Imigranci w rękach Trumpa

Przed wyborami do Kongresu prezydent USA straszył latynoską „karawaną” i znów obiecywał zaostrzenie polityki imigracyjnej. Niektóre zmiany w jej zakresie wprowadza jednak po cichu.
z Kalifornii

20.11.2018

Czyta się kilka minut

Mur pomiędzy Meksykiem a USA na plaży w Tijuanie, listopad 2018 r. / GUILLERMO ARIAS / AFP / EAST NEWS
Mur pomiędzy Meksykiem a USA na plaży w Tijuanie, listopad 2018 r. / GUILLERMO ARIAS / AFP / EAST NEWS

Ginger Jacobs, współwłaścicielka kancelarii adwokackiej w San Diego, skończyła studia na Harvardzie i specjalizuje się w prawie imigracyjnym. W ciągu 17 lat pracowała w czasach trzech prezydentów: George’a W. Busha, Baracka Obamy i obecnie Donalda Trumpa. Mówi, że nigdy nie było jej tak trudno bronić swoich klientów jak teraz. Od kiedy rządzi Trump, kancelaria pani Jacobs zwiększyła się z pięciu do ośmiu prawników. Powód to wzrost liczby klientów, piętrząca się biurokracja i trudniejsze sprawy w sądach imigracyjnych.

– Walka z nielegalną imigracją od zawsze stanowiła istotny punkt w polityce Stanów – mówi Ginger Jacobs. – Jednak dopiero za prezydentury Trumpa przybrała tak bezwzględny charakter. Jeszcze dwa lata temu wiedziałam, że jeśli mój klient nie popełnił poważnych wykroczeń, to mam szansę na wygraną w sądzie. Za administracji Obamy nakaz deportacji otrzymywali głównie przebywający nielegalnie imigranci, którzy popełnili przestępstwo o charakterze kryminalnym, byli członkami gangów lub handlowali narkotykami. Teraz coraz częściej zdarza się, że po rozprawie wracam do biura, a mój klient czeka na deportację...

Agenci przyszli po latach

Obecnie adwokatka prowadzi sprawę Meksykanki, która przebywa w USA nielegalnie. Kobieta 10 lat temu naruszyła procedury imigracyjne i anulowano jej wizę na granicy. Kilka miesięcy temu wpadła w ręce funkcjonariuszy służby imigracyjno-celnej (ICE) – po tym, jak odgrzebali jej sprawę sprzed lat i namierzyli ją pod aktualnym adresem zamieszkania.

– To bardzo nietypowe, że agenci ICE przypomnieli sobie o mojej klientce po tylu latach – mówi Ginger Jacobs. Dotąd przebywający nielegalnie imigranci wpadali w ich ręce w przypadku kontroli dokumentów w autobusie czy na ulicy, a na celowniku tzw. sprofilowanych akcji poszukiwawczych byli głównie przestępcy.

Jeszcze do niedawna, broniąc swojej klientki, adwokatka zwróciłaby się do sędziego imigracyjnego o tzw. „administracyjne zamknięcie” sprawy. Zgodnie ze strategią wprowadzoną w 2011 r. przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, rozwiązanie to stosowane było w przypadku spraw o tzw. niskiej szkodliwości. Chodziło o imigrantów bez przeszłości kryminalnej, którzy mieli szansę na zalegalizowanie pobytu przez członków rodziny ubiegających się np. o zieloną kartę.

Aby sprawa uzyskała status niskiego stopnia szkodliwości, brano również pod uwagę, czy imigrant jest zintegrowany ze społeczeństwem, jak długo tu mieszka i czy ma członków rodziny posiadających obywatelstwo USA. Choć cudzoziemiec, którego sprawa została „zamknięta administracyjnie”, nadal przebywał w Stanach nielegalnie, to nie musiał obawiać się deportacji. Jak wynika ze statystyk Departamentu Sprawiedliwości, od października 2011 r. do września 2017 r. zamknięto w ten sposób ponad 215 tys. spraw, toczących się w sądach imigracyjnych.

