Na spotkanie z Frayem Tormentą (Ojcem Burzą) jadę do Ecatepec de Morelos, jednego z najbiedniejszych i najniebezpieczniejszych miast, które zlewa się z miastem Meksyk. Po wyjściu z metra kieruję się do położonego tuż obok centrum handlowego. Mijam opuszczone lokale i bar z głośną muzyką. Wjeżdżam ruchomymi schodami na drugie piętro, po czym wchodzę do dużej sali sportowej, gdzie organizowane są walki zamaskowanych zapaśników: luchadorów. Przy wejściu powieszono plakat, na którym widać Fraya Tormentę w charakterystycznej żółto-czerwonej masce, w szacie liturgicznej i z hostią w dłoni.

Historię ks. Sergia Gutiérreza Beníteza, który zaczął walczyć w lucha libre (meksykańska odmiana wrestlingu), żeby zebrać pieniądze na prywatny dom dziecka, opowiedzieli autorzy amerykańskiej komedii „Nacho Libre” z aktorem Jackiem Blackiem w roli głównej. Niewiele osób w Meksyku pamięta, że tę historię zainspirowały prawdziwe wydarzenia, a w ciągu wielu lat „Dom szczeniąt Fray Tormenta” opuściło ponad dwa tysiące dzieci.
Sergio Gutiérrez dzisiaj ma 79 lat i niedawno stracił wzrok. Siedzi na wózku inwalidzkim pośrodku sali w otoczeniu fanów, którzy podchodzą do niego i proszą o autograf lub o wspólne zdjęcie. Wieczorem ma odbyć się charytatywna walka zorganizowana przez luchadorów, z której pieniądze zostaną przeznaczone na leczenie jego wzroku.
Po chwili jeden z mężczyzn w koszulce z napisem „Fray Tormenta” odprowadza wózek z księdzem w głąb sali, żebyśmy mogli na spokojnie porozmawiać. – Czy jesteś jego opiekunem? – pytam. – Nie, księdzem opiekuje się jeden z jego „szczeniąt”, tak nazywa swoich wychowanków – mówi Enrique Guevara. – Fraya Tormentę poznaliśmy z żoną i synem kilka lat temu na inauguracji szkoły dla zawodników lucha libre, z tej okazji odprawiał mszę świętą. Słyszałem już o nim w młodości, a potem dowiedziałem się, że jest księdzem. Zaprzyjaźniliśmy się i teraz staramy się z żoną mu pomagać. Robimy dla księdza zakupy, zabieramy go do lekarza. Dzisiaj jestem tutaj, żeby być jego oczami.
El Indio
– Urodziłem się w 1945 r. na małej farmie w stanie Hidalgo, miałem 18 sióstr i braci – opowiada Fray Tormenta. – Kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice przeprowadzili się do Xalostac, a potem do miasta Meksyk. Zamieszkaliśmy w dzielnicy Tres Estrellas, gdzie było niebezpiecznie. Stałem się częścią miejscowej bandy, należało do niej z 90 chłopaków. Nosiliśmy skórzane kurtki i łańcuchy motocyklowe. Nazywali mnie Indianinem. Musiałem być częścią tej grupy, w tym świecie nie miałem innego wyjścia.
Miałem 11 lub 12 lat, gdy wszedłem w świat alkoholu i narkotyków. Żeby móc kupić towar, kradłem, co mogłem, z domu. Ponieważ umiałem się bić, szybko zostałem jednym z przywódców gangu dowodzonego przez Apache. On był dużo starszy ode mnie. Miał wtedy z 30 lat. Kiedy jednak zabito jednego z moich kolegów, coś we mnie pękło i postanowiłem zmienić moje życie. Odszedłem z gangu, zostawiłem pracę w barze, gdzie dorabiałem, i zacząłem pomagać komikom Viruta y Capulina w cyrku.
Najciężej było mi zostawić nałóg. Któregoś dnia wszedłem do kościoła i miałem wrażenie, że to ja odprawiam mszę. Myślałem, że to zwidy spowodowane zażywaniem narkotyków. Poszedłem do konfesjonału i poprosiłem księdza, żeby mi pomógł, bo jestem uzależniony. Odpowiedział, że to nie jest centrum rehabilitacyjne, i kazał mi opuścić kościół. Wtedy pomyślałem, że gdyby był księdzem, który służy Kościołowi, to wielu z nas by się zmieniło.
