Umiesz gotować? – pyta mnie przez telefon Andrea Sartori, stały diakon i proboszcz rzymskiej parafii św. Stanisława, biskupa i męczennika. – W każdy piątek gotuję dla potrzebujących. Zapraszam na 16.
Idę wzdłuż ogrodzenia studiów filmowych Cinecittà, które dały również nazwę dzielnicy na południu Rzymu, tuż przy obwodnicy. W 1991 r. kościół konsekrował Jan Paweł II. To pierwsza parafia w stolicy Włoch, a właściwie diakonia, której proboszczem jest stały diakon. Być może zapowiadająca przyszłość Kościoła.
Pomoc potrzebującym
– Nigdy nie byłem w Krakowie, chociaż mamy polskiego patrona parafii – mówi na powitanie Andrea. – Sos już zrobiłem. Pokażę ci naszą kuchnię.
Parter plebanii jest podzielony na strefy. W jednym z pomieszczeń są używane sprzęty AGD. Ludzie przynoszą je, żeby wesprzeć tych, których nie stać na kupno. W drugim jest ogromna, kilkumetrowa szafa z czystymi ubraniami zimowymi. Kiedy rodziny zmieniają letnie ubrania na zimowe, przynoszą do parafii te, z których już nie będą korzystać. Będą miały drugie życie. Co roku parafia rozdaje też ok. 40 materacy i ogromną liczbę koców dla bezdomnych.

– Don Andrea, don Andrea! – rozlega się głos starszej kobiety. – Daj mi trochę makaronu, oliwy. Nie mam w domu nic, żeby coś ugotować.
– Znajdę tylko jakąś torbę – odpowiada proboszcz. – Tu się dzieje – mówi do mnie.
Idę za Andreą i Lidią, starszą panią, do magazynu żywności. Jest tam kilka profesjonalnych dużych lodówek. Wszystkie z darów.
– Ta schładzarka szokowa bardzo się nam przydaje – rzuca, wkładając do siatki paczki makaronu, oliwę i inne produkty – zwłaszcza gdy parafianki przynoszą nam gotowe posiłki, bo w mig obniża temperaturę.
– Lidio, co ci jeszcze mogę dać? Chcesz fasolkę w puszce? Dam ci też kawę.
Jeden z parafian pracuje w firmie, która obsługuje automaty kawowe na stacjach metra i kolei. Przełożeni zgodzili się, że bloki kawowe, które nie spełniają standardów, może zawozić do parafii. Ktoś inny podarował profesjonalny młynek, żeby bloki rozdrobnić. – W ten sposób odzyskujemy bardzo dobry produkt. I ci, którzy z kawy rezygnowali, bo brakuje im pieniędzy, teraz mogą jej smakować.
Raz w miesiącu w parafii rozdawana jest żywność z banku żywności. Pochodzi ze wsparcia Unii Europejskiej. Najpierw jednak trzeba sprawdzić dokumenty, czy taka pomoc przysługuje danej osobie. W parafii mieszka wielu imigrantów. Są tacy, którzy nie mają żadnych papierów. Wówczas dla państwa włoskiego nie istnieją.
– Obsługa pomocy unijnej jest skomplikowana. Ale dobrze, że jest. Jesteśmy z niej skrupulatnie rozliczani – wyjaśnia Andrea. – Chociaż nie ukrywam, że czasami stawiam sobie pytanie, czy Pan Jezus prześwietlał dokładnie wszystkich głodnych.
Zdarza się, że jakaś rodzina nie może otrzymać pomocy z unijnego banku żywności. Wówczas można liczyć na pomoc ludzką.
