Księża pracujący w slumsach to legenda sama w sobie. W 2013 r., kiedy kard. Bergoglio został papieżem i trzeba było przybliżyć jakoś, kim jest i jakim był duszpasterzem, napisano o curas villeros wiele tekstów. Delegaci Bergoglia na peryferia miasta – ten temat pasował i lewicowym, i prawicowym gazetom.
Przyjechałam do Buenos Aires w 2016 r., zatem trzy lata za późno, temat był zużyty. A może wciąż jest aktualny? Trafiam teraz na notatki z tamtej podróży i uderza mnie, jak bardzo taki Kościół wciąż zdaje się egzotyczny. Wtedy w 2016 r. czułam przesyt, dziennikarze trafiali do tych samych kilku osób. Czytałam już tyle tekstów o o. Olvierze, że mam poczucie, jakbym go znała. Podobnie o słynnym Pepe. A tymczasem nawet film fabularny „Czarny słoń” zszedł już z afisza. Curas villeros wydawali się passé.
Mimo tego nie dało się od nich uciec. Kiedy po raz pierwszy otworzyłam oczy w Buenos Aires, mój autobus właśnie mijał mural poświęcony pamięci o. Mugica. Bez żartów, może mi się przyśniło? Rzut oka na mapę wszystko wyjaśnia. Dzielnica, w której pracował ten legendarny pierwszy duszpasterz slumsów, jest przecież koło dworca autobusowego. Dwa dni później znudzona zwiedzaniem turystycznej La Boca wychodzę do portu i siadam na ławce bezmyślnie obserwując magazyny po drugiej stronie portowego kanału z lekko cuchnącą wodą. Isla Maciel, czyli to tu? Słynny slums, w którym pracuje o. Paco Olviera? Nie jeden z tych oddalonych od centrum, ale wciśnięty między turystyczny hot spot a zrewitalizowany i oddany na sklepy, apartamenty oraz biurowce salonowy port Puerto Madero. Slums – wyrzut sumienia, który nie chce się schować, tylko dumnie wypisuje na portowym brzegu: tu jesteśmy.
Siedząc tam pękam i piszę do znajomego argentyńskiego księdza: „Czy curas villeros to jeszcze w ogóle temat? Znasz kogoś takiego?”. „Ja jestem cura villero – odpisuje Sebastian. – Chcesz zobaczyć, jak to jest? Wpadnij we czwartek”.
Pijąc mate w faweli
Jadę taksówką, bo uparł się, że tak prościej i że dojazd transportem publicznym zajmie mi prawie dwie godziny. To wielkie miasto. Siadamy przed kaplicą na plastikowych krzesłach z kubkiem mate. Udaję, że nie przeszkadza mi, że kubek przechodzi z rąk do rąk. Również do rąk parafian, którzy podchodzą załatwić swoje sprawy.
Każdy przechodzień wita się, ściska i wycałowuje nas po kolei. Wielu upija z naszego kubka kilka łyków gorzkiego naparu, jedni wymieniając serdeczności, drudzy chcąc zwyczajnie pogadać, a kilku młodych chłopaków załatwić pogrzeb kolegi. – Buenos días, padre – powtórzone radośnie, wiele razy. Wieczorem, po dwunastu godzinach razem, mam wrażenie, że pocałowałam więcej policzków niż przez całe życie. Mięśnie twarzy bolą od nieustannego uśmiechu, którym kamufluję marną znajomość języka.
– Chciałbym mieć więcej czasu, żeby tak tutaj siedzieć, ale nasza parafia rośnie powiększana o kościoły pozbawione księży, tak jak ten, i mam coraz mniej czasu – wzdycha Sebastian Risso, wtedy wikary z parafii Madre del Dio w Buenos Aires, do której należy i ta kaplica w slumsie. – Tak jest najlepiej, bez dystansu, ludzie wtedy podchodzą, mówią, co u nich. Nikt z nich nie przyjedzie przecież do kancelarii. Trzeba wychodzić do nich. Idź, zadzwoń, będą wiedzieli, że jesteśmy – prosi, żebym pociągnęła parę razy za niewielki dzwon wiszący w wejściu kaplicy, która bardziej przypomina garaż.

