Wersja startowa

Po miesiącach ciszy Donald Trump wraca do życia publicznego w USA. Jednak liczne pozwy i śledztwo w sprawie jego firmy Trump Organization mogą pokrzyżować mu polityczne plany.

12.07.2021

Czyta się kilka minut

Zwolennicy Donalda Trumpa na wiecu w Sarasocie. Floryda, 3 lipca 2021 r. / OCTAVIO JONES / REUTERS / FORUM
Zwolennicy Donalda Trumpa na wiecu w Sarasocie. Floryda, 3 lipca 2021 r. / OCTAVIO JONES / REUTERS / FORUM

Sobota, 3 lipca, Sarasota na Florydzie. Były prezydent Stanów Zjednoczonych wchodzi na scenę przy dźwiękach piosenki Lee Greenwooda „Boże, chroń Amerykę” – hymnu amerykańskiego konserwatyzmu, który nieodłącznie towarzyszy jego wiecom. Gdy milkną ostatnie tony, podniecony tłum skanduje „USA, USA, USA!”, w napięciu oczekując na pierwsze słowa Donalda Trumpa. Ten, w granatowym garniturze i tradycyjnie pod czerwonym krawatem, powie wkrótce to, co konserwatywna Ameryka pragnie usłyszeć.

W przeddzień amerykańskiego Dnia Niepodległości Trump wspomina więc o „dumnych patriotach”, o wierze, rodzinie oraz o „wolnych i sprawiedliwych wyborach”. Te ostatnie słowa są nawiązaniem do rzekomych fałszerstw wyborczych, które w listopadzie 2020 r. miały pozbawić go reelekcji.

Jego fanów nie trzeba zresztą przekonywać do tej powtarzanej tezy o „skradzionych wyborach” (tezy, którą wiele razy podważały amerykańskie sądy). Ubrani w biało-czerwono-niebieskie barwy od kilku godzin wymachują flagami z hasłami: „Trump wygrał!”, „Chrzanić Bidena i chrzanić jego wyborców!”, „Zatrzymać kradzież!” (w domyśle: wyniku wyborów).

Grupa najwyraźniej bardzo zdeterminowanych zjawiła się na wiecu z trzymetrową nadmuchiwaną figurą Trumpa, która teraz chybocze się na wietrze. Tu, w Sarasocie, frekwencja dopisuje – mimo silnego deszczu przyjechały tysiące ludzi.

Cyfrowy banita

„Staliście tu od tylu godzin i przemokliście. Czy każdy z was jest mokry? Przynajmniej nie musicie dziś już brać prysznica. Deszcz jest taki czysty i przyjemny” – dowcipkował Trump. Dla niego to spotkanie z sympatykami było dopiero drugim jego wiecem od czasu pamiętnego przemówienia z 6 stycznia.

Wówczas – tuż przed zamieszkami, których punktem kulminacyjnym stało się chwilowe zajęcie Kapitolu – Trump zagrzewał zwolenników do dalszej walki o zmianę wyniku wyborów prezydenckich. Po tych wydarzeniach politycy Partii Demokratycznej wnieśli przeciw niemu oskarżenie o podżeganie do rebelii, jednak proces jego impeachmentu – podjęty na ostatniej prostej przed końcem kadencji – ostatecznie zakończył się uniewinnieniem przez Senat, w którym nie było dostatecznej większości.

Donalda Trumpa spotkała za to inna, dotkliwa kara: za szerzenie teorii spiskowych na temat wyborów został dożywotnio zablokowany na Twitterze, a na Facebooku co najmniej na dwa lata. Trudno też obejrzeć w sieci jego wiece – np. na dzień przed spotkaniem w Sarasocie szefostwo platformy YouTube poleciło zablokować planujący transmisję konserwatywny kanał Right Side Broadcasting Network.

