Niedługo po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 r. wielką internetową popularność zaczął zyskiwać John Mearsheimer, dotąd raczej niszowy amerykański politolog, twórca teorii tzw. realizmu ofensywnego. Oglądalność notowały zwłaszcza jego wykłady sprzed ok. 10 lat, już po aneksji Krymu, w których przewidywał, że za jakiś czas dojdzie w tym regionie do pełnoskalowej wojny. O ile, oczywiście, Zachód nie zrezygnuje z dalszego zbliżania Ukrainy do UE czy NATO. Tu amerykański politolog, nie pierwszy i nie ostatni raz, zgadzał się z prezydentem Rosji.
Gwałtowny wzrost rozpoznawalności Mearsheimera zaowocował jego licznymi wystąpieniami w rozmaitych programach i na rozmaitych łamach. Utrzymanych w tej samej, ofensywno-realistycznej tonacji. Globalna polityka to bezlitosna rozgrywka między najsilniejszymi graczami. Każde mocarstwo naturalnie dąży do poszerzania zakresu swoich wpływów i zwiększania poziomu bezpieczeństwa. Położenie geograficzne kraju jest jego przeznaczeniem. Małe państwa muszą podporządkowywać się imperiom. Wartości, etos, demokracja, prawo do samostanowienia – to mimikra, liczy się prosty rachunek zysków i strat. Każdy dba tylko o siebie. W świecie rządzą naga siła i buchalteria. A fakt, że w zachodnich demokracjach wypracowano szereg kamuflujących ten stan rzeczy rytuałów i narracji, jest dowodem naszej bezbrzeżnej hipokryzji.
Aplauz dla takich diagnoz sam jest bez wątpienia diagnostyczny. Bo przecież nawet gdyby faktycznie cała światowa polityka była walką tytanów, których motywuje wyłącznie poszerzanie zasięgów i zasobów – to jeszcze nie znaczy, że tak być powinno. Sprytne to przemieszanie porządków, podane w kostiumie pozbawionej złudzeń, zimnej analizy, nie jest wcale bezstronnym spojrzeniem na rzeczywistość, lecz pozycją ideologiczną. Taką, w której to właśnie siła i interesy mają stanowić motor napędowy świata społecznego, tu i ówdzie ukryty dla niepoznaki pod warstwą podniosłych komunałów.
Dlaczego jednak Mearsheimer ze swoim przekazem trafił i wciąż trafia do tak szerokiej publiczności? Dlaczego z takim samym przekazem i sposobem bycia trafiają do niej Donald Trump, Elon Musk i Tucker Carlson? Przekazem brzmiącym niczym credo jakiejś Partii Skrajnego Egoizmu, sposobem bycia gloryfikującym postawę charakterystyczną nie dla etosu demokracji, lecz raczej, jak ostatnio zauważył Sam Harris, dla bullies – szkolnych dręczycieli. Takich, co to nic sobie nie robią z zasad i ograniczeń, tylko bezceremonialnie idą po swoje, roztrącając wszystkich na boki, łamiąc kody grzeczności i przyzwoitości, a co najważniejsze – za nic mając cudze potrzeby, emocje i granice.
Modelowa jest pod tym względem zwłaszcza niedawno opublikowana na YouTubie rozmowa pomiędzy wspomnianym Carlsonem, czołowym amerykańskim dziennikarzem związanym ze środowiskiem Trumpa, a brytyjskim publicystą Piersem Morganem. Ten ostatni, postać nie mniej niż Carlson kontrowerysjna, słynie ze specyficznego, inwazyjno-bezpośredniego stylu prowadzenia rozmów z gwiazdami ekranu, politykami czy innymi celebrytami. Choć wiele można by mu zarzucić, to w rozmowie z Carlsonem wypada niczym nowoczesny mąż stanu. Niuansuje, pyta o wartości, waży racje, zarówno w odniesieniu do Ukrainy i Rosji, jak Izraela i Palestyny (podkreśla np. nieadekwatność izraelskiej odpowiedzi na 7 października, a jednocześnie stanowczo potępia Hamas). Carlson z kolei prezentuje coś na kształt teorii Mearsheimera w wersji pop. Zaśmiewa się, przerywa, manierycznie przewraca oczami i cały czas powtarza: nie obchodzą mnie inne kraje, jestem Amerykaninem, obchodzi mnie tylko Ameryka, jedyny interes, o który dbam, to interes amerykański, nie powinniśmy nikomu pomagać, nie powinniśmy w nic się angażować, niech sobie inni radzą sami, reszta mnie nie interesuje.
W komentarzach – liczne wyrazy poparcia dla Carlsona, euforia i entuzjazm. Doskonale mówi, w sedno, w punkt!
Cóż, to samo prezentuje dziś Trump. Narracja skrajnego egoizmu czy też realizmu ofensywnego przenika do głównego nurtu i zaczyna go kształtować w stopniu jak dotąd bezprecedensowym. Owszem, okoliczność, że pada na tak podatny grunt – w Polsce zresztą też – ma niewątpliwie związek z załamaniem się zaufania i wiary w instytucje, porządek demokratyczny, dotychczasowy sposób myślenia o wspólnocie politycznej. W miejsce tego rozczarowania, poczucia zależności i swoistego fatalizmu – co w postpandemicznej rzeczywistości zdaje się być kompozycją występującą na szerokich obszarach świata zachodniego – ofensywny egoizm (tak to nazwijmy) oferuje przynajmniej zewnętrzne znamiona sprawstwa. To trzeba zrobić tak, tamto inaczej. Zamiast siedzieć i dywagować, brać się za robotę! Jeśli się nie da czegoś wynegocjować, to trzeba przystawić pistolet do głowy albo rzucić plik banknotów na stół i będzie po kłopocie.
Najważniejsze niebezpieczeństwa są tutaj dwa. Po pierwsze, zatarcie się różnicy pomiędzy tym, co jest, a tym, co być powinno, jak u Mearsheimera. Jest to wręcz przepis na toksyczną ideologię i władzę. Po drugie – dominacja mentalności bully. W szkole można się przynajmniej zgłosić do wychowawcy albo dyrektora (w ostateczności – do kuratorium). Co jednak począć, kiedy to wychowawca i dyrektor zaczynają się tak zachowywać?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