Sędziowie pod presją

Po tym, jak w Białym Domu zasiadł Donald Trump, walkę z powszechnie stosowanym wcześniej „administracyjnym zamykaniem” wytoczył nowy prokurator generalny i szef Departamentu Sprawiedliwości Jeff Sessions (obecnie już były: dzień po niedawnych wyborach do Kongresu, pod presją Trumpa złożył rezygnację).

W maju tego roku Sessions ograniczył uprawnienia sędziów do wydawania takich decyzji. Zapowiedział też, że sprawy, które zostały już „zamknięte administracyjnie”, na wniosek Departamentu Sprawiedliwości mogą wrócić na wokandę. Decyzja Sessionsa objęła ok. 350 sędziów imigracyjnych, których praca według amerykańskiego prawa podlega bezpośrednio pod Departament Sprawiedliwości.


Czytaj także: Marta Zdzieborska: Trump traci Kalifornię


Jeff Sessions wydał swoje oświadczenie w reakcji na sprawę deportacyjną Gwatemalczyka Reynalda Castro-Tuma, który jako nastolatek przekroczył nielegalnie granicę USA. Imigrant wielokrotnie nie pojawiał się na rozprawach. Prowadzący sprawę sędzia z Filadelfii, Steven A. Morley, zdecydował się zamknąć ją administracyjnie do czasu, aż Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego ustali, czy wezwania sądowe były wysyłane pod właściwy adres. Wtedy prokurator generalny odsunął Morleya i przydzielił sprawę innemu sędziemu.

Ten sam scenariusz powtórzył się w przypadku ponad 80 spraw, które ­sędzia z Filadelfii „zamknął administracyjnie”. Odsunięcie Morleya wywołało oburzenie wśród członków Narodowego Stowarzyszenia Sędziów Imigracyjnych. Jego przewodniczący Ashley Tabaddor mówił w wywiadzie dla CNN, że prokurator generalny podważył zasadę niezawisłości sędziów.

Ograniczenie ich uprawnień w zakresie „administracyjnego zamykania” spraw jest celowym wykorzystaniem sądów imigracyjnych do realizacji priorytetów administracji Trumpa.

Deportacja w godzinę

– Decyzja Jeffa Sessionsa przekreśliła szansę na praktykowaną przez lata współpracę między adwokatem imigranta a prawnikiem reprezentującym ICE – tłumaczy Ginger Jacobs. – Jeśli miałam silne argumenty przemawiające za tym, aby imigrant został w USA, mogłam przekonać prawnika służby imigracyjno-celnej, żeby poparł wniosek o „administracyjne zamknięcie” sprawy.

Adwokatka zaznacza, że obecnie częstszym scenariuszem jest walka nie o uniknięcie deportacji, lecz tylko o jej odroczenie. Tak było w przypadku Meksykanina sprzątającego w hotelu w San Diego. Kilka lat temu padł tam ofiarą „nalotu” agentów ICE. Wówczas otrzymał nakaz deportacji, ale sędzia imigracyjny przychylił się do wstrzymania jego wykonania. Powód: nielegalny imigrant ma dwójkę dzieci, które urodziły się w Stanach i posiadają amerykańskie obywatelstwo, a do tego jedna z córek jest niepełnosprawna i potrzebuje szczególnej opieki.

Ginger Jacobs: – Jedynym warunkiem dalszego pobytu mężczyzny w USA było stawianie się na coroczną kontrolę ICE. Funkcjonariusze sprawdzają wówczas, czy imigrant nie popełnił żadnego wykroczenia. Mój klient przechodził pomyślnie tę kontrolę przez sześć lat. W tym roku się nie udało. Choć przestrzegał prawa, został aresztowany, a jego sprawa znów trafiła do sądu imigracyjnego. Dostał nakaz deportacji i po kilku godzinach odesłano go do Meksyku.

Kalifornia broni nielegalnych

Z raportu waszyngtońskiego Instytutu Polityki Migracyjnej wynika, że w 2017 r. liczba aresztowań przebywających nielegalnie imigrantów, którzy nie popełnili przestępstwa o charakterze kryminalnym, wzrosła o 147 proc. w porównaniu do roku 2016. W przypadku osób, które mają na koncie wyrok, odnotowano przyrost zaledwie o 7 proc. Wzrosła też liczba deportacji: od stycznia do września 2017 r. odnotowano tu 37-procentowy przyrost.