Dziś Trump komunikuje się ze światem zewnętrznym za pomocą oświadczeń prasowych i szuka nowych sposobów, aby lepiej dotrzeć do swoich sympatyków. Miesiąc po nieudanej próbie rozkręcenia bloga (pod nazwą „Z biurka Donalda J. Trumpa”) zespół byłego prezydenta uruchomił nowy serwis społecznościowy GETTR, przypominający Twittera. To wszystko nie jest jednak w stanie zrekompensować utraty wcześniejszych możliwości, jakie dawał mu zwłaszcza Twitter.

Walka o Kongres

Zesłany na cyfrową banicję, Trump lubi podkreślać, że padł ofiarą „polowania na czarownice”, i wykorzystuje każdą okazję, by zaatakować niedawnego rywala, dziś prezydenta Joego Bidena. Nie inaczej było w Sarasocie, gdzie przekonywał, że Demokrata ma przymykać oko na „grasujących po ulicach przestępców”, wpuszczać do kraju gangsterów z Ameryki Środkowej, tłamsić wolność słowa i swobody religijne, a wreszcie – okazywać słabość w relacjach z Rosją, Iranem oraz Chinami.


CZYTAJ TAKŻE

WOJCIECH JAGIELSKI: Świat po Trumpie>>>


„W ciągu pięciu miesięcy administracja Bidena próbowała zniszczyć wszystko to, co dla nas drogie. (...) Jeśli tak dalej pójdzie, możecie pożegnać się z waszymi przedmieściami, Dniem Niepodległości, z waszym grillem” – wołał Trump, zagrzewając zwolenników do głosowania na kandydatów Partii Republikańskiej w przyszłorocznych wyborach uzupełniających do Kongresu.

To gra o dużą stawkę, bo jeśli Republikanie zdobędą przewagę w obu izbach, jeszcze łatwiej będzie im torpedować planowane reformy Bidena, dotyczące m.in. ochrony środowiska, infrastruktury czy polityki migracyjnej. Nowy rozkład sił utrudniłby również zatwierdzenie przez Senat nominacji kandydatów do sądów federalnych i Sądu Najwyższego.

„To jedyny sposób na uratowanie naszego narodu. Musimy zadbać o zwycięstwo w wyborach w 2022 r.” – przekonywał Trump, obiecując, że wraz z przegraną Demokratów w Kongresie w Ameryce „nastanie wolność słowa” i „pojawi się” więcej miejsc pracy.

Czesne dla wnuczków

W najbliższym czasie Trump może mieć jednak ważniejsze rzeczy na głowie niż mobilizowanie elektoratu.

Tuż przed wiecem na Florydzie nowojorska prokuratura oskarżyła o przestępstwa podatkowe jego firmę Trump Organization i zarządzającego nią Allena Weisselberga. Dyrektor finansowy usłyszał zarzuty dotyczące ukrywania przed fiskusem korzyści, jakie czerpał z firmowych bonusów. Według prokuratury biznesowe imperium Trumpa miało na lewo opłacać czynsz za mieszkanie Weisselberga w manhattańskiej dzielnicy Upper West Side, załatwić mu dwa luksusowe auta i ufundować prywatną edukację jego wnuczków (czek na ten ostatni cel miał wypisać sam Donald Trump). W ten sposób Weisselberg miał uchylić się od zapłacenia podatków na łączną kwotę ponad 900 tys. dolarów.

Byłby to wierzchołek góry lodowej, bo nadużyć podatkowych mieli dopuszczać się również inni wysoko postawieni menedżerowie firmy. W akcie oskarżenia mowa jest o tym, że w Trump Organization, która m.in. zarządza nieruchomościami, prowadzono dwie księgi przychodów i rozchodów. W jednej, do użytku wewnętrznego, skrupulatnie zapisywano wartość otrzymywanych przez menedżerów bonusów. W drugiej, prezentowanej fiskusowi, pomijano takie informacje, ważne z punktu widzenia opodatkowania. Zdaniem prokuratorów trwający od 15 lat proceder miał służyć jednemu: przyznawaniu menedżerom podwyżek, ale bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów.