– Nasza parafia w ciągu sześciu lat, od kiedy tu przyszedłem, stała się wspólnotą. Zjednoczyły nas małe, codzienne dzieła miłosierdzia. Teraz jak ktoś gotuje w domu dziesięć kotlecików, dorobi pięć więcej, żeby się podzielić. Ktoś inny gdy piecze ciasto, zrobi drugie. Osoby przygotowujące jedzenie i obdarowywane łączy więź, widzę to wyraźnie. To one goszczą przy swoim stole głodnych i potrzebujących – mówi Andrea. – Nie chcemy, żeby to miejsce było anonimowe. Zależy mi, żeby głodni czuli, że ich szanujemy. Pomagając innym, łatwo kogoś zranić.
Życie w trudnej dzielnicy: strzelaniny i narkotyki
– Don Andrea! – w korytarzu rozlega się kobiecy głos. – Możesz przynieść dużą mikrofalówkę?
– Już idę – odpowiada diakon.
Znowu nasze zwiedzanie pomieszczeń plebanii, która coraz mocniej kojarzy mi się z SOR-em, zostaje przerwane. Andrea funkcjonuje trochę jak lekarz na dyżurze. Szybko. Konkretnie. Nie ma czasu na zbędne zastanawianie się. Czy ktoś nadużywa pomocy? Pewnie tak, ale to nie jest ważne.
– Kiedyś ktoś zaczął dzwonić w środku nocy do drzwi. Nie będę ukrywał, bałem się – mówi proboszcz. – Widzę, że stoi tam dwóch gości, którzy zwykle handlują narkotykami po drugiej stronie ulicy. Przyciągnęli mężczyznę, który po zażyciu jakichś środków stracił przytomność. „Don Andrea, weź zrób z nim coś albo mu pomóż” – krzyknęli do mnie odbiegając. Natychmiast zadzwoniłem po karetkę. Z jakiegoś powodu chcieli uratować mu życie.

– To trudne miejsce – opowiada. – Często w dzień i w nocy słychać strzały z broni. Albo to porachunki, albo policja, a może karabinierzy kogoś ścigają.
Na terenie parafii mieszka wiele osób w areszcie domowym. Proboszcz stara się ich odwiedzać. Za każdym razem musi prosić o zgodę sędziego. – Tylko raz mi odmówił: „Don Andrea, nie dam ci pozwolenia, ten gość ma grubo za uszami”. Raz prosiłem parafian, by ktoś pomógł czuwać przy umierającej, samotnej starszej pani. Ludzie mi mówili: „Don Andrea, jak pójdę, to do mieszkania mi wejdą i zrobią okupację, boję się, że nie będę miała gdzie mieszkać”. Nie dziwię się tej pani – smutno stwierdza Andrea.
– Dzikie zajmowanie mieszkań pod nieobecność właścicieli jest tutaj plagą. Stoi za tym mafia. Trzeba zapłacić 2000 euro i wtedy sobie pójdą – dopowiada jedna z pań w kuchni.
W specjalnie wydzielonej części na parterze plebanii żyją tymczasowi mieszkańcy. Do niedawna przebywała tu kobieta z dzieckiem. Kilka zabawek leży jeszcze w korytarzu.
– Maluszek był świadkiem przemocy ojca wobec matki. Ciągle płakał, wymiotował. Udało im się znaleźć bezpieczne mieszkanie w innej części Rzymu – dodaje Andrea i zaprasza do nowej kuchni.
Duże, ponad 30-metrowe pomieszczenie. Profesjonalne wyposażenie. W sali obok jest chłodnia i lodówki. Spełnia wszystkie normy bezpieczeństwa. Czekają na dokumenty z tutejszego sanepidu, żeby kuchnia mogła zacząć działać.
Eksperyment duszpasterski
Andrea opowiada, jak 10 lat temu z żoną Laurą rozeznali na modlitwie, że Bóg chce, żeby udali się do miejsca, w którym radykalniej mogliby służyć bliźnim. Cztery lata później zadzwonił do niego biskup, mówiąc: „Andrea, rada biskupów chciałaby cię prosić, żebyś poprowadził parafię św. Stanisława”. Wspomnienie tamtej rozmowy ciągle wywołuje emocje na twarzy Andrei.