Po jakimś czasie poszedłem po pomoc do jednego zakonnika, José Gila, i on zabrał mnie do ośrodka dla osób uzależnionych. Tam mnie związali, zacząłem oblewać się zimnym potem i miałem wrażenie, że żarówka zamienia się w potwora. Prosiłem lekarza o odrobinę marihuany, ale nie reagował. Po trzech dniach lekarz powiedział mi, że mój organizm został odtruty, ale ode mnie zależy, czy zostanę uzdrowiony.
Z pomocą ojca Gila poszedłem do zakonu mercedariuszy, ale miałem problemy, żeby się w nim odnaleźć. Potem ojciec Gil pomógł mi wstąpić do zakonu pijarów. Przedstawił mnie im w samych superlatywach, a ja słysząc, co o mnie mówi, dziwiłem się, że w jego oczach mam tyle zalet.
Mój tata nie był zachwycony tą decyzją, bo sam pracował fizycznie, niewiele zarabiał i widział, że przestanę przynosić do domu pieniądze. Ale mama cieszyła się, bo bała się, że już nic ze mnie nie będzie.
Pod koniec nowicjatu mistrz poprosił mnie, żebym opowiedział mu całe swoje życie i przysiągł na Biblię, że mówię prawdę. Miałem wrażenie, że zaraz wyda się kłamstwo, zakonnicy dowiedzą się, kim naprawdę jestem, i nie zaakceptują mojej przeszłości. Postanowiłem spakować swoje rzeczy i stamtąd uciec. W ostatniej chwili przełożony zatrzymał mnie pytając, dlaczego nie zgodziłem się zrobić tego, o co mnie prosił. Odpowiedziałem, że nie jestem tym, za kogo mnie uważa. Usłyszałem, że on doskonale zna szczegóły mojego życia i nie mam czego się wstydzić. „Kościół potrzebuje takich ludzi jak ty” – dodał.
Ojcowie wysłali mnie do Navarry w Hiszpanii, żebym studiował filozofię. Potem uczyłem się teologii w Rzymie, a po powrocie do Meksyku poszedłem na Uniwersytet Papieski i do Seminarium Palafoxiano w Puebli.
Jako diakon zostałem wysłany do Veracruz, gdzie zacząłem pomagać uzależnionej młodzieży. Początki nie były łatwe, bo musiałem zasłużyć na ich szacunek. Ale ponieważ sam byłem narkomanem, to mówiłem do nich tym samym językiem. Pierwsi, których spotkałem, chcieli się ze mną bić. Powiedzieli, że jeśli ich pokonam, to będą za mną. Zastanawiałem się, co o mnie będą mówić wierni, gdy dojdzie do bójki? Ale wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to nie będę mógł im pomóc. Umiałem się tłuc na ulicy, więc stanąłem do walki i wygrałem. „Kto następny?” – zapytałem.
Tak zacząłem pomagać prostytutkom, przestępcom, narkomanom. Zapraszałem ich do kościoła, żeby grali na jakimś instrumencie w orkiestrze. Przychodzili i cały czas ćpali, ale niektórzy się zmieniali.
Córka luchadora
Do Fraya Tormenty podchodzi przywitać się luchador, który będzie dzisiaj występować na ringu. Przedstawia mu swoją żonę, farbowaną blondynkę w mini o śniadej twarzy, która jest też jego promotorką. „Mój tata też był luchadorem, nazywa się Mario Hernandez” – mówi. „Walczyłem z twoim ojcem 40 lat temu – odpowiada kobiecie. – Zapraszałem go do domu dziecka na lucha libre, pomagał mi zebrać pieniądze na dzieci”.
Szczenięta Ojca Burzy
– Nie chciałem przyjąć święceń, ale zmusiła mnie do tego konieczność – kontynuuje opowieść Fray Tormenta. – Niektórzy z moich podopiecznych chcieli się wyspowiadać, a ja nie mogłem tego zrobić. Bardzo mnie to bolało. W końcu zostałem wyświęcony 26 maja 1973 r., nie w katedrze, jak mi sugerowano, a wśród osób, którym pomagałem, w parafii Świętej Rodziny.
Któregoś dnia w atrium kościoła znalazłem bezdomnego chłopca. Pomogłem mu i parę dni później przyszło kilku innych nastolatków. Mieszkali potajemnie w moim biurze. Szybko zostali odkryci przez jednego z ojców, który powiedział mi, że kościół nie jest domem ani sierocińcem. Kiedy zostałem przeniesiony do Puebli, sieroty mnie odnalazły. Chłopcy byli źli, że ich porzuciłem.
