Franciszek odwiedza Papuę-Nową Gwineę. Rozmawiamy z działającymi tam misjonarzami

Wojną domową na należącej do Papui wyspie Bougainville świat się nie interesował. A tam, podobnie jak za czasów junty argentyńskiej, ludzi zrzucano z helikopterów do morza.
Czyta się kilka minut
Powitanie papieża Franciszka przez wicepremiera Papui-Nowej Gwinei Johna Rosso (po prawej) na lotnisku w Port Moresby. Papua Nowa Gwinea, 6 września 2024 r. // Fot. Gregorio Borgia / AP / East News
Powitanie papieża Franciszka przez wicepremiera Papui-Nowej Gwinei Johna Rosso (po prawej) na lotnisku w Port Moresby. Papua Nowa Gwinea, 6 września 2024 r. // Fot. Gregorio Borgia / AP / East News

W ramach swojej azjatyckiej podróży papież dziś przybędzie do Papui-Nowej Gwinei. Niezależne od 1975 r. państwo wyspiarskie jest członkiem brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Na 9 mln mieszkańców 60 proc. to chrześcijanie, katolicy stanowią 25 proc. Franciszek przyleci do stolicy kraju, Port Moresby, w piątek 6 września wieczorem miejscowego czasu. W sobotę spotka się z władzami kraju i duchowieństwem. Tego samego dnia odwiedzi dzieci żyjące na ulicach, dotknięte niepełnosprawnością ruchową, głuchotą i ślepotą. Są one pod opieką Zgromadzenia Braci Szkolnych. Po niedzielnej mszy papież poleci na północ kraju do Vanimo, przy granicy z Zachodnią Papuą. Odwiedzi tam szkołę, której budowę wspierał osobiście, oraz miejsce, w którym powstanie pierwszy w Papui męski klasztor. Zamieszkają tam argentyńscy zakonnicy ze Zgromadzenia Wcielonego Słowa. W poniedziałek 9 września, po porannym spotkaniu z młodzieżą na stadionie „Sir John Guise”, Franciszek odleci do Dili w Timorze Wschodnim.

Kanibale i 800 języków

W popularnych kanałach podróżniczych często przedstawia się Nową Gwineę jako wyspę kanibali. Oczywiście, ich samych już tam nie ma, ale może się zdarzyć, że ktoś ze starszyzny wioski jako dziecko był świadkiem tamtych krwawych rytuałów. Ostatnie przypadki rytualnego kanibalizmu miały miejsce w latach 60. Jest on prawnie zakazany.

Misjonarze starali się tu dotrzeć już w połowie XIX wieku. Pierwszą mszę na Nowej Gwinei odprawili sercanie 4 lipca 1885 r. Papua to bogactwo i różnorodność natury. Ma to swoje odbicie także w kulturze i językach. Tych drugich jest na Rajskiej Wyspie ponad 800. Wraz z przybyciem australijskich osadników, pojawiła się konieczność znalezienia jakiegoś wspólnego języka. W takim kontekście powstał tok pisin – łamany angielski, najczęściej używany język w Papui.

Z mnogością języków Kościół mierzy się od początku swojej tamtejszej działalności. Do rozwoju i uporządkowania pojęć przyczyniła w latach 30. siostra Matrita Haag, werbistka. Kontrolowała pisownię tok pisin i wysyłała regularnie raporty do Uniwersytetu Oksfordzkiego. W 1937 r. uczestniczyła w pracach komisji rządowo-kościelnej, której zadaniem było przyjęcie sformułowań z Biblii, liturgii i katechezy w tok pisin. Jej śladem podążył o. Frank Mihalic, amerykański werbista (1916–2001), który jest uznawany za głównego propagatora tok pisin. Spędził on w Papui ponad 50 lat. Jest autorem pierwszego słownika angielsko-tok pisin i gramatyki.

Więcej niż misjonarze

– U nas werbistów wpisuje się trzy kraje, do których chciałoby się jechać na misje. Na pierwszym, drugim i trzecim miejscu napisałem Papua-Nowa Gwinea – mówi ze śmiechem o. Jan Czuba, misjonarz werbista, sekretarz w tamtejszym Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego i Badań. – Nasze zgromadzenie zajmuje się nie tylko głoszeniem Słowa Bożego, ale rozwojem ekonomicznym i socjalnym w krajach, w których posługujemy. Nie można mówić o Bogu, jeśli ludzie nie mają dostępu do lekarstw albo do opieki medycznej; nie mogą czytać Pisma Świętego, jeśli są w stanie permanentnego głodu.

