Marta Zdzieborska: Trump najpierw wysłał do bazy amerykańskiej marynarki wojennej pierwszych nielegalnych imigrantów, a teraz ich stamtąd zabrał. Większość trafiła do Wenezueli, a jedna osoba wróciła do USA. Prezydent ocenił, że jego plan, by trzymać 30 tysięcy osób w Guantanamo, jest nierealistyczny?
Harold Hongju Koh: Być może ocenił, że nie warto dać się zalać kolejnymi pozwami dotyczącymi transferu imigrantów. Przetrzymywanie ich w Guantanamo to także zbyt kosztowna i skomplikowana logistycznie operacja.
Działania administracji Trumpa w połowie lutego zaskarżyły organizacje praw człowieka, podnosząc argument, że imigranci nie mają dostępu do prawnika. Czy wysyłanie tych ludzi z USA do Guantanamo – bazy, gdzie od 2002 roku przetrzymuje się podejrzanych o terroryzm – jest w ogóle legalne?
Może być, chyba że udowodni się w sądzie, że imigranci mają ograniczony dostęp do reprezentacji prawnej i rzetelnego procesu. To, że wysłano ich do Guantanamo, nie przekreśla praw, które przysługiwały im na amerykańskiej ziemi. Sądy federalne mogą także potencjalnie zablokować cały proceder, uznając, że nie można wysyłać ludzi na terytorium nienależące do Stanów Zjednoczonych. Teren, na którym znajduje się baza, dzierżawiony jest bowiem od Kuby. Jest jeszcze trzecia sprawa. W przypadku przetrzymywania imigrantów w Guantanamo przez dłuższy czas potrzebna jest zgoda Kongresu.
Pierwszą kłodę administracji Trumpa rzucił sędzia federalny ze stanu Nowy Meksyk, który prewencyjnie zablokował transfer trzech Wenezuelczyków. Na jakiej podstawie to zrobił?
Przetrzymywani w amerykańskim ośrodku detencyjnym imigranci mieli wyznaczoną na początek marca kolejną rozprawę. Gdyby administracja Trumpa do tego czasu wysłała ich do Guantanamo, sędzia straciłby możliwość orzekania w ich sprawie.
Dodajmy, że prawnicy imigrantów twierdzili, iż wpisują się oni w profil osób wysyłanych do Guantanamo. Trafiło tam prawie 180 Wenezuelczyków. Niektórych z nich podejrzewano o powiązania z gangiem Tren de Aragua.
Podejrzewano – to adekwatne słowo. Jak wynika z doniesień amerykańskich mediów, administracja Trumpa być może tak naprawdę nie wie, kim są i co zrobili nielegalni imigranci, których wysłała do Guantanamo. Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego twierdzi, że wszyscy mają na koncie wyroki deportacyjne, a część z nich to członkowie gangów. Tylko że w tej drugiej kwestii nie udowodniono im winy. Mam wrażenie, że część mogła być uznana za przestępców najwyższego kalibru tylko dlatego, że mają na ciele tatuaże.
Czy administracja Trumpa celowo nie podała nazwisk pierwszych imigrantów wysyłanych do Guantanamo, by utrudnić zaskarżenie ich transferu?
Myślę, że to przede wszystkim dowód na to, że administracja działała po omacku. Nie można wysyłać ludzi poza terytorium Stanów Zjednoczonych po prostu twierdząc, że są najgorszymi kryminalistami. Osoby podejrzane o powiązania z gangami trafiły do więziennego budynku o podwyższonym rygorze, gdzie kiedyś przetrzymywano członków Al-Kaidy. To oburzające. Gdyby Trump naprawdę chciał usprawnić deportacje nielegalnych imigrantów, wziąłby się za budowę nowych ośrodków detencyjnych w USA.
Nayna Gupta, prawniczka z organizacji American Immigration Council, oceniła, że wysłanie ludzi do Guantanamo to był desperacki ruch, by znaleźć dodatkowe miejsce do przetrzymywania imigrantów. Pan tak uważa?