– Bóg przygotowuje wcześniej drogę – mówi. – A kiedy to powiedziałem mojej żonie, odpowiedziała mi: „Domyślałam się, że to będzie coś takiego”.
Biskupowi odpowiedział, że chce się naradzić z rodziną. Najstarszy syn Francesco miał wtedy iść na drugi rok psychologii. Simone zaczynał studia, Matteo szedł do czwartej klasy liceum, a najmłodsza Elisabetta zdawała do gimnazjum.
W 2018 r. rozeszła się wśród ludzi plotka, że parafia św. Stanisława zostanie zamknięta. Przyjedzie tu diakon i wszystko zamkną, a powstanie centrum dla obcokrajowców.
– Ja o tym nic nie wiedziałem – wspomina Andrea. – Był natomiast projekt, żeby przekształcić parafię w diakonię otwartą na pomoc człowiekowi w potrzebie. Dużo rozmawialiśmy z moim biskupem. Nie ma przecież diakonii bez liturgii, sakramentów, nie ma stołu miłosierdzia bez stołu eucharystycznego. Tego rozdzielić nie można.
W starożytnym Kościele diakonie były miejscem konkretnej pomocy materialnej potrzebującym, dzisiaj można by to określić mianem grupy wsparcia. Zbierano datki na biednych. Katechumenów przygotowywano do chrztu. W początkach średniowiecza księża stawali się coraz ważniejsi, a wspólnoty parafialne zaczęły przybierać formę zbliżoną do znanej nam dzisiaj.
– Raz przyszedł do mnie porozmawiać mężczyzna w sile wieku. Jego życie było pełne wydarzeń, także złych. Na koniec poszliśmy do kościoła. Mówię mu: „Wybierz teraz, czy chcesz żyć dla twojej przyszłości, czy dla tego, co się działo kiedyś”. Pomodliliśmy się. Powoli jego życie się zmieniało. Ma pracę, nie popełnia już przestępstw. Myślę, że znaczenie i sens diakonii tkwi w takich sytuacjach, w towarzyszeniu ludziom – mówi Andrea.
Trzy rodzaje duszpasterzy
Parafia Andrei jest rzymskim eksperymentem duszpasterskim. Prawo kanoniczne przewiduje, że parafia może być powierzona diakonowi, ale też wspólnocie świeckich pod nadzorem kapłana.
Po przyjeździe do parafii Andrea zaczął odwiedzać mieszkańców, rozmawiać z nimi. W ten sposób się poznawali. Jedną z pierwszych decyzji nowego proboszcza była codzienna adoracja eucharystyczna. Potem nastał czas covidu. Dużo się zmieniło w parafii. Na dobre. Ruszyła pomoc dla głodnych. Najpierw objęła 30 osób. W ciągu tygodnia – 140.
– Wtedy eksplodował wręcz wolontariat – mówi Andrea. – Każdy, kto miał zaświadczenie, że jest wolontariuszem, mógł się swobodnie poruszać. Kiedy skończyła się pandemia, ludzie dalej przychodzili, żeby przygotowywać jedzenie dla potrzebujących. Jak mnie ktoś pyta, czy mamy w parafii Caritas, odpowiadam: mamy grupę miłości, żeby ludzie mogli odczuć miłość bliźniego, miłość Boga.
Co Andrea myśli o kryzysie w Kościele? – Kiedyś pracowałem w firmie, która miała ok. 200 ha pastwisk. Widziałem, jak pasterze wyprowadzali codziennie owce. Niektórzy z nich szli ze zwierzętami. Inni siadali w cieniu drzewa i wyjmowali telefony, owce ich nie interesowały. Była też i trzecia grupa pasterzy. Do dużych butelek plastikowych po wodzie wrzucali kamyki, potrząsali nimi, robiąc przy tym dużo hałasu, i wrzucali między owce. Zwierzęta bardzo się tego bały. Myślę, że dzisiaj księża postępują jak te trzy grupy pasterzy. Niektórzy podążają z ludźmi, inni mają swoje sprawy, a są też tacy, którzy przede wszystkim straszą. I to jest smutne – mówi diakon. – Miłość do innych nie jest wygodna. Myślisz, że już wszystko opanowałeś, a Bóg pokazuje coś nowego, na co nie jesteś gotowy.