Mówi, że już w seminarium uczono ich, iż głoszenie Słowa Bożego musi być konkretne. Cytuje błogosławieństwa z Ewangelii Mateusza: byłem spragniony, a daliście mi pić – trzeba pomóc znaleźć wodę, wykopać studnię.

– „Jako misjonarka, to co pani robi?”, zapytał mnie ktoś kiedyś – mówi Iwona Kołodziejczyk, świecka misjonarka, wicerektor ds. akademickich na Uniwersytecie Słowa Bożego w Madang Campus. – Marząc o misjach, myślałam, że będę niosła Pana Jezusa biednym, opuszczonym ludziom w buszu. A jak już przyjechałam, tak to nie wyglądało. Pan Jezus już tu sobie żyje pomiędzy ludźmi. Wyraża się inaczej, niż my Go czasami rozumiemy. To było dla mnie duże odkrycie – podkreśla.

Opowiada o historii przyjaciółki, która pracowała na misjach w Korei. Powtarzała jej, że to nie my idziemy zmieniać świat, ale tamten świat zmieni nas. – Im dłużej tu jestem, tym bardziej zauważam, że my Polacy przyjeżdżamy tu z kompleksem, że jesteśmy trochę zbawcami ludzkości. A tu na miejscu okazuje się, że nie o to chodzi.

Dodaje też, że w Nowej Zelandii na przygotowaniu dla świeckich misjonarzy mocno podkreślano, iż jadąc do Papui, przez pierwsze pół roku ma patrzeć i słuchać. Z perspektywy czasu uważa, że w tym jest duża mądrość...

– Ludzie w diecezji, w której zacząłem pracować na początku pobytu w Papui w 1997 r., zobaczyli po raz pierwszy białego człowieka w 1955 r. To byli amerykańscy kapucyni. Jeden ze starszych misjonarzy powiedział mi tak: „Nie myśl, że ty im Pana Boga przyniosłeś, nie myśl, że będziesz uczył tu o Bogu. On tu już był wcześniej, zanim myśmy tu przyjechali. Ludzie rozpoznawali Go przez różne znaki”.

W słowach biskupa Bougainville Dariusza Kałuży można wyczuć, że uwaga usłyszana od starego misjonarza utkwiła mocno w jego pamięci. – Ten misjonarz uwrażliwiał nas, żeby nie budować polskiego Kościoła, tylko Kościół papuaski. To nie jest łatwe dla młodego misjonarza. Nie wolno narzucać czegoś, co wypracowaliśmy w naszych rodzimych tradycjach. Tu w Papui doświadczyłem Kościoła, który jest żywym organizmem. W Polsce miałem obraz Kościoła, w którym raczej nic nowego się nie wydarzy.

Krew koguta

– Czy mój pobyt tutaj zmienił moje podejście do Kościoła? Zawsze czułam się częścią Kościoła, ale nie Kościoła hierarchicznego. Jestem dumna, że mogę pracować jako misjonarka – mówi Iwona i opowiada kolejną historię: – W drugim roku mojego pobytu w Papui w czasie gry w piłkę siedmiu uczniów zostało rażonych piorunem. Rannych chłopców przewieziono do szpitala. Dla mieszkańców Papui nic nie dzieje się przez przypadek. Często pojawia się podejrzenie, że ktoś zrobił sangumę, czyli rzucił urok. Dyrektorem szkoły, do której uczęszczali poszkodowani chłopcy, był zaangażowany katolik pochodzący z miasteczka. Ktoś rzucił hasło, że trzeba odczynić rzucony urok i pokropić krwią koguta miejsce wypadku. To miał być sposób na pojednanie z duchami. Dyrektor szkoły nie przystał na tę propozycję. Za uratowanie życia chłopców została odprawiona msza dziękczynna.

– Wtedy mieliśmy też tradycję spotkań misjonarzy: księży, sióstr, świeckich. Terytorialnie to nie była wielka diecezja, więc wszyscy przyjeżdżali – kontynuuje opowieść misjonarka Iwona. – Opowiedziałam wszystkim o wypadku na boisku i byłam dumna z naszego dyrektora, że nie pozwolił kropić krwią koguta. Nagle jeden z miejscowych księży powiedział: „A dlaczego nie?!”. Te słowa bardzo mnie uderzyły. Przez chwilę byłam zszokowana. Jakże to? W dzień ksiądz odprawia msze, a wieczorem chce diabłu ogarek palić? Później przyszła refleksja, że my przyjeżdżamy tutaj jako misjonarze, a w Polsce sami jesteśmy zabobonni. Ile wieków zabrało Kościołowi w Europie oczyszczenie się z pogańskich rytuałów, a Kościół w Simbu, prowincji Papui, w której to się zdarzyło, powstał dopiero w latach 60. Tymczasem oczekujemy, żeby oni tu wszyscy byli bardziej katoliccy od reszty świata.

