Z kolei po rosyjskiej inwazji na Ukrainę i bohaterskiej jej obronie powstała przestrzeń dla opowieści o konieczności wzmacniania więzi z Zachodem, który jest gwarancją bezpieczeństwa – zaś przestrzeń dla narracji prorosyjskiej się skurczyła.
Jednak im dłużej trwa wojna na Ukrainie, tym silniej uwidaczniają się emocje typowe dla wielu Mołdawian: obawy przed nadmiernym zaangażowaniem, chęć cichego przeczekania wielkiej zawieruchy i wiara, że najlepiej jest trzymać równy dystans do wszystkich.
Środowiska prorosyjskie w Mołdawii
Dziś jawnie prorosyjską narracją posługuje się tylko grupa skupiona wokół zbiegłego z kraju oligarchy Ilana Șora. Powstanie jego najnowszego projektu – platformy Zwycięstwo, która łączy kilka małych partii – ogłoszono w Moskwie. Oligarcha ten, ścigany za udział w kradzieży miliarda dolarów z trzech mołdawskich banków, mieszka dziś w rosyjskiej stolicy. Stąd finansuje i koordynuje działania podległych sobie polityków.
Ma w tym pewne sukcesy: w czerwcu 2022 r. zdołał umieścić swoją protegowaną na czele Gagauzji (to 150-tysięczny region autonomiczny). Choć wymiar sprawiedliwości robi wiele, by ograniczyć jego możliwości (m.in. wskazując, że posługuje się on korupcją polityczną i rosyjskimi pieniędzmi), Șorowi i jego grupie udaje się przekonać zwłaszcza najbiedniejszą i najbardziej rozgoryczoną część społeczeństwa.
Pozostali liderzy tej części sceny politycznej zmienili retorykę. Miejsce otwartej prorosyjskości zajęła troska o zwykłego człowieka (jego los rzekomo nie obchodzi Sandu i PAS), a także oskarżenia wobec rządzących o łamanie reguł demokracji oraz o podległość „zachodnim mocodawcom”.
Ich opowieść brzmi mniej więcej tak: nie jesteśmy za Rosją i przeciw Europie, po prostu Mołdawia jest za mała, by włączać się w gry geopolityczne; Sandu i PAS dbają o interes Kijowa i USA, a nie zwykłych ludzi; współczujemy Ukraińcom, wojna jest straszna, ale Zachód też ugrywa na niej swoje interesy; jedność Zachodu się kruszy, Trump wygra, a my zostaniemy z Zełenskim jak z ręką w nocniku.
Pozostali kandydaci na prezydenta Mołdawii
Na ciekawe zagranie zdecydowała się Partia Socjalistów, która rządziła w latach 2019-21 i przez lata promowała swą bliskość z Kremlem. Zamiast swojego lidera i byłego prezydenta Igora Dodona, jako kandydata na prezydenta wystawiła byłego prokuratora generalnego Alexandru Stoianoglo.
Jest on postrzegany jako profesjonalista i państwowiec, daleki od polityki (wcześniej nie był związany z socjalistami), a do tego „ofiara rządów PAS”. Został bowiem pozbawiony funkcji prokuratora generalnego po przejęciu władzy przez tę partię. Wytyczono mu też szereg procesów. Niestety żaden z nich nie zakończył się dotąd wyrokiem.
Stoianoglo wygrał sprawę przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, który stwierdził, że władze naruszyły jego prawo do sprawiedliwego procesu. Fakt, że pochodzi z mniejszości narodowej – jest Gagauzem – również może pomóc mu w tej sytuacji. Kandydat socjalistów podkreśla, że nie jest przeciwnikiem integracji z Unią, ale że sprzeciwia się wykorzystywaniu tej kwestii w walce politycznej (cokolwiek by to miało znaczyć).
Natomiast minusem Stoianoglo – z punktu widzenia jego zwolenników – jest brak charyzmy. Sympatycy widzą w nim solidnego urzędnika, a nie lidera, który pociągnie tłumy.
Kandydatów na prezydenta jest jeszcze kilku, wśród nich są osoby o głośnych nazwiskach. Nie wydaje się jednak, by byli realnymi konkurentami w tej walce. Raczej robią szum, podgryzają Maię Sandu i próbują budować swą pozycję na przyszłość.
Istotny rywal nie kandyduje
Połączenie wyborów prezydenckich z referendum pozwoliło zneutralizować najtrudniejszego rywala: Iona Cebana, burmistrza Kiszyniowa. Wywodzi się on z Partii Socjalistów, ale od jakiegoś czasu rozwija własny projekt, tym razem o proeuropejskim charakterze. Autentyczność jego zwrotu jest często podważana. Politycy PAS widzą w nim „ukryty projekt Kremla”, inni zaś zwyczajny koniunkturalizm.
