Piotr Dziubak: Jak to jest – być pierwszą teolożką we Włoszech?
Cettina Militello: Jeśli już, to pierwszą kobietą, która studiowała na kościelnym wydziale teologicznym. Byłam pierwszą studentką na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu, potocznie nazywanym Angelicum. No, może drugą, bo nieco wcześniej w Instytucie Biblijnym pojawiła się Maria Luisa Rigato, zmarła kilka lat temu biblistka. Ale ona była najpierw tylko tzw. wolną słuchaczką. Kobiety zaczęły studiować na uniwersytetach kościelnych w 1966 r., i to był owoc Soboru Watykańskiego II.
Pani miała wtedy 21 lat.
Urodziłam się w 1945 r., czyli rok po wojnie, bo u nas, na Sycylii, wojna skończyła się wcześniej, wraz z przybyciem armii amerykańskiej.
Jak to się stało, że młoda dziewczyna z Sycylii zaczęła studiować teologię w Rzymie?
Pochodzę z wierzącej rodziny, byłam katechetką, chodziłam na wykłady z teologii organizowane w naszej diecezji. Ale od samego początku problematyzowałam wiarę.
Co to znaczy?
Problemem dla mnie nie była sama wiara, tylko nadanie jej treści i znalezienie motywacji do aktu wiary. Dlatego najpierw, po szkole średniej, poszłam na filozofię. W 1968 r. zbierałam z koleżanką materiały do pracy magisterskiej, jeździłyśmy po całych Włoszech. I gdzie nie przyjechałyśmy, zastawałyśmy wydział filozofii zamknięty, bo to był czas studenckiej rewolty. Ale dzięki temu poznałam miejsca, w których wykładano teologię i postanowiłam się jej poświęcić.
Bardzo chciałam studiować w Rzymie, na prowadzonej przez jezuitów Università Gregoriana, tylko że tam warunkiem było zaliczenie wcześniej przynajmniej dwóch lat filozofii na uczelni kościelnej, a ja miałam co prawda magisterium, ale na uniwersytecie państwowym. Zapisałam się więc na Angelicum i powiedziałam władzom Gregoriany, że za rok do nich wrócę. I tak się stało. To duża uczelnia, w tamtym czasie bardzo oblegana, a były na niej tylko trzy dziewczyny, wraz ze mną. Pamiętam te wielopoziomowe sale wykładowe – i my, zawsze w pierwszym rzędzie. Nie dało się nie zauważyć naszej nieobecności. Każdy mógł nie przyjść na wykład, tylko nie my. Byłam też wykorzystywana, że tak powiem żartobliwie, przez profesorów, bo kazali mi czytać książki, którymi nie mieli czasu się zająć, i robić dla nich notatki. W taki sposób poznałam np. dzieła Romano Guardiniego.
To były cudowne lata. Dopiero co skończył się Sobór. Byliśmy w euforii. Nowa eklezjologia, reforma liturgiczna... Wszystko działo się tak szybko. Oczywiście, Paweł VI trochę ostudził nasze głowy, zostawiając dla siebie trzy najbardziej palące kwestie. Ale przyznajmy, że bez tej decyzji Sobór trwałby pewnie kolejne trzy, cztery lata.
Łatwo było potem znaleźć pracę?
Gdy kończyłam studia, otwierano Instytut Teologiczny św. Jana Ewangelisty dla zachodniej Sycylii. Zaproponowano mi posadę wykładowcy eklezjologii. To była pierwsza połowa lat 70. Pewnie wolałabym wykładać co innego, ale zgodziłam się i z czasem eklezjologia stała się moją pasją. Pracowałam, żeby się utrzymać, a wieczorami pisałam doktorat. Zajęło mi to siedem lat. Obroniłam się w 1979 roku.
Napisała Pani doktorat o roli kobiety w Kościele. Nie było z tym problemów?