Plebania jako dom
W liście misyjnym od ówczesnego wikariusza diecezji rzymskiej kard. Angelo De Donatisa jest napisane, że diakon Andrea ma trwać w jedności z proboszczami z okolic, nigdzie się nie śpieszyć, a jego priorytetem ma być słuchanie ludzi.
Niedzielny poranek. Przyjeżdżam na 8.30. Andrea wita mnie w bramie. Powoli kościół zaczyna się napełniać. Jeden z posługujących tu księży, Plinio Poncina, już na emeryturze, spowiada. Pytam proboszcza, jak ta obecna misja oddziaływa na jego rodzinę.
– Zaraz po ślubie w 1996 r. pojechaliśmy z Laurą na misję do Togo w Afryce. Ze względów zdrowotnych musieliśmy jednak wrócić do Włoch. W 2003 r. zaczęliśmy razem przygotowywać się do mojego diakonatu. Trochę tego, czym jest misja, doświadczyliśmy. Chodziliśmy na wspólne modlitwy z misjonarzami, na posiłki. Pan Bóg nas trochę do obecnej misji przygotował. Jeden z młodszych synów bardzo się ucieszył, ponieważ zaraz przy plebanii jest boisko do piłki nożnej, w salkach są stoły bilardowe, piłkarzyki. Od razu krzyknął: „Tato, będzie super!”. Natomiast najstarszy syn powiedział, że nie o takim życiu myślał.
Mówi o domu: – Starałem się zawsze zachować intymność naszej rodziny. Kiedy zapytano mnie, czy na plebanii mógłby zamieszkać ksiądz, odpowiedziałem, że nie. Mam żonę, czwórkę dzieci. Moja żona musi czuć się swobodnie, jeśli będzie chciała chodzić w koszuli nocnej po korytarzu, mam dorastającą córkę. Jak moglibyśmy swobodnie rozmawiać o sprawach, które dotyczą tylko nas?
Czy ich dzieciom ciążył fakt, że mieszkają na plebanii przy kościele?
– Najmłodsza córka przez cały okres gimnazjum nie mówiła nikomu, gdzie mieszka. W liceum to się zmieniło. W sąsiedniej parafii u salezjanów przygotowuje się do bycia animatorką oratorium.
Żona Laura dopowiada: – Najstarszy syn nie miał chęci przyjechać tu z nami. Bał się, że zostanie całkiem zaangażowany w parafię. Powiedzieliśmy mu, że jest dorosły i ma swoje życie. Największym obciążeniem dla pozostałych było zerwanie kontaktów z kolegami. Mieszkamy teraz z drugiej strony miasta.
– Wcześniej mieszkaliśmy w dzielnicy Portuense, w zachodniej części Rzymu. Mamy tam zresztą mieszkanie, więc gdyby moja misja tutaj się skończyła, mamy gdzie wracać z rodziną – mówi Andrea.
Posługa diakońska
Dzielnica słynie z handlu narkotykami. Wszystkie sklepy są pozamykane. Działa tylko jeden bar. Andrea żartuje, że przypomina to trochę Dziki Zachód. Mówi, że chciałby, aby ich kościół stał się „górą Tabor” w dzielnicy. Żeby wchodząc tu, można było odetchnąć innym powietrzem. – Za ołtarzem mamy płaskorzeźbę zrobioną przez młodzież z liceum artystycznego, która przedstawia anastasis, czyli scenę zejścia Jezusa do otchłani. Jezus nie boi się śmierci. Bierze Adama i Ewę za ręce i pociąga ich ku sobie. To się odnosi do wszystkich, którym coś nie wyszło w życiu. Mamy w parafii uzależnionych od narkotyków, od psychotropów. Nawet trzynastoletnie dzieci. Jezus nie boi się pobrudzić sobie rąk. My powinniśmy być do Niego podobni w takim działaniu, bo jesteśmy Jego rękoma. To nie jest nowe doświadczenie w Kościele.