W 2023 r. Ceban zapewnił sobie reelekcję na burmistrza stolicy już w pierwszej turze. Coraz więcej Mołdawian widzi w nim alternatywę dla obozu władzy. Gdyby jednak zdecydował się kandydować na prezydenta, musiałby połączyć swój przekaz z krytyką Sandu, którą otwarcie popierają unijni liderzy. Nie przypadkiem w ostatnich tygodniach Kiszyniów odwiedzali premier Tusk i kanclerz Scholz. Ceban uznał, że w tej sytuacji lepiej jest czekać.
Poparcie dla integracji Mołdawii z Unią Europejską
Referendum wraz z wyborami prezydenckimi przysłużyło się więc obozowi władzy. Pytanie, w jaki sposób odbije się na procesie integracji europejskiej Mołdawii?
Badanie Międzynarodowego Instytutu Republikańskiego z czerwca 2024 r. pokazało, że za wstąpieniem do Unii chciało wtedy głosować 53 proc. badanych. Jednak kilka miesięcy wcześniej ten wynik był o kilka procent wyższy. Poparcie sondażowe waha się więc w okolicy 50 procent. Wielu ekspertów uważa, że negatywnie odbija się na nim stosunek wyborców do partii rządzącej.
Nadrzędne pytanie przed niedzielnym głosowaniem brzmi więc: czy Mołdawianie kupili opowieść o głosowaniu nad przyszłością państwa w oderwaniu od bieżących ocen politycznych? Nie chodzi tu tylko o to, aby „za” opowiedziała się co najmniej połowa głosujących. Europejscy partnerzy, którzy sceptycznie podchodzili do pomysłu tego głosowania, chcieliby silnego mandatu społecznego, który nie pozostawia miejsca dla spekulacji.
W decydujących momentach Mołdawianie popychali swój kraj na Zachód
Alexandru Flanchea, były wicepremier ds. reintegracji Mołdawii, a obecnie wzięty analityk, podzielił się ze mną niedawno opinią, że gdy idzie o integrację europejską, niewiele zależy od samej Mołdawii.
Podał przykłady: w 2014 r. Bruksela nie podpisałaby Umowy Stowarzyszeniowej, gdyż rządzący tym państwem oligarchowie łamali wszelkie reguły gry. Jednak jej zawarcie było wówczas odpowiedzią na rosyjską aneksję Krymu i agresję w Donbasie. Gdy zaś po inwazji Ukraina złożyła wniosek o członkostwo w Unii, mołdawskie władze zachowywały się wstrzemięźliwie. Dopiero unijni dyplomaci uświadomili im, że nie mogą przegapić tej okazji.
W jego słowach jest wiele racji. Położenie międzynarodowe tego małego państwa, a nawet kwestie polityki wewnętrznej są często ustalane ponad głowami Kiszyniowa.
Lecz w wielu decydujących momentach Mołdawianie popychali swoje państwo na Zachód. Tak było w 2003 r., gdy masowo protestowali przeciw porozumieniu, które na długo związałoby ich kraj z Rosją. Tak było też w latach 2020-21, gdy – wymęczeni rządami oligarchów, którzy budowali kleptokratyczny reżim, wymachując przy tym unijną flagą – dali szansę formacji nowej i autentycznie proeuropejskiej.
Czy Mołdawianie zrobią kolejny krok?
Od 2004 r. to właśnie proeuropejska retoryka pozwala utrzymać władzę kolejnym ekipom rządzącym Mołdawią. Wyjątkiem, który jednak szybko musiał się zakończyć, było półtora roku rządów socjalistów.
Zacieśnianie zależności z Unią – gospodarczych, społecznych, kulturowych – postępuje dziś równolegle ze słabnięciem wpływów Rosji. Doskonale widać to po ruchach na scenie politycznej: otwarcie za Kremlem opowiadają się już tylko zwolennicy skompromitowanego oligarchy, a ambitny burmistrz Kiszyniowa powtarza, że jego celem jest „ochronić europejski wybór Mołdawii”.
Jest nadzieja, że 20 października Mołdawianie zrobią kolejny krok na tej drodze.
PIOTR OLEKSY jest analitykiem w Instytucie Europy Środkowej w Lublinie oraz adiunktem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Stale współpracuje z „TP”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