Pisałam w oparciu o dzieła Jana Chryzostoma. Podczas obrony znalazłam się w krzyżowym ogniu pytań. Trwało to półtorej godziny, cios za ciosem. Broniłam się zębami i paznokciami, bo sugerowano mi, że to, co napisałam, to nie jest teologia, albo że moje podejście do tematu jest błędne. W pewnym momencie przewodniczący komisji, który zwykle nie zabiera głosu, zapytał, czy ja w ogóle wiem, co to jest teologia. Powiedziałam, czym jest dla mnie. Na tym pytaniu egzamin się skończył. Otrzymałam tytuł.
Jakie było wtedy nastawienie do świeckich i do kobiet w Kościele?
To był czas ogromnej kreatywności. Bardzo aktywnie działały rady duszpasterskie i rady kapłańskie. Świeccy byli zapraszani do prac nad planami duszpasterskimi. Biskupem Palermo był kard. Salvatore Pappalardo, który mocno promował świeckich, także kobiety. Miejscowym księżom to się oczywiście nie podobało, ale my byliśmy szczęśliwi. Czuliśmy, że mamy coś do powiedzenia. Napisałam dla kard. Pappalardo wiele dokumentów, które podpisał. Ufał mi i podzielał moje poglądy. Gdy później opublikowano zbiór jego kazań, z przyjemnością znalazłam w nich wiele moich sugestii.
Problemy pojawiły się później, w latach 80. Wprawdzie wciąż proszono świeckich o opinię, ale było wiadomo, że decyzje i tak podejmie biskup. Krok po kroku zaczęły znikać rady duszpasterskie. Biskupi stali się biurokratyczni i rygorystyczni.
Myślę, że synodalność daje nam ponownie impuls do działania.
Dziś kobiety zostają prefektkami w kurii rzymskiej, uczestniczą w synodzie.
Zacznijmy od tego, że to jednak jest nieporozumienie. Papież i jego współpracownicy uznali, że wystarczy zrobić kobietę prefektką dykasterii, zwłaszcza takiej, w której nie musi tej funkcji sprawować biskup – i po problemie. A przecież pozycja świeckiego w Kościele, czy to mężczyzny, czy kobiety, zawsze będzie słabsza niż prezbitera czy biskupa. Dopóki Watykan nie rozwiąże problemu święceń kobiet, jakakolwiek zaproponowana im władza będzie fragmentaryczna, bo wobec biskupa czy papieża ich głos i tak nie będzie się liczył, choćby nie wiem jak wysokie stanowiska zajmowały. Jeśli naprawdę chcemy, żeby w Kościele zaistniał parytet, musimy zrozumieć, że Duch Święty nie odmawia swoich darów ani mężczyznom, ani kobietom. Wie pan, skąd pochodzą te słowa?
Nie.
Z formularza święceń diakonatu kobiet. Biskup odmawiał nad diakonisą taką modlitwę: „Święty i Wszechmogący Boże, przez narodziny Twojego Jedynego Syna, naszego Boga, z Dziewicy według ciała, uświęciłeś płeć żeńską. Udzielaj nie tylko mężczyznom, ale także kobietom łaski zstąpienia Ducha Świętego. Modlimy się do Ciebie, Boże, weź pod uwagę tę Twoją wierną służebnicę i poświęć ją dla Twojego diakonatu, obdarz bogatym i obfitym darem Twojego Ducha. Zachowaj ją, aby zawsze wypełniała Twoją posługę z pełną wiarą i nienagannym postępowaniem, zgodnie z Twoją wolą”.
Po tych słowach biskup zakładał kandydatce stułę i podawał kielich.
Nie wiedziałem, że jest taki formularz.
Oczywiście, że jest. Można go znaleźć w watykańskim archiwum, w greckim Kodeksie Barberiniego, pod numerem 336. Zachował się w wersji spisanej przez kopistów w XIV w., choć samych święceń już wtedy nie praktykowano. Diakonisy święcono do wieku VIII.