Nic nie wskazuje, aby na tym etapie postępowania przedstawiono zarzuty Trumpowi. Nie oznacza to jednak, że może spać spokojnie. Prokuratorzy próbują teraz dociec, czy jego firma z jednej strony zawyżała wartości nieruchomości, by uzyskać jak najlepsze warunki pożyczek lub polis ubezpieczeniowych, a z drugiej zaniżała te wartości, by korzystać z ulg podatkowych. Kluczowym świadkiem może okazać się tu Weisselberg: przepracował 48 lat w Trump Organization, a wcześniej poszedł już raz na układ z prokuraturą. Wówczas chodziło o śledztwo w sprawie Stormy Daniels, aktorki porno, której na krótko przed wyborami prezydenckimi w 2016 r. zapłacono za milczenie na temat jej romansu z Trumpem.

„Po prostu się uwzięli”

Teraz, gdy na celowniku prokuratury jest Trump Organization, były prezydent mówi o nagonce sterowanej przez „radykalną lewicę”. Nie omieszkał poruszyć tego tematu na wiecu w Sarasocie, gdzie działania nowojorskich prokuratorów porównał do prześladowań politycznych w krajach komunistycznych.

„Fabrykują zarzuty, prześladują dobrych, porządnych patriotów (...) to faszyzm, autorytaryzm… Ludzie, którzy mówią, że bronią demokracji, niszczą ją na naszych oczach. Radykalna lewica zrobi wszystko, by powstrzymać nasz ruch Make America Great Again” – mówił, sugerując, że śledztwo w sprawie Trump Organization to kara za jego „walkę ze skorumpowanym establishmentem”.

Taka retoryka najwyraźniej trafia do jego zwolenników, na co wskazują cytowane przez dziennik „Guardian” wypowiedzi uczestników wiecu. Np. Garry Petty, 44-letni menedżer w firmie produkującej nawozy sztuczne, przekonywał dziennikarzy, że wszelkie zarzuty wobec Trumpa i jego firmy są „wyssane z palca”. „Szukają na niego haków od pierwszego dnia jego kampanii wyborczej w 2016 r. I do tej pory nic nie znaleźli. Waszyngton nienawidzi Trumpa za to, że jest biznesmenem, a nie politykiem potrzebującym od nich [establishmentu – red.] poparcia i pieniędzy. Cholernie boją się jego kolejnego startu w wyborach i dlatego za wszelką cenę chcą mu zaszkodzić” – twierdził Petty, który zdaje się nie przejmować długą listą śledztw i pozwów złożonych przeciw byłemu prezydentowi.


WEŹ, SŁUCHAJ

PODKAST POWSZECHNY: Ban dla Trumpa - rozmowa z Agatą Kaźmierską i Wojciechem Brzezińskim>>>


Wśród spraw większego kalibru wymienia się śledztwo dotyczące rozmowy telefonicznej Trumpa z Bradem Raffenspergerem, sekretarzem stanu Georgia. Jeszcze jako urzędujący prezydent Trump miał naciskać na urzędnika, aby „znalazł” głosy potrzebne do uzyskania w tym stanie przewagi nad Bidenem (różnica między nimi była tam niewielka). Na Trumpa czeka też seria pozwów cywilnych: od spraw o zniesławienie po kwestię jego odpowiedzialności za podsycanie nastrojów przed szturmem na Kapitol.

To nie koniec jego potencjalnych problemów. Pod koniec czerwca Izba Reprezentantów przegłosowała stworzenie specjalnej komisji śledczej, która może wyjaśnić działania Trumpa w dniu tych zamieszek, których charakter wstrząsnął wieloma Amerykanami.

Niepokojąca retoryka

Głosowanie w sprawie powołania takiej komisji przebiegło w Kongresie według podziału partyjnego. Za jej utworzeniem głosowało tylko dwoje republikańskich kongresmenów, Liz Cheney i Adam Kinzinger, którzy już raz wyłamali się z dyscypliny partyjnej, popierając w styczniu wszczęcie procedury impeachmentu. Większość