Absolutnie nie. Wysyłanie tysięcy ludzi do Guantanamo – miejsca, gdzie jedzenie dowozi się samolotem, a woda pitna jest kiepskiej jakości – to czyste szaleństwo. Na terenie bazy marynarki wojennej działa tylko jeden szpital, gdzie pomoc medyczna jest ograniczona. Dodatkowo, rozlokowanie tysięcy imigrantów w namiotach może skończyć się szybkim rozprzestrzenianiem chorób za sprawą insektów i grasujących szczurów.
Baza Guantanamo już kiedyś zamieniła się w prowizoryczny obóz. Było to w czasie kryzysu migracyjnego w 1994 roku, gdy Amerykanie wysyłali tu Kubańczyków wyłapywanych na morzu, jeszcze przed dotarciem do wybrzeży Florydy.
W szczytowym okresie przetrzymywano tu 25 tysięcy ludzi. Pomysł Trumpa jest jednak absolutnie bezprecedensowy: nigdy w amerykańskiej historii nie wysyłano do Guantanamo imigrantów, którzy przebywali już na terenie USA.
Był Pan kiedyś w Guantanamo?
Tak, wiele razy.
Jak wygląda Migrant Operations Center – ośrodek, gdzie trafiła część imigrantów przywieziona w lutym przez administrację Trumpa?
To niewielki, parterowy budynek. Kiedy go odwiedzałem przed laty, miał tylko około stu cel. Migrant Operations Center mieści się w innej części bazy wojskowej, po lewej stronie zatoki Guantanamo. Więzienie, gdzie od 2002 roku przebywają podejrzani o terroryzm, znajduje się po prawej stronie.
Sekretarz obrony Pete Hegseth, który służył kiedyś w bazie wojskowej w Guantanamo, twierdził w styczniu, że to „idealne miejsce” do przetrzymywania imigrantów.
Tylko trzeba dodać, że sekretarz Hegseth służył tam co najwyżej rok. Pamiętam, że jeszcze w latach 90. personel wojskowy przebywał tam maksymalnie przez trzy miesiące. To w związku z trudnymi warunkami na miejscu. W Guantanamo panuje suchy, nieprzyjazny klimat. Większość budynków jest prowizoryczna. Nawet stołówka, gdzie jada personel, mieści się w namiocie. Kiedyś słyszałem, że o mały włos nie zmiótł go do zatoki huragan.
Mówi Pan o prowizorce, tymczasem samo utrzymanie więzienia dla podejrzanych o terroryzm to gigantyczne koszty. Według najbardziej aktualnej analizy „New York Timesa” z 2019 r., to wydatek rzędu ponad 13 mln dolarów rocznie na jednego więźnia. Dlaczego tak dużo?
Sporą część kosztów zżera opłacenie personelu i działającego w Guantanamo sądu wojskowego.
Jeszcze w 2019 r. w bazie stacjonowało 1800 żołnierzy. Według najświeższych doniesień „New York Timesa” mowa o 800 żołnierzach i grupie pracowników kontraktowych.
Do tych wysokich kosztów trzeba jeszcze doliczyć regularne przeloty sędziów, prawników i dziennikarzy. Nie zapomnijmy o przewożeniu więźniów, którzy coraz starsi i coraz bardziej schorowani potrzebują opieki medycznej w USA. Pamiętam, że gdy w latach 90. amerykańskie władze przetrzymywały w Guantanamo haitańskich migrantów zakażonych HIV, jeden z mężczyzn, którego reprezentowałem, transportowany był do kliniki na Florydzie aż pięć razy.
Dzięki Pana walce sąd federalny w 1993 r. nakazał wypuszczenie Haitańczyków, którzy ostatecznie trafili do USA. Dlaczego Trump już w pierwszych tygodniach rządów zrobił pokaz siły i wysłał imigrantów do Guantanamo?
Bo chciał udowodnić, że skutecznie rozprawia się z – jak to ujął – „największymi przestępcami wśród nielegalnych imigrantów”. Guantanamo od dawna postrzegane jest jako miejsce, gdzie z dala od USA można pozbyć się problemu. Trump działa jak Putin, który przed laty umieścił Aleksieja Nawalnego w kolonii karnej na Syberii, tak by był jak najdalej od Moskwy i opinii publicznej.