Kaplica jak blaszak
Prosta, niewielka, stojąca w rzędzie domów, z zewnątrz wygląda jak inne budynki. Drzwi ma metalowe jak sklep. Na ołtarzu tyle Matek Boskich co narodowości w tej imigranckiej wspólnocie. A może i więcej, bo obok tej miejscowej z Lujan jest taka z Paragwaju, Boliwii, ale też nie obeszło się bez meksykańskiej z Guadalupe. Ściana za ołtarzem jest jak mapa wypisana maryjnym kultem. Tabernakulum skromne, ale Sebastian chwali się, że dorobił kluczyk, żeby jednak było solidnie. Wieczna lampka czerwonawa, ale bardziej jak z garażu. Ta kaplica to duma.
Kiedy trzy katechetki (wszystkie chyba o imieniu Maria) przekrzykują się nawzajem, opowiadając historię ich kaplicy, Sebastian nie nadąża z tłumaczeniem. Zrozumiem więc tylko, że budowali ich ojcowie, rozbudowywali bracia. Że jak trzeba było bierzmować, to dzwoniły po kard. Bergoglia i do nich przyjeżdżał. Jako katechetki prowadzą katechezę i liceum wieczorowe na dwie zmiany, poranną i popołudniową. Dwie przecznice dalej kościół i parafia matka. Ale pobliskie skrzyżowanie to niewidzialna dla mnie granica między slumsem a zwykłym osiedlem. Ci ze slumsu łatwo jej nie przekroczą, nie chodzą do tamtego kościoła. Nie, żeby ktoś ich przegonił, ale mają przecież swój własny, z ich Matkami Boskimi, budowany przez ich rodziny. Tylko jeszcze ksiądz by się przydał.
Pomoc eksksięży
Kaplica, przed którą siedzimy, ma pecha, kolejnych trzech tutejszych duszpasterzy rzuciło kapłaństwo. Choć czy kapłaństwo da się rzucić, nie jest takie jasne, przynajmniej dla Pabla, trzeciego członka naszej dzisiejszej ekipy duszpasterskiej. Jest byłym księdzem, ożenił się, ale pracuje teraz w parafialnym centrum pomocy narkomanom. Krąży po dzielnicy, wyławia w bramach i podwórkach ofiary królującego w slumsach narkotyku paco. Oprócz niego sześciu innych „byłych” ma podobną pracę w tej okolicy.
Trochę jestem zdziwiona, że ma tak dobre relacje z parafią. Coraz bardziej zaś tym, co mówi dalej: że jego parafia i koledzy księża byli na jego ślubie. Czemu nie, w końcu to jego bracia w kapłaństwie, a parafia to wspólnota, trudno, żeby ich zabrakło. W końcu „byli” regularnie spotykają się z biskupem, wspierają, on szuka pracy dla tych, którzy mają z nią kłopot. Właściwie Pablo jest oburzony moim zdziwieniem: – Wy, Europejczycy, traktujecie kapłaństwo jak rolę społeczną, my wierzymy w to, co wydarza się w sakramencie. Wciąż jestem kapłanem, tylko zmieniła mi się sytuacja w życiu – mówi zdecydowanie.
To nie będzie ostatnia uwaga na temat dziwnych „europejskich zwyczajów kościelnych”, jaką usłyszę od niego tego dnia. Ale tymczasem siadamy, sączymy mate, a Pablo co jakiś czas odchodzi i znika w jakimś podwórku.
Relikwie na ulicy
Czas wyruszyć. Dziś relikwie Don Orione wizytują parafię, a tymczasem na głównej ulicy slumsu odbywa się targ. Owoce, warzywa, boliwijskie i paragwajskie potrawy – w to wszystko wchodzimy naszym małym orszakiem: Sebastian z kropidłem z plastikowego kwiatka, Pablo z relikwiarzem, a za nimi ja z obrazkami o Don Orione. – Bon dia, bon dia, bon dia – mówi, kropiąc mijane osoby Sebastian. Przystaje, ściska, pyta, co słychać. Pablo przystaje przy straganie i wolną ręką kupuje ziemniaki, drugą obejmując relikwiarz. Myślę wtedy o Franciszkowym wychodzeniu na ulice i o pamiętnym „dobry wieczór”, które tu musiało nikogo nie zdziwić, skoro można święcić tłum mówiąc „dzień dobry”.