– Moja praca polega na tym, żeby oni sami spotkali Chrystusa w swoich nowogwinejskich kulturach – podkreśla o. Jan. – My nie mamy zrobić z nich chrześcijan. Czasem słychać: „ja nawracam ludzi”. Tymczasem jesteśmy tylko narzędziami Chrystusa. Moja praca jest bardzo ograniczona.

Na czym polega postęp

– Spodziewałam się, że przy okazji odwiedzin w Papui papież kanonizuje bł. Petera To Rota, świeckiego katechistę mającego rodzinę, zamordowanego przez Japończyków w 1945 r. Wiązałam z tym duże nadzieje, ponieważ problemy z rodziną są tutaj skomplikowane – zauważa misjonarka Iwona. – Bardzo trudno jest znaleźć teraz jakąś dobrą rodzinę w „katolickim” znaczeniu. Tradycyjne było wielożeństwo. Ważny mężczyzna miał kilka żon.

Zwyczaj wielożeństwa jest kontynuowany i dzisiaj. Im ważniejszy polityk czy biznesmen, tym więcej ma żon.

– Papuasi są bardzo zdolnym narodem. Każdy z nich mówi przynajmniej 3 językami. Nie potrzebowali dużo czasu, żeby zrobić przeskok z kultury pierwotnej do XXI wieku. W Mount Hagen, to duże miasto w interiorze wyspy, będą mieć papuaskiego arcybiskupa Clementa Papę – dumnie, niczym Papuas, mówi o. Jan. – On zostaje biskupem w trzecim pokoleniu od przyjęcia chrztu. Dla mnie to dowód działania łaski Bożej i rozwoju, który tu się dokonuje. Papuasi pokonali szybko wiele barier. U nas w Polsce czy w Europie trwało to prawie 1000 lat.

17 maja br. Franciszek nominował Clementa Papę koadiutorem archidiecezji Mount Hagen. Obejmie arcybiskupstwo w styczniu 2025 r.

Na spotkanie z papieżem w Port Moresby 100-osobowa grupa wiernych wyruszyła pieszo. Po pięciu dniach marszu dotrą do stolicy. Poruszanie się po papuaskim interiorze jest bardzo trudne. Ciągle brakuje dróg. Jak można obserwować albo określać postęp, o którym wspomniał polski misjonarz? Ilością zbudowanych dróg, mostów? Ile otwarto uniwersytetów i ile osób ukończyło studia? Dostępem do opieki medycznej?

– Dla mnie największą oznaką postępu jest to, ilu mamy wykształconych, na jakich są stanowiskach i co robią – konkluduje o. Jan.

Polski werbista jest mocno zaangażowany w szkolnictwo wyższe w Papui. W uznaniu jego kompetencji został sekretarzem tamtejszego Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego i Badań. To funkcja urzędnicza, a nie polityczna. – Uważam, że trzeba papuaskich studentów jak najlepiej wykształcić, żeby umieli być krytyczni, dokonywać oceny i negocjować lepsze warunki dla siebie i dla przyszłych pokoleń. Staram się pozyskiwać środki na stypendia zagraniczne dla nich, także do Polski – mówi o. Jan.

Zależy mu także, żeby w kontekście szybko zachodzących zmian na rynku pracy studenci papuascy umieli się odnaleźć. Muszą umieć być elastyczni w odniesieniu do nowych wyzwań.

Zrzucani z helikopterów 

W latach 60. na Bougainville, jednej z wysp należących do Papui, w okolicach miejscowości Panguna powstała wielka kopalnia złota i miedzi. Po uzyskaniu niepodległości w 1975 r., 40 proc. dochodu kraju pochodziło z tej jednej kopalni. Zarządzali nią Australijczycy. Dzisiaj pozostał tylko potężny krater. Powstało też ogromne zanieczyszczenie okolicznej rzeki i ziemi.