Putin nie musi wysyłać oponentów politycznych poza granice swojego kraju. Wystarczy, że umieści ich właśnie na Syberii.
Putin hipotetycznie mógłby jednak wykorzystać to, co robi teraz Trump, wysyłając, dajmy na to, 30 tys. politycznych więźniów na jakąś wyspę poza Rosją. Z Ameryki płynie także zły sygnał dla Chin, które mogłyby wpaść na pomysł, by wywozić Ujgurów z Sinciangu [mniejszość muzułmańska prześladowana przez Pekin – red.].
Jak ocenia Pan w szerszej skali pierwsze aresztowania nielegalnych imigrantów za rządów Trumpa? Czy działania służb imigracyjnych mocno różnią się od tych podejmowanych za Bidena?
Na pewno są bardziej nagłaśniane. W social mediach publikowane są zdjęcia z aresztowań, co ma robić wrażenie na opinii publicznej. W pierwszych tygodniach rządów Trumpa zwiększono co prawda liczbę aresztowań imigrantów, ale pytanie, czy da się to utrzymać w długofalowym okresie. Głównym celem łapanek są miasta-azyle, jak Los Angeles, Chicago i Nowy Jork, które odmawiają współpracy z federalnymi służbami odpowiedzialnymi za deportacje. Administracja Trumpa chce pokazać, że będzie deportowała ludzi pomimo kłód rzucanych jej pod nogi.
Nowa administracja pozwała już za to władze stanów Nowy Jork oraz Illinois. W pozwie nowojorskim oskarżono władze o to, że wydają prawo jazdy nielegalnym imigrantom i zakazują przekazywania służbom imigracyjnym informacji na temat posiadaczy tych dokumentów. Czy ten pozew jest zasadny?
To złożona kwestia do rozstrzygnięcia przez sądy. Władze stanowe mogą w dużym stopniu kształtować politykę wobec swoich mieszkańców, bez względu na ich obywatelstwo. Na przykład mogą oferować nielegalnym imigrantom opiekę medyczną albo organizować dla nich programy dożywiania. W tej sprawie administracja Trumpa idzie na noże, choć na dobrą sprawę strzela sobie w kolano. Chce zwiększyć deportacje nielegalnych imigrantów, choć amerykański rynek pracy mocno na nich polega. To oni pracują w rolnictwie, harują w fabrykach i na budowach. Nie rozumiem też próby Trumpa, by zakończyć przyznawanie amerykańskiego obywatelstwa dzieciom, które urodziły się w USA, ale ich rodzice są nielegalnymi imigrantami.
To, co robi Trump, jest głęboko nieamerykańskie. Pamiętam czasy, gdy dzieci imigrantów postrzegano jak pokolenie mające szansę na osiągnięcie sukcesu w Ameryce. Sam jestem synem imigrantów, dlatego działania administracji Trumpa tak mocno mnie dotykają.
Jednak przyzna Pan, że pewne zagrania Trumpa są kontynuacją polityki Bidena. Demokrata w 2023 r. dogadał się z Meksykiem, że ten kraj będzie przyjmował deportowanych z USA nielegalnych imigrantów – konkretnie takich, których trudno odesłać do kraju pochodzenia. Administracja Trumpa zawarła teraz podobną umowę z Panamą, Gwatemalą i Kostaryką.
Nie chcę być adwokatem Bidena, bo nie zgadzam się z jego niektórymi decyzjami. Ale on w przeciwieństwie do Trumpa stawiał na dyplomację i rozmowy. Stosował przy tym strategię kija i marchewki. W zamian za przyjęcie większej liczby nielegalnych imigrantów kraje takie jak Meksyk mogły liczyć na dodatkową transzę pomocy zagranicznej. Trump nie waha się wymuszać ustępstw brutalnymi środkami.
Przykładem są jego groźby wojny handlowej z Meksykiem lub straszenie Panamy przejęciem Kanału Panamskiego.