Statystyki te odbiegają jednak od rekordowych lat w okresie pierwszej kadencji Obamy. W latach 2010-11 deportowano 300 tys. osób rocznie, czyli dwa razy więcej niż w 2017 r. Jak wskazują autorzy raportu Instytutu Polityki Migracyjnej, związane jest to m.in. z rosnącym oporem lokalnych służb przed współpracą z ICE. Szczególnie widoczne jest to w Kalifornii oraz miastach takich jak Nowy Jork czy Chicago.

Kalifornia zasłynęła z antytrumpowskiego kursu, wprowadzając w styczniu tego roku ustawę zabraniającą policji sprawdzania statusu imigracyjnego aresztowanej osoby oraz przekazywania jej w ręce funkcjonariuszy ICE. Wyjątkiem są przypadki, w których został wydany nakaz sądowy, albo gdy aresztowany imigrant popełnił przestępstwo o charakterze kryminalnym.

Na przeciwległym biegunie legislacji jest zaskarżone przez wiele teksańskich miast prawo, które nakazuje posterunkom i aresztom federalnym przekazywać służbom ICE osadzonych, którzy są podejrzani, iż przebywają w USA nielegalnie.

Areszt w szkole

Strach przed deportacją narasta także wśród imigrantów mieszkających w Kalifornii.

W San Diego pod koniec 2017 r. sieć organizacji pozarządowych San Diego Rapid Response Network uruchomiła infolinię dla osób zagrożonych deportacją. Jak mówi „Tygodnikowi” koordynatorka projektu Sandra Alvarado, najczęściej dzwonią imigranci mieszkający w bardziej konserwatywnych miastach na terenie hrabstwa San Diego, takich jak El Cajon czy Escondido. To tam dochodzi niekiedy do przypadków łamania kalifornijskiego prawa, ograniczającego współpracę policji z ICE.

– Często dzwonią do nas osoby, które z wyprzedzeniem chcą poznać swoje prawa w razie aresztowania przez służbę imigracyjno-celną – mówi Alvarado. – Imigranci szczególnie obawiają się zatrzymania przez funkcjonariuszy ICE w miejscach takich jak szkoły, szpitale czy kościoły. Choć od czasów Obamy są to obszary chronione przed deportacją, niekiedy dochodzi tam do nadużyć.

Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (ACLU) alarmuje, że w ostatnich latach niepokojące stało się też zjawisko aresztowań w sądach cywilnych i karnych. Z danych ACLU wynika, że w samym stanie Nowy Jork liczba aresztowań nielegalnych imigrantów w 2017 r. wzrosła aż o 1200 proc. w porównaniu do 2016 r.

Jeden z nagłośnionych przypadków dotyczył przebywającego nielegalnie imigranta z Meksyku, który w marcu 2017 r. został zatrzymany w sądzie rodzinnym w stanie Michigan. Mężczyzna przyszedł na rozprawę, bo starał się o prawo do opieki nad córkami. Amerykańskimi mediami wstrząsnęła też historia nielegalnej imigrantki, która została aresztowana w sądzie w Teksasie po tym, jak złożyła zeznania przeciw stosującemu wobec niej przemoc chłopakowi.

Zapomnij o azylu

Symbolem antyimigracyjnego kursu Trumpa stała się polityka „zera tolerancji”. Kilka miesięcy temu świat obiegły zdjęcia imigrantów z krajów Ameryki Środkowej, których straż graniczna USA zatrzymywała pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy z Meksykiem. Szczególnie dramatyczna była sytuacja rozdzielanych rodzin: dorośli trafiali wówczas do tzw. centrów detencyjnych, a ich dzieci do rządowych ośrodków. Pod wpływem nacisków ze strony obrońców praw człowieka, Partii Demokratycznej i społeczności międzynarodowej, w czerwcu Donald Trump podpisał dekret kończący praktykę rozdzielania rodzin.