Zacząłem szukać pomocy poza zgromadzeniem, bo pijarzy nie chcieli, żebym prowadził ośrodek dla dzieci. Udałem się do miasta Meksyk, aby poprosić biskupa o pozwolenie na założenie domu dziecka w jego diecezji. Biskup zezwolił na to, ale zaznaczył, że nie będzie pomagać mi finansowo.
Kiedy byłem wikariuszem, a potem proboszczem w kościołach w Texcoco, liczba dzieci szybko rosła. Najpierw było ich czternaścioro, potem rząd zaczął wysyłać kolejne, aż w pewnym momencie miałem 250 dzieci pod opieką. Ale brakowało nam pieniędzy, bo na rząd nie można było liczyć – urzędnicy uważali, że skoro jestem księdzem, to mam pieniądze.
Pewnej nocy nie mogłem zasnąć i zacząłem oglądać film w telewizji „Pan Burza” o luchadorze. Pomyślałem wtedy, że lucha libre może pomóc rozwiązać nasze problemy finansowe. Powalczę z rok, zarobię milion dolarów i zbuduję dom dziecka z prawdziwego zdarzenia.
Udałem się do najlepszych zawodników lucha libre, ale nie chcieli mnie uczyć walki. W końcu trafiłem na José Ramireza, który występował na małych ringach. Odtąd wstawałem o godzinie czwartej rano i szedłem na trening, a potem do kościoła odprawić mszę świętą. Po trzech miesiącach chciałem się poddać, bo byłem cały obolały od upadków, ale wiedziałem, że muszę być wytrwały.
Wybrałem dla siebie pseudonim Fray Tormenta. Jeden rzemieślnik pomógł mi zaprojektować maskę w dwóch kolorach. Żółty był symbolem żywotności, którą powinienem mieć na ringu, a czerwony symbolem krwi, którą będę musiał przelać za dzieci z domu dziecka. Dostałem też rajtuzy i odpowiednie buty. W dniu pierwszej walki zapomniałem zapytać, ile mi zapłacą. Po występie dostałem 200 pesos, czyli jakieś 14 dolarów. Zdałem sobie sprawę, że milion to mrzonki.
Przez lata walczyłem jako Fray Tormenta, ale moi koledzy z ringu nie wiedzieli, że jestem po święceniach kapłańskich. Któregoś dnia Huracán Ramírez, jeden z kolegów, zapytał, czy możemy walczyć o piętnastej, a ja odpowiedziałem, że nie dam rady, bo godzinę wcześniej udzielam ślubu. Tego dnia, gdy państwo młodzi weszli do kościoła, zobaczyłem go wśród gości. Puścił do mnie oczko i uśmiechnął się.
W świecie sportu rozeszła się plotka, że jestem księdzem. Zaczęli szukać mnie promotorzy, a na walki z ważnymi luchadorami przychodziło mnóstwo ludzi. Lucha libre to zapasy, ale też wyreżyserowane przedstawienie. W zależności od osobowości zawodnikowi przypisuje się rolę luchadora tecnico, który postępuje zawsze w zgodzie z zasadami, lub rudo – zawsze używa podstępu, żeby wygrać. Może kopnąć przeciwnika w przyrodzenie, próbować zerwać maskę...
W czasie jednej walki mój przeciwnik zapytał, czy naprawdę jestem księdzem. Odpowiedziałem, że tak. „Jeśli ty jesteś księdzem, to ja jestem biskupem” – odpowiedział i zaczął mnie okładać. Pewnie ludzie chcieli zobaczyć, jak biją księdza.
Pewnego dnia biskup wezwał mnie na rozmowę i zapytał, czy wiem, kim jest ksiądz, który walczy w lucha libre. Powiedziałem, że ja nim jestem. „To nie jest zgodne z nauczaniem Pisma Świętego” – usłyszałem. Odpowiedziałem, że w Biblii mówią tylko, że jeśli ktoś mnie uderzy w prawy policzek, to mam nadstawić drugi i nic więcej. Jednak stwierdził, że nie powinienem już walczyć. „Dobrze, posłucham, ale w przyszłym miesiącu przyjdę po pieniądze na dom dziecka, które zarabiam jako luchador”. „Nie, aż tak to nie. Trzymaj się”.
Jak się okazało, usłyszał o mnie nawet Jan Paweł II. W czasie swojej drugiej pielgrzymki do Meksyku poszedłem do zakrystii w bazylice, żeby się z nim przywitać. „Jestem Fray Tormenta” – przedstawiłem się po włosku. „Luchador” – odpowiedział. Położył rękę na mojej głowie mówiąc, że chciałby, żeby było wielu Ojców Tormenta. Odpowiedziałem, że to byłby koniec Kościoła. Zaczął się śmiać.