Diakon był zapraszany przez różne diecezje we Włoszech i za granicą, by opowiedział o swoim doświadczeniu. Do wspólnoty rzymskiej ma trochę żalu. – Jest nas 150 stałych diakonów w Rzymie. Nigdy nikt z naszej diakońskiej wspólnoty nie powiedział mi: „Andrea, przyjdź i opowiedz nam, co robisz u siebie w parafii”. To decyzja jednego z biskupów, który opiekuje się diakonami u nas – dopowiada.
Andrea uważa, że przyszłość wspólnot parafialnych będzie polegała na coraz większej współodpowiedzialności. – Parafia to nie jest dom proboszcza, ale właśnie parafian. A wśród nich są ludzie, którzy znają się na ekonomii, finansach. Jeśli ksiądz musi się zająć całą biurokracją, nie będzie miał czasu na bycie z Bogiem. Ja wstaję o 4.10, żeby mieć czas na godzinę przebywania z Bogiem. Jest cisza. Nikt nie przeszkadza. O 6.30 idę do metra, żeby dojechać do pracy w rzymskim wikariacie. Tak jak inni.
Pytam: – Nie brakuje ci tego, że nie możesz odprawiać mszy i spowiadać?
– Kilka tygodni temu przyszła jedna z parafianek i mówi: „Don Andrea, dzisiaj u fryzjerki rozmawiano tylko o tobie!”. „Zrobiłem coś nie tak?”, pytam. „Jedna z pań w kolejce rzuciła: »tak chciałabym się móc spowiadać u don Andrei« i wszystkie podłapały temat”. Żarty na bok. Zdarza się, że kiedy udaje się u kogoś zburzyć mur nieufności i ten ktoś rozumie, że ty w imieniu Boga go kochasz, zaczyna się otwierać, dzielić swoją historią. Raz mi się zdarzyło, że na koniec doradziłem takiej osobie, że powinna pójść się wyspowiadać. Odpowiedziała: „Nie pójdę. Wystarczy mi rozmowa z tobą”. Było mi smutno po tej odpowiedzi. Bóg na pewno przebaczył tej osobie. Bóg patrzy do wnętrza serca.
– Podczas mszy diakon wlewa wodę do kielicha z winem. Ten gest jest dla mnie bardzo ważny. Wypowiada się wtedy słowa: „Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo”. To, co boskie i ludzkie, się miesza. W kroplach wody widzę łzy osób, których wysłuchałem. Wlewam do kielicha z winem łzy tych ludzi. Woda, mieszając się z winem, znika. Krew Jezusa pochłania ludzkie cierpienie.
Otwarte drzwi budują wspólnotę
Giovanna, katechetka i wolontariuszka w parafii: – Mamy świetnego przewodnika, a właściwie dwójkę, bo Andrea i jego żona Laura są wspaniałymi ludźmi. Ksiądz jest ważny, ale często nie umie zrozumieć potrzeb życia codziennego. Nasz diakon, który ma swoją rodzinę i codziennie chodzi do pracy, rozumie moje rozterki.
Carlo, katecheta: – Zacząłem przychodzić do tej parafii dwa lata temu. Don Andrea prosił, żeby pomóc w przyjmowaniu ludzi potrzebujących, żeby czuli się jak w domu. To mnie uderzyło. Moja rodzinna parafia jest w tym sensie zamknięta. Tutaj nie ma żadnego szlabanu, za który nie wolno wejść. Tutaj nikt nie daje kanapki i nie mówi tylko: „Arrivederci, ciao!”. Jest spotkanie, rozmowa.
Kto zdjął szlaban?