To formularz bizantyjski?
Tak. Zachód w zasadzie nigdy diakonis nie pokochał, był bardziej mizoginistyczny niż Wschód. Zresztą w Kościele wschodnim rola diakonis też zaczęła maleć, gdy rozpowszechniły się chrzty dzieci. Bo jednym z ważniejszych zadań diakonis było namaszczanie ciała kobiety olejem na koniec obrzędu chrzcielnego. Opiekowały się też chorymi kobietami, pomagały biednym i potrzebującym. Robiły dokładnie to samo, co diakoni mężczyźni. Diakonisa Olimpia współpracowała z Janem Chryzostomem, patriarchą Konstantynopola. Pomagała mu w wyborze kandydatów na biskupów. Była w środku polityki eklezjalnej.
Jan Paweł II uznał jednak ex cathedra, że sprawa święceń kobiet jest zamknięta.
Żeby można było mówić o nauczaniu ex cathedra, muszą zostać spełnione określone warunki, np. konieczne są konsultacje ze wszystkimi biskupami świata. Papież musi też wyraźnie stwierdzić, że naucza ex cathedra. Jan Paweł II zagrał nie fair, bo użył formuły „na podstawie danej mi władzy”, a procedury, o której wspomniałam, nie przeprowadził. Nie ma zatem żadnego orzeczenia ex cathedra w kwestii święceń kobiet. Każdy, kto zajmuje się teologią zawodowo, dobrze o tym wie.
Można jednak usłyszeć, że Pan Jezus wybrał na apostołów samych mężczyzn.
To też nieprawda. Apostoł to termin teologiczny, wymyślony przez ewangelistę Łukasza. A w bliskim kręgu Jezusa byli i mężczyźni, i kobiety. Były Marta i Maria, dwie siostry. Były kobiety u stóp krzyża. Była Samarytanka, która „pozostawiła swój dzban z wodą i pobiegła, aby to oznajmić”… I najważniejsza z nich – Maria Magdalena. Tyle że później, gdy trzeba było się uwiarygodnić przed tymi, którzy wyznają jedynie słuszne myślenie, przeważyła opcja męska. Dostosowano się do powszechnego zwyczaju. Kobiety uważano za niezdolne do rozumienia i pragnienia. Nie posiadały osobowości prawnej. Nie były wiarygodne – nie mogły składać przysięgi, być świadkiem. To wszystko zawarte jest w terminie „ratio servitutis”, którym uzasadniano zakaz wyświęcania na kapłanów kobiet, niewolników, dzieci czy osób z demencją. Uważano, że istnieje ontologiczna różnica między mężczyzną a kobietą. Dzisiaj mówienie czegoś takiego wywołuje śmiech, choć przecież ciągle taki tok myślenia powielamy. Mówi się, że kobieta została stworzona na podobieństwo Boga, ale jako człowiek, nie jako kobieta. Że ten obraz i podobieństwo odnoszą się do jej człowieczeństwa, a nie płci.
Przeciwnicy święceń kobiet przekonują, że Kościół protestancki, który na to pozwolił, przeżywa kryzys.
Bo problemem nie jest misja kobiet, które posługują jako pastorki, ale sama posługa. Wciąż traktujemy posługę kapłańską jako element struktury władzy, widzimy jej świętą wszechmoc. Dopóki posługa nie zacznie być traktowana jako służba, dopóty będziemy mieć kryzys.
Jak to zrobić?
Po pierwsze, pozamykać wszystkie seminaria, bo to wylęgarnie klerykalizmu. Młodym seminarzystom od początku pierze się mózgi, że są inni, wybrani, ważniejsi od świeckich, bo poświęcają swoje życie dla Chrystusa i bliźnich. Że istnieje ontologiczna różnica pomiędzy nimi, wyświęconymi, a pozostałymi wiernymi. Wykładałam eklezjologię, więc to wiem. Choć starałam się zawsze uczyć w oparciu o dokumenty Soboru Watykańskiego II.
