Polskie parafie stoją dziś przed koniecznością zmian nie tylko w funkcjonowaniu administracyjnym, ale przede wszystkim w podejściu do ludzi i budowaniu z nimi relacji. Jak mówi „Tygodnikowi” ks. Radek Rakowski, proboszcz poznańskiej parafii Łacina pw. Imienia Jezus: – Trzeba przede wszystkim uwierzyć, że inny model jest możliwy, bo przecież można zrobić parafię na stu metrach i taboretach, nie trzeba od razu budowli z marmuru.
Postanowiliśmy przyjrzeć się polskiej proboszczowskiej codzienności.
Nauka w boju
Głównym problemem proboszczów okazuje się brak czasu, ten bowiem przeznaczają w dużej mierze na zadania administracyjno-gospodarcze. Ks. Mirosław Tykfer z poznańskiej parafii św. Jana Marii Vianneya mówi tak: – Jest zabytkowy cmentarz, na którym stale są remonty. Konieczne są pozwolenia, konsultacje z konserwatorem zabytków, trzeba szukać finansowania.
Według ks. Tykfera dużo czasu zajmują procedury sądu kościelnego. To głównie sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa, w których konieczne są kilkugodzinne wywiady ze świadkami. Niemało czasu zabierają też sąsiedzkie spory – komuś przeszkadzają głośniki kościelne, ktoś złamał rękę na terenie kościoła i domaga się odszkodowania.
Ks. Paweł Żarkowski, proboszcz maleńkiej parafii w Grochowalsku (diecezja włocławska), potwierdza te doświadczenia. – Najwięcej czasu zajmuje troska o gospodarowanie i zarządzanie parafią – mówi. – Kościół jest zabytkowy, do remontu konieczne jest załatwianie rozmaitych papierów, szukanie dofinansowania dla prac konserwatorskich. Potrzeby stricte duszpasterskie to coś bardzo nieregularnego. Nie mogę powiedzieć, że stale chodzę i pocieszam zgnębionych. Do chorych jeżdżę dość regularnie. Proboszcz to często taki rolnik, który oprócz pracy gospodarskiej spełnia funkcje duchowe: to mszę odprawi, ślubu udzieli, pogrzeb odprowadzi.
Do zarządzania parafią nikt proboszczów nie przygotowuje. Zresztą nie tylko do tego. Ks. Tykfer: – Nie przygotowano nas dobrze do dwóch zasadniczych ról: lidera społecznego, bo niezależnie od tego, że proboszcz jest osobą duchowną, to powinien być też liderem wspólnoty. Nie jesteśmy też dobrze przygotowywani do zarządzania. Są kursy dla proboszczów, ale to o wiele za mało. Reszty trzeba się nauczyć w boju.
Biuro on-line
Rozwiązaniem może być model, który funkcjonuje w innej poznańskiej parafii. To eksperymentalna parafia na osiedlu Łacina. Proboszczem jest wspomniany ks. Radek Rakowski. Zatrudniona tam menadżerka Dominika Iwasiuta zajmuje się pracami administracyjno-organizacyjnymi. Ks. Rakowski nazywa swoją placówkę pierwszą cyfrową parafią w Polsce. Kaplica, która zlokalizowana jest na parterze zwykłego bloku pomiędzy psim fryzjerem a dentystą, otwiera się na aplikację. Całe biuro parafii jest on-line. Praktycznie nie ma już ofiar gotówkowych.
Ks. Rakowski: – Dzięki temu, że mam osobę do zarządzania parafią, mogę się skupić wyłącznie na głoszeniu Ewangelii, na pracy duszpasterskiej. Na to poświęcam najwięcej czasu. Nie chcielibyśmy stać się taką typową parafią, w której będzie kościelny, organista, ministranci. U nas na mszy, codziennie od dwóch lat, inna osoba czyta czytanie, inna śpiewa psalm, inne przynoszą dary. Ludzie sami prowadzą nabożeństwa różańcowe czy majowe. Ja tylko spowiadam i jestem do dyspozycji w sprawach duchowych. Chciałbym, żeby nie interesowały mnie sprawy materialne, ale one jeszcze bardzo mnie obciążają.