– Don Andrea. W parafiach „tradycyjnych” ksiądz rzadko prosi o pomoc czy współpracę. Przychodzisz na 60 minut mszy i uciekasz. Tutaj nie zobaczysz zatrzaśniętych drzwi. Ostatnio zdarzyło mi się, że na katechezę dzieci przyszły ze swoją koleżanką, która jest muzułmanką.
W końcu udaje mi się spotkać dwójkę dzieci Andrei i Laury.
– Myśleliśmy z bratem, żeby napisać książkę „Dzieci proboszcza” – śmieje się Elisabetta.
– Dzwoni telefon. Odbieram. Słyszę: „Chciałbym rozmawiać z don Andreą”. „Tak słucham, jestem jego synem” – opowiada Matteo.
– Jak ja odpowiem przez telefon, że jestem jego córką, to z drugiej strony wyraźnie słyszę konsternację – mówi Elisabetta.
Rodzina i parafia
Po mszy pytam Laurę, żonę proboszcza: – Andrea w czasie kazania powtórzył włoskie przysłowie: między żonę a męża niech nikt nie wciska nawet palca. A przecież parafia to wiele rąk.
– Staramy się razem szukać rozwiązań i nie przenosić pracy do domu. Będę szczera: nie jest to łatwe.
Bez jej pisemnej zgody Andrea nie mógłby przyjąć święceń diakonatu. Nigdy nie pomyślała o jej wycofaniu?
– Kiedy pierwszy raz zadano mi pytanie o zgodę, odpowiedziałam, że według mnie Andrea jest urodzony do bycia diakonem. On wkłada w to całe serce. Wierzy w to, co robi. Jako rodzina staramy się go wspierać.
Czy diakonat Andrei zburzył jej plany związane ze wspólnym życiem?
– Pan Bóg nas trochę przygotowywał do tego. Zanim pojawiły się rozmowy o diakonacie, myśleliśmy, żeby powołać wspólnotę z grupą przyjaciół. W taki sposób chcieliśmy iść ku Bogu i ludziom. Zamiast tego Pan Bóg wrzucił nas w kilkutysięczną parafię i w zupełnie inną część Rzymu. Tu jest całkiem inna mentalność. To było zderzenie z nową rzeczywistością. Nie interesują mnie komentarze na ulicy czy w sklepie, że jestem żoną proboszcza. Zazwyczaj spotykam się z serdecznością ludzi. Kiedy Andrea jest w pracy, wszyscy szukają mnie. Pomagam przy gotowaniu.
Księża zazwyczaj mówią: jeśli miałbym rodzinę, nie miałbym czasu dla parafii. A im się udaje?
– Wszystko zależy od tego, czy uda ci się znaleźć równowagę. Będzie cię za dużo w parafii, rodzina to odczuje. I odwrotnie.
Codzienne mieszkanie na plebanii bywa trudne. W niedzielę rano chciałabyś zacząć dzień na spokojnie, a tu trzeba otwierać kościół.
– Czasami trochę czegoś takiego brakuje. Ciągle się coś tutaj dzieje. Sobotnie poranki są spokojne. Mamy czas dla nas. Tak to ustaliliśmy. W pozostałe dni tygodnia wszystko dzieje się szybko od samego rana. Od początku mówiliśmy ludziom: to wy jesteście wspólnotą, nas biskup może stąd zabrać, wy tu pozostaniecie.
Andrea mówi na koniec: – Jeden z proboszczów w Rzymie powiedział mi, że w naszej diecezji robi się teraz przede wszystkim dzieła miłosierdzia, a sakramenty zostały gdzieś z tyłu. Musimy ponownie nauczyć się służyć innym. Diakonat wzięty na poważnie byłby w tym pomocny. Zanim ktoś zostanie pasterzem, nauczycielem, przewodnikiem wspólnoty, powinien nauczyć się służyć. Papież Franciszek powiedział, że bliskość, współczucie i czułość są rozwiązaniem bolączek Rzymu. Nie tylko w Wiecznym Mieście.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