Tato
Obok ringu ustawiono stoisko z gadżetami, gdzie można znaleźć koszulki, breloczki, maskotki czy czapeczki z daszkiem z podobizną Fraya Tormenty. Sprzedawczyni jest żoną jednego z wychowanków domu dziecka. „Pomagam teściowi, żeby miał pieniądze na lekarza i na życie” – mówi. Do stolika podchodzi Rafael Estrada ze Światowego Związku Lucha Libre i kupuje złotą maskę Fraya Tormenty za dwa tysiące pesos (400 złotych).
– Przyszedłem tutaj, żeby wesprzeć finansowo Fraya Tormentę – mówi. – Poznałem go, gdy był już znany i odprawiał mszę z okazji urodzin mojej chrześnicy, córki luchadora. Od tego czasu się przyjaźnimy.
Ze względu na to, co Fray Tormenta zrobił dla dzieci z ulicy, uważa, że jest chodzącą legendą i prawdziwym superbohaterem.
– Kiedyś odwiedziłem jego dom dziecka, bo byłem ciekawy, jak wygląda. Stał obok kościoła, w środku były sypialnie, duża jadalnia, siłownia i ring, na którym trenował. Czasem ze swoim kolegą Tigre Mascarado uczył też walczyć dzieci, bo chciał, żeby skupiły się na sporcie i w ten sposób mógł odwrócić ich uwagę od ulicy.
Jaki miał z nimi kontakt? – pytam.
– Kiedyś przyszedł odprawić mszę na prośbę znajomego i zabrał dwoje ze swoich „szczeniąt” do pomocy. Potem chłopcy usiedli z nami do stołu i słyszałem, jak mówili do niego „tato”. Do dzisiaj ma kontakt z tymi dziećmi.
Człowiek w złotej masce
– Dla dzieci z domu dziecka odprawiałem msze, bawiłem się z nimi, grałem w piłkę, uczyłem katechizmu – opowiada zakonnik. – Na początku nie wiedziały, że walczę jako luchador. Któregoś dnia wróciłem z ringu, zacząłem zdejmować z siebie ubranie i wtedy chłopcy odkryli prawdę. Ucieszyli się i zaczęli mówić całemu światu, że ich tata jest Frayem Tormentą. Czasem prosili, żebym też uczył ich walczyć, ale warunkiem było, że będą chodzić do szkoły.
Kiedyś jedną z walk transmitowali w telewizji. Moi podopieczni zobaczyli, jak zawodnik zdziera mi maskę z głowy. Jedno dziecko szybko pobiegło po ręcznik i zarzuciło go na ekran, żeby nie można było zobaczyć mojej twarzy, bo w tym sporcie ukrywa się tożsamość (śmieje się).
Nie wiem, jak wszystko udało mi się pogodzić. Walczyłem po południu, ale miałem msze w kościele rano. W domu dziecka spędzałem z dziećmi czas, a kiedy wyjeżdżałem na walki, obowiązki w sierocińcu przejmowała moja siostra, która mi pomagała. Czasem przychodzili też ludzie z okolicy, przynosili mleko, fasolę, gotowali i zostawali na obiad.
Byłem rozpoznawalny, niestety nie szły za tym pieniądze. Na szczęście przed lub po walce ludzie podchodzili i przekazywali rzeczy dla domu dziecka. Promotorzy zaczęli mnie zapraszać do Japonii, Stanów Zjednoczonych, Kanady. W ten sposób dowiedzieli się o mnie producenci. Francuzi przyszli z propozycją nakręcenia filmu „Człowiek w złotej masce” z Jeanem Reno. Potem w Hollywood nakręcili film „Nacho Libre” z Jackiem Blackiem. Nie do końca mi się podobają. Francuski film nie opowiada mojej historii, a amerykański też mija się z prawdą, bo główny bohater lata za zakonnicą, a ja tego w życiu nie robiłem!
Do Japonii wracałem kilkadziesiąt razy, stałem się tam idolem, zrobili nawet o mnie grę komputerową. Kiedyś pojechałem tam walczyć przeciwko Aztece, to japoński zawodnik, który uczył się lucha libre w Meksyku. Upadłem na ring, zaczął mnie bić i nagle podbiegł do mnie dwunastoletni chłopiec z płaczem i pomógł mi wstać. Tę walkę przegrałem i po powrocie do Meksyku poprosiłem Aztecę o rewanż. Wkrótce odebrałem telefon, że Azteca przyjmuje moje wyzwanie.