W październiku byłam na kanonizacji Eleny Guerry na placu św. Piotra. Stał przede mną protonotariusz apostolski, który wyglądał jak Pulcinella [jedna z charakterystycznych postaci włoskiej komedii dell’arte – przyp. red.]. Ubrany w purpurową sutannę, na głowie miał biret z czerwonym pomponem. Pomyślałam: kogo reprezentuje człowiek, który się tak ubiera? Pominę fakt, że cały ten ubiór kosztuje prawie 20 tys. euro.
Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, przedstawiając nową świętą, powiedział, że papież Leon XIII zachęcił ją do pobożności do Ducha Świętego. A było zupełnie odwrotnie – to Elena Guerra przekonała Leona XIII, by zainicjował nowennę do Ducha Świętego i napisał encyklikę. Takie fałszowanie historii – no bo przecież kobieta nie mogła wpływać na papieża – pokazuje mentalność, jaka ciągle panuje w Kościele.
Pontyfikat Franciszka niczego nie zmienił?
Papież Franciszek ma tę zasługę, że pozwolił odkryć Kościołowi synodalność. Choć według mnie nie rozróżnił wystarczająco dwóch rzeczy: instytucji synodu biskupów i synodalności rozumianej jako styl działania Kościoła. Rozszerzył pojęcie synodu biskupów, pozwolił na uczestnictwo ojców i matek synodalnych, ale opinia synodu jest wciąż tylko doradcza. Decyzje podejmuje papież.
Synodalność to bardzo poważna sprawa. Powinna poprowadzić lud Boży do dyskusji o prawdziwych problemach. Nie przekonuje mnie więc odesłanie dziesięciu najważniejszych tematów do komisji. Taki los spotkał także kwestię święceń kobiet. Kościół zamiast dzielić się proroctwem, że w Jezusie Chrystusie nie ma kobiet ani mężczyzn, niewolników i ludzi wolnych, Greków ani Żydów, traci czas na głupoty.
Może dlatego ludzie coraz bardziej zniechęcają się do Kościoła. Coraz mniej wiernych uczestniczy we mszy. Mało kto słucha, co mówi papież.
W czasie covidu ludzie odkryli mszę w telewizji, myślą, że to im teraz wystarczy. Może więc trzeba zadbać o Kościół w domach?
Co to znaczy?
Wszyscy ochrzczeni są Kościołem. Możemy własnymi siłami, bez czekania na nie wiadomo jakie błogosławieństwa czy pozwolenia, tworzyć wspólnoty modlitwy, czytania Słowa Bożego, katechizowania – nie szkolnego, ale domowego, w sposób odpowiedni dla dzieci czy dorosłych.
To może odmienić chrześcijaństwo. Wystarczy, by spotkało się razem kilka rodzin. Takie domowe Kościoły mogą uczestniczyć we wspólnej eucharystii niedzielnej w parafii. A w dni powszednie, gdy w świątyniach pojawia się raptem pięć osób, księża powinni odprawiać msze w Kościołach domowych, gdzie zamiast ołtarza jest zwykły stół, przy którym gromadzi się rodzina. Jak w starożytnych wspólnotach.
Można odprawiać mszę w mieszkaniach?
A kto tego zabrania? Ciągle mam nadzieję na takie zmiany, bo przecież Duch Święty nie opuszcza Kościoła. Ale chciałabym zobaczyć jakiś ich mały znak, zanim pójdę do niebieskiego Jeruzalem.
Rozmawiał Piotr Dziubak

Prof. Cettina Militello – ur. w 1945 r., teolożka, wykładowczyni eklezjologii, mariologii, eschatologii i liturgiki na wydziałach teologicznych w Palermo i w Rzymie. Przedmiotem jej zainteresowań naukowych były też ekumenizm, teologia laikatu i kobiet.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