Slums nie wygląda jak te ze zdjęć w gazetach. Domy skromne, ale ulice dość normalne. Choć to jego druga parafia w slumsie, Sebastian nie jest jednak cura villero jak z legendy. Na ścianie w pokoju ma Teresitę (św. Tereskę z Lisieux), a nie Che Guevarę. Pytam go o te odejścia, bo sporo usłyszałam o byłych księżach ze slumsów. Tłumaczy, że może byli zbyt młodzi.
– Masz trzydzieści parę czy czterdzieści lat, wydaje ci się, że wszystko zmienisz. Rzucasz się w pracę, chcesz odmienić życie ludzi. Ale jeśli nie jesteś uważny, umknie ci moment, w którym z księdza staniesz się pracownikiem socjalnym. Nic w tym złego, ale to są inne powołania. Po dziesięciu latach, jeśli zaniedbałeś życie duchowe, budzisz się nie rozumiejąc, czemu jesteś księdzem, i z poczuciem beznadziei, że slums dalej jest slumsem. Może lepiej byłoby wysyłać nieco starszych księży, bardziej doświadczonych, których ta praca by tak nie spalała – zastanawia się głośno. – Ostatecznie, trzeba tam solidarnie z ludźmi być, czy się świat zmienia, czy nie, trwać tam, gdzie oni.
Spowiedź z przemocy
– Łatwo być księdzem w villa – stwierdza Sebastian, gdy po przejściu po targu znów siadamy z kubkiem mate pod kaplicą. Ludzie ci ufają, tak zwyczajnie, nie jak w parafiach w centrum. Ale też wiedzą, do czego jesteś im potrzebny, a do czego nie. Choćby Boliwijczycy z mojej poprzedniej parafii. Oni właściwie świetnie radzą sobie sami, urządzają w domach modlitwy, maryjne święta, czasem zapraszają, żeby odprawić wtedy mszę, ale trzeba wiedzieć, że nie o mszę im tak naprawdę chodzi, tylko o wspólne Ojcze nasz, odczytanie Ewangelii. Są dość przyzwyczajeni do braku kapłanów, ich wiara rośnie niezależnie od tego, czy jesteśmy, czy nie.
To, co nie jest łatwe w slumsie, to konfesjonał. Miejsce, w którym słyszysz, co się dzieje w domach, wyliczanki krzywd. Straszna świadomość przemocy, jakiej ludzie doświadczają, zwłaszcza kobiety, dzieci, dziewczynki. Im ciaśniej w domach, tym tego więcej. Stąd ta jego obecna parafia z jej w miarę dobrymi warunkami mieszkaniowymi nie jest taka zła. Ale poprzednia, gdzie wieloosobowe rodziny gnieździły się w niewielkich pokojach… gwałty, przemoc seksualna, fizyczna – wszystko na porządku dziennym. Tak, to jest trudna część księżowskiej posługi.
Sebastian w poprzedniej parafii poduczył się trochę języka guarani, żeby móc ewangelie czytać również w rodzimych językach parafian. – Trzeba się tego nauczyć. Najpierw proszę, żeby pokazali mi, jak się modlą. To ja jestem gościem w ich kościele.
Faktycznie, katechetki Marie są jak najbardziej u siebie. I choć cisną biskupa, by przysłał im ich własnego proboszcza, to prawda jest taka, że Kościół w ich slumsie żyje nie dzięki curas villeros, bo ci przychodzą i odchodzą, ale dzięki nim. Nie dzięki specjalnemu oddziałowi księży od slumsów, ale dzięki tym, których nikt nie pytał, czy chcą tu żyć.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