Na lotnisku w Tokio mój promotor poprosił mnie, żebym po odprawie celnej założył maskę, bo będzie na mnie czekać telewizja. Faktycznie, dziennikarze podeszli do mnie z kamerą mówiąc, że pewna rodzina z dziećmi chce dać mi prezent. W tym momencie podszedł do mnie jeden chłopiec, uklęknął i złapał mnie za nogi. Od razu go podniosłem z podłogi. Po chwili jego rodzice dali mi kopertę pełną pieniędzy. „To za cud, jaki uczyniłeś” – powiedzieli przez tłumacza. Nie wiedziałem, o co chodzi. Okazało się, że ich syn był moim wielkim fanem, nawet miał plakat ze mną powieszony w swoim pokoju, ale poruszał się na wózku. Kiedy walczyłem z Aztecą i zobaczył, jak on mnie bije, nagle wstał i do mnie podbiegł (płacze). Bóg z małych rzeczy robi wielkie rzeczy. Pokazałem chłopcu krzyżyk i powiedziałem, że to nie ja, lecz On to uczynił.
Fray Tormenta Junior
Przy wejściu sprawdza bilety Chris, jeden ze „szczeniąt” Fraya Tormenty. Trafił do domu dziecka księdza, kiedy miał trzynaście lat, był wtedy jednym z pięćdziesięciu wychowanków.
– Ojciec znał wszystkie nasze imiona, opowiadał żarty, dawał rady, bawił się z nami – mówi. – Zawsze szukał pieniędzy, żeby móc nam dać jeść. Pomagały nam organizacje, czasem rząd, ale bez niego nie byłoby to możliwe.
Chris na początku nie wiedział, że ksiądz jest luchadorem, ale któregoś dnia Sergio Gutiérrez zabrał go z innymi dziećmi na walkę.
– Powiedziałem tacie, że chcę się uczyć lucha libre, ale on odpowiedział, że najpierw muszę iść do szkoły. Zapłacił za moje wpisowe, a kiedy skończyłem liceum, zaczął mnie trenować.
Dzisiaj Chris ma licencjat z prawa, ale od pewnego czasu zajmuje się głównie swoim dawnym opiekunem.
– Ojciec mieszkał sam, tracił wzrok i nikt nie chciał się nim zająć – przyznaje. – Niektóre szczenięta mają z nim kontakt, ale nie pomagają. Tata nie jest z tego powodu rozczarowany, cieszy się, że dał im szansę na lepsze życie.
W podziękowaniu ksiądz pozwolił Chrisowi występować na ringu jako Fray Tormenta Junior. Za godzinę przywdzieje swój strój i wyjdzie na ring.
Maska, moja żona
– Maska to moja żona, ona się mną opiekuję. Nie dostałem emerytury kościelnej, bo usłyszałem, że nic dla Kościoła nie zrobiłem. A emerytury państwowe w Meksyku księżom nie przysługują. Mogłem jedynie przenieść się do domu dla księży, ale nie zrobiłem tego, bo tam żyłbym odizolowany od świata.
Teraz wynajmuję malutkie mieszkanie z dwoma moimi „szczeniętami”, żoną jednego z nich i dzieckiem w San Diego w Texcoco. Sprzedaję różne gadżety jako Frey Tormenta, żeby pomóc im w utrzymaniu. Próbowaliśmy otworzyć myjnię samochodową, ale nie udało nam się znaleźć klientów.
Mimo wszystko czuję się spełniony, bo z mojego domu dziecka wyszli lekarze, nauczyciele, adwokaci, informatycy, księgowi, a nawet ksiądz, który też walczy jako El Chacal. Chciałem zresztą oddać mu mój dom dziecka i pozwolić występować pod moim pseudonimem, ale nie zgodził się. Dla niego to byłby za duży obowiązek. Trochę mnie to zabolało. Bo ja już nie mogłem dalej utrzymywać sierocińca i musiałem go zamknąć.
Żyję spokojnie, bo czuję się kochany. Nikt o mnie źle nie mówi, bo ludzie widzieli, że wszystkie zarobione pieniądze oddałem dzieciom i dzisiaj nawet nie mam swojego mieszkania. Nadal jestem potrzebny. Chociaż nie widzę i nie mam swojego kościoła, to rano pojechałem do domu jednej z rodzin i ochrzciłem dwoje dzieci. W końcu księdzem jest się przez całe życie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