W kontekście Panamy oburzające są doniesienia dotyczące pierwszych imigrantów, których deportowali tam Amerykanie. Administracja Trumpa lekką ręką pozbyła się problemu. Nie musi się przejmować, czy imigranci [z azjatyckich i afrykańskich krajów – red.] będą mogli złożyć w Panamie wniosek o azyl i czy ich prawa będą tam przestrzegane.
Wracając do podobieństw, jest chyba jeszcze jedna rzecz, która łączy Trumpa i Bidena.
Co ma Pani na myśli?
Biden w czasie pandemii utrzymał trumpowskie restrykcje na południowej granicy USA. Na ich mocy zawracano większość nielegalnych imigrantów, nie wnikając, czy mają podstawę do ubiegania się o azyl. Jesienią 2021 r. jeszcze jako doradca prawny w Departamencie Stanu napisał Pan notatkę służbową krytykującą ten ruch.
Zabrałem wtedy głos, bo nie można się zasłaniać względami epidemicznymi, by w czasie dużego napływu imigrantów uszczelniać granicę i odmawiać im prawa do ubiegania się o azyl. Nie mówiąc już o wsadzaniu ludzi do samolotów deportacyjnych do krajów pochodzenia, gdzie grożą im prześladowania. A to w szczególności dotyczyło Haitańczyków. Ostatecznie administracja Bidena zrezygnowała z tej polityki, ale myślę, że Trump będzie starał się ją wskrzesić.
Powróćmy do Guantanamo i więzienia dla podejrzanych o terroryzm. Pomimo obietnic nie zdołali go zamknąć ani Biden, ani Barack Obama, który zakończył rządy w 2017 r. Dlaczego to jest takie trudne?
Pierwsza sprawa to opór ze strony części Kongresu, a druga to, że zamknięcie Guantanamo nigdy nie było wysoko na liście priorytetów. Dla Obamy najważniejsze było przepchnięcie reformy opieki zdrowotnej, dzięki której ubezpieczenie zyskały miliony Amerykanów. Na końcówce drugiej kadencji Obamy przetransferowano jedynie część więźniów do innych krajów. Joe Biden zrobił to samo i dlatego dziś w więzieniu zostało tylko 15 osób. Gdy Trump objął rządy, ogłosił, że zrobi z Guantanamo jeden wielki obóz dla nielegalnych imigrantów. Tak kończy się krótkowzroczne myślenie polityków. Zamiast znaleźć rozwiązanie, tworzą kolejny problem.
W ostatnich latach do Guantanamo trafiali niekiedy nielegalni imigranci zatrzymani przez amerykańską straż przybrzeżną. Według „New York Timesa” przebywali tam średnio przez pół roku. Rekordzista utknął na niemal cztery lata. Dlaczego na tak długo?
Bo czasem przedłużają się negocjacje w sprawie przyjęcia imigrantów przez inne kraje. Na przykład Haitańczycy czasem trafiali do Kanady, a Kubańczycy do Australii. Główny cel jest taki, by wysłać ich w miejsce, z którego nie będą chcieli wyjeżdżać i ponawiać próby przedarcia się do Stanów Zjednoczonych. Wyobraźmy sobie, że administracja Trumpa trzyma w Guantanamo 30 tys. ludzi i musi wynegocjować ich transfer. To mogłoby być bardziej skomplikowane niż w przypadku mniejszej grupy imigrantów. Z której strony by spojrzeć, plan Trumpa jest niedorzeczny.
Autorka jest dziennikarką „Press”.
Tekst ukończono 21 lutego.

Harold Hongju Koh – profesor prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Yale. Doradca prawny w Departamencie Stanu w latach 2009-2013, za administracji Baracka Obamy, oraz krótko za rządów Bidena. W latach 90. skutecznie zaskarżył decyzję o przetrzymywaniu haitańskich imigrantów w Guantanamo. Koh reprezentował Ukrainę przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w sprawach przeciwko Rosji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