Ks. Żarkowski z Grochowalska podpowiada też inne rozwiązanie: – Widziałem, jak funkcjonuje to w Wielkiej Brytanii i USA, gdzie kilka parafii składa się na jedną księgową, która prowadzi sprawy administracyjne.
Co Bogu, co cesarzowi
Teoretycznie łatwo rozróżnić, jaka część przychodu powinna być zagospodarowana na potrzeby parafii, a jaka idzie do kieszeni księdza. Przyjęło się, że pieniądze z tacy zasilają budżet parafii, a ofiary składane na intencje mszalne, opłaty za pogrzeby, śluby – są wynagrodzeniem księdza. W praktyce nie jest to takie proste. Ks. Tykfer zdradza: – Jeśli ktoś przynosi pieniądze na dobro kościoła, np. na remont, to wiadomo, że tego nie ruszam, to są pieniądze kościelne. Ale co zrobić, jak ktoś daje naprawdę dużą ofiarę za intencję mszalną, na przykład tysiąc złotych, co jest kwotą o wiele przekraczającą standardową sumę? Teoretycznie to są pieniądze, które mogą iść do mnie, ale ktoś je przekazuje z informacją, że to na potrzeby kościoła. Przecież nie będę dyskutował, że to moje. Więc ze względu na deklarowane cele te pieniądze czasami się mieszają. Co wtedy robić? Staram się w takiej sytuacji przyjąć przeciętną kwotę ofiary dla siebie, a resztę pieniędzy przekazuję na parafię.
W parafiach działają rady ekonomiczne, co jest obowiązkiem nałożonym na proboszczów przez prawo kanoniczne. Proboszczowie, z którymi rozmawialiśmy, zgodnie twierdzą, że są one bardzo pomocne przy zarządzaniu parafią. W latach 2021-23 w diecezji poznańskiej odbywał się synod lokalny, który określił zasady działania rad ekonomicznych. Mają one wgląd w budżety parafii, znają kwoty przychodu, mogą kontrolować wydatki.
W cyfrowej parafii Łacina nawet sami wierni inaczej podchodzą do kwestii finansów. – Nasi parafianie chcą – mówi ks. Rakowski – żebyśmy ustalili taki abonament, jak za Netflix. Oczekują, że rada ekonomiczna obliczy, ile mniej więcej każda rodzina powinna łożyć. Potrzeby są duże, nie mamy nic swojego, wszystko wynajmujemy. Czynsze są dużym obciążeniem. Rada ekonomiczna jest bardzo pomocna, zależy nam na przejrzystości ekonomicznej, a to dość rzadka sprawa w polskich parafiach. Niestety te rady w wielu miejscach to fikcja – uważa ks. Rakowski.
Poznajmy się
Księża podkreślają, że dobre zarządzanie parafią możliwe jest wyłącznie we współpracy z wiernymi. Potrzebne jest zatem budowanie relacji, przyjaźni. Konieczna jest więź oparta na współodpowiedzialności za wspólnotę. Jak ją zbudować? Recepta wydaje się dość prosta.
– Trzeba synodalności – mówi ks. Tykfer. – Ale trzeba też wychodzić do ludzi. Organizować wycieczki, zapraszać na kawę na probostwo, odwiedzać parafian. Im więcej przyjaźni, tym więcej współpracy. Synadolność może przyspieszyć te procesy.
Ks. Rakowski: – Stoję pół godziny przed mszą i każdego witam, każdego znam. Po mszy pijemy kawę, dzieci piją czekoladę, rodzice rozmawiają. Jesteśmy razem. Kaplica staje się miejscem spotkań. Jest ekspres do kawy, stół, kanapa. I ci ludzie się tam spotykają, na przykład robią sobie różańce do późnych godzin nocnych, rozmawiając ze sobą. Tak się tworzą relacje.