Większość zatrudnionych nie była z Bougainville. To byli przyjezdni. Zrodziły się z tego powodu różne konflikty. W 1988 r. na tej największej papuaskiej wyspie wybuchła wojna domowa. Trwała 10 lat. Oblicza się, że zginęło ok. 20 tysięcy cywilów. Całe Bougainville miało wtedy ok. 200 tysięcy mieszkańców. O tej wojnie nie mówiono zbyt często w Europie. Przez długi czas wyspa była zupełnie odizolowana. Żadne statki tu nie przypływały. Rząd papuaski zablokował jakiekolwiek dostawy towarów. Wysłano wojska. W odpowiedzi, na Bougainville powstała partyzantka. Ludzie uciekali w góry, do buszu. Zawieszono działalność Kościoła. Część misjonarzy musiała opuścić wyspę. Po podpisaniu porozumienia pokojowego w 1998 r. uzgodniono powstanie Autonomicznego Regionu Bougainville. W referendum w 2019 r. mieszkańcy wyspy ogłosili, że chcą niepodległości.

– Podczas moich wizytacji w parafiach ludzie pokazują mi, gdzie byli więzieni – mówi bp Kałuża, który kieruje diecezją na Bougainville. – „Tu nas torturowano. Nasz ojciec przyszedł tutaj, ale do domu już nie wrócił”. Opowiadali mi, jak wojskowi wpychali ludzi do helikoptera, z którego byli wyrzucani nad oceanem. Widzę, że ból tamtych wydarzeń ciągle trwa.

Próby pojednania nie ustają. Konflikty wybuchały w klanach i w wioskach, ponieważ jedna społeczność wspierała wojska rządowe, a druga rebeliantów. Z tego powodu wybuchały też konflikty w rodzinach. –Czerwony Krzyż w dalszym ciągu pomaga nam szukać zaginionych, zdobywać informacje o miejscu pochówku – mówi ze smutkiem hierarcha. – Często mi mówią: „Możemy podać sobie ręce, zjeść wspólnie posiłek” – wspólne przebywanie ma tu bardzo duże znaczenie – „ale chcemy, żeby kości naszych braci, ojców wróciły do nas, żeby zostali pochowani”.

Synodalność już tam jest

Jako przedstawiciel Oceanii bp Dariusz Kałuża brał udział w ubiegłorocznym Synodzie w Watykanie. Wspominając rzymskie doświadczenia mówi: – Pewnie ktoś w czasie synodu pomyślał: „co ci ludzie z Papui mogą nam zaproponować?”. Mogą. Na przykład życie we wspólnocie, szacunek dla rodziny, podejście do życia. Na Bougainville i w całej Papui nie mamy sierocińców ani domów starców. Osoby potrzebujące są zaopiekowane w rodzinach.

Opuszczone dzieci to problem wielkiego miasta i poniekąd zaprzeczenie tradycji opieki wobec nieletnich przez rodzinę i klan w Papui. To problem występujący głównie w stolicy, Port Moresby. Solidarność i opieka nad słabszymi jest mocno wpisana w tradycję Papuasów, co zgodnie podkreślają misjonarze.

Misjonarka Iwona dodaje: – Kościół jest tutaj ciekawy. W różnych miejscach Papui można zobaczyć różny „katolicyzm” w zależności od tego, kto i jak długo był tam proboszczem. Tak można rozpoznać również obecność polskich księży. W jednym miejscu, w którym pracowałam, proboszczem był Holender. Wszystko było w parafii po holendersku. Potem przyszedł polski ksiądz. Zaczął wprowadzać polskie zwyczaje, np. na Wszystkich Świętych mszę na cmentarzu, procesje ze świecami. To się akurat dobrze przyjęło, bo to miejscowym odpowiadało.

Pytanie o misje, kim jest misjonarz, jest ciągle aktualne. Stereotyp misjonarza, który „nawrócił i nawraca” wielu, wcale nie jest miniony. Trzeba umieć być z ludźmi i umieć „tracić” dla nich czas.

– Na jakim fundamencie Kościoły w Europie, które przechodzą kryzys, próbują zbudować wspólnotę? Jak chcą to zrobić, jeśli w społeczeństwie zupełnie nie ma wspólnoty? Jest mi dużo łatwiej mówić o wspólnocie Kościoła tutaj niż w Polsce czy innych krajach. Synod proponuje, żeby były rady parafialne, diecezjalne. My to już mamy. To funkcjonuje w Papui od lat 80. Funkcjonujemy według zasad, do których Kościół w Europie chce dopiero dojść. Możemy zaproponować nasze doświadczenie – konkluduje bp Kałuża.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”