Czytaj także: Beata Kowalik: Ludzie z Triangulo Norte


Uwadze mediów umknęło wówczas inne wydarzenie: kilka dni wcześniej Jeff Sessions wydał memorandum dotyczące interpretacji prawa azylowego. Na jego mocy na otrzymanie ochrony w USA nie mają szans osoby, które w swoich krajach pochodzenia doświadczyły przemocy domowej lub uciekają przed prześladowaniami ze strony gangów. Decyzja ta uderzyła bezpośrednio w szturmujących amerykańską granicę imigrantów, którzy chcąc złożyć wniosek o azyl, powoływali się na takie prześladowania. Sessions twierdził, że reforma ma „zapobiec nadużyciom procedury azylowej, w której przewodnikami dla cudzoziemców są prawnicy imigracyjni”.

W obywateli krajów Ameryki Środkowej wymierzona była też tegoroczna decyzja administracji Trumpa o ograniczeniu tzw. programu ochrony tymczasowej (Temporary Protected Status, TPS), która to ochrona przysługuje obywatelom krajów ogarniętych wojną lub dotkniętych przez katastrofę humanitarną. W jej wyniku o przedłużenie pobytu w ramach programu nie będą się już mogli starać imigranci z Salwadoru, Haiti, Sudanu i Nikaragui. Zagrożonych deportacją jest ok. 400 tys. osób, które przebywały w Stanach nawet od 30 lat.

Szczególnie niepokojąca jest sytuacja obywateli Hondurasu. Choć otrzymali ochronę w USA ze względu na potężny huragan „Mitch”, który nawiedził ich kraj w 1998 r., nadal nie mogą czuć się tam bezpiecznie. W związku z niestabilną sytuacją polityczną i wciąż wysokim odsetkiem zabójstw (42,8 morderstw na 100 tys. ludzi), Honduras uznawany jest za jedno z najbardziej niebezpiecznych państw na świecie.

Beneficjenci programu TPS jak na razie mogą być spokojni: w październiku decyzja o jego zakończeniu została tymczasowo zablokowana przez sędziego federalnego w Kalifornii. Orzekł on, że administracja ma obowiązek przedłużenia dokumentów pobytowych osób posiadających TPS do czasu rozstrzygnięcia sprawy w sądzie.

Z „karawaną” w tle

Gdy Ameryka szykowała się do listopadowych wyborów do Kongresu, świat obiegła informacja o zmierzającej do granicy USA „karawanie” kilku tysięcy latynoskich imigrantów. Temat szybko stał się narzędziem do mobilizacji elektoratu Partii Republikańskiej. Trump grzmiał na Twitterze, że w „karawanie” jest „wielu członków gangów i przestępców”. Zapowiadał też zaostrzenie prawa azylowego.

Obietnicę zrealizował kilka dni po wyborach. W podpisanej 9 listopada proklamacji dotyczącej sytuacji na granicy z Meksykiem Trump ustanowił, że wnioski o azyl będą przyjmowane jedynie od tych osób, które złożą je na przejściu granicznym. W ramach obowiązującej przez 90 dni regulacji wniosków takich nie będą mogły składać natomiast w ogóle osoby, które na teren USA przedostaną się nielegalnie.


Czytaj także: Marta Zdzieborska: Królowie życie z Tijuany


Jeszcze tego samego dnia Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich wraz z innymi organizacjami praw człowieka złożyła pozew w sądzie federalnym w San Francisco przeciw decyzji Trumpa. Pozywający twierdzą, że to zaostrzenie prawa azylowego jest pogwałceniem ustawy o imigracji i obywatelstwie z 1965 r. (stanowi ona, że każdy cudzoziemiec, nawet jeśli przekroczy granicę USA nielegalnie, poza przejściem granicznym, ma prawo starać się o azyl).

Działacze alarmują też, że na niektórych przejściach granicznych na złożenie wniosku o status uchodźcy imigranci czekają nawet półtora miesiąca. Aby uniknąć tygodni „w zawieszeniu”, niektórzy wolą więc przekraczać granicę nielegalnie.

Tymczasem w chwili oddawania tego tekstu do druku pierwsza grupa około 1750 członków „karawany” dotarła do meksykańskiego miasta Tijuana na granicy z USA. Kolejne grupy, których łączną liczebność szacowano na 5 tys. ludzi, były w drodze. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka specjalizująca się w tematyce amerykańskiej, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. W latach 2018-2020 była korespondentką w USA, skąd m.in. relacjonowała wybory prezydenckie. Publikowała w magazynie „Press”, Weekend Gazeta.pl, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 48/2018