Kuria się czepia
Okazuje się, że czasem trudniej niż z wiernymi jest zbudować relacje z kurią biskupią. Szczególnie widoczne to jest w placówce Łacina, która swoim modelem znacząco odbiega od typowej parafii. Ks. Rakowski: – Z innymi parafiami czy urzędami komunikujemy się mailowo albo przez portale społecznościowe. Relacje z kurią? Jak poblokowałem donosicieli na Facebooku i Instagramie, to jest spokój. Średnio co dwa miesiące jestem wzywany do biskupa. I zwykle to są „skandale” typu, że teksty na naszej stronie internetowej o sakramentach pisali świeccy. Wielu to się nie mieści w głowie. Tylko że w naszej kaplicy, zrobionej w pomieszczeniu na sklep, mieliśmy w zeszłym roku 21 ślubów. To więcej niż w innych kościołach diecezji. Tak się dzieje, bo piszemy do tych ludzi ich językiem. I tłumaczę władzy kościelnej, że na tle tego, co się dzieje w Kościele, naprawdę nie trzeba się bardzo starać. Czasami wystarczy być miłym i pomocnym.
Ks. Rakowski podkreśla, że istotne jest to, iż parafia ma być dla ludzi, ma służyć wiernym, ma budować wspólnotę osób świeckich, a nie duchownych. – Oni chcą, żebym tworzył parafię dla księży. Komunikaty na Facebooku, Instagramie powinny być tak napisane, żeby biskup i księża byli zadowoleni. Odpowiadam: jak mi kiedyś zlecicie tworzenie parafii dla księży, chętnie to zrobię, ale na razie parafia jest dla świeckich.
Kuleje komunikacja
Ks. Tykfer podkreśla, że w relacjach z kurią konieczne są zmiany i poprawa dialogu. – Wielu księżom kuria kojarzy się głównie z tym, że deleguje ciągle nowe zadania do wypełnienia, domaga się pieniędzy i nasyła kontrole. Księża czują się przepracowani. Ja wiem, że słysząc to w Polsce, ktoś pomyśli: „ciekawe czym?” – ale tu naprawdę chodzi o liczbę zadań, które masz na głowie. W pewnym momencie zaczynasz je odkładać, w końcu zaczyna cię to przerastać, pojawia się groźba wypalenia, depresji. Synodalność może doprowadzić do innego modelu zarządzania z centrali. I lepszego przyjrzenia się temu, co księża rzeczywiście robią – twierdzi ks. Tykfer.
Problemy z dialogiem zauważa też ks. Rakowski: – W Kościele kuleje komunikacja. Między księżmi a biskupami i między księżmi a świeckimi. Kiedy zmienimy język, Kościół popłynie do przodu. Tylko się trzeba otworzyć na Ducha Świętego, otworzyć się w odwadze. Do tego jednak potrzebna jest zmiana myślenia samych księży.
Mówi o tym ks. Paweł Żarkowski: – Panuje narracja oparta na twierdzeniu, że świat nas prześladuje, że jesteśmy zewsząd atakowani. Mamy zewrzeć szeregi, nie dopuszczać wątpliwości. Mam nadzieję, że pod tym tkwią jakieś dysydenckie odruchy, tylko nie ujawniamy się na forum publicznym. Jak liczne są te odruchy, tego nie wiem, bo narracja oblężonej twierdzy jest dość głośno artykułowana.
Jakie dary potrzebne
Trudno stwierdzić, na ile powyższe historie są reprezentatywne dla całego środowiska. Zbierając materiały do tekstu, zwróciliśmy się z prośbą o rozmowę do blisko dwudziestu proboszczów z różnych regionów Polski. Ich reakcja była na ogół nacechowana niechęcią. Rozmawiać zgodzili się tylko ci, których działalność i profil osobowy nie są typowe dla przeciętnego proboszcza.
Ks. Mirosław Tykfer jest doktorem teologii fundamentalnej, byłym redaktorem naczelnym „Przewodnika Katolickiego”, wykładowcą na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ks. Radek Rakowski był proboszczem na Karaibach, w Trinidadzie i Tobago, w Japonii, a jeszcze jako kleryk pracował w Chicago. Ks. Paweł Żarkowski jest wykładowcą w Wyższym Seminarium Duchownym we Włocławku.
Nie jest to reprezentacja typowa dla blisko dziesięciu tysięcy proboszczów diecezjalnych pracujących w naszym kraju. Jeśli zatem mamy się modlić do Ducha Świętego o dary dla kadry zarządzającej polskimi parafiami, to chyba najbardziej potrzebny jest dar męstwa. Wraz z nim przyjdzie może i chęć do dialogu oraz umiejętność wyjścia poza ramy fabuły o oblężonej twierdzy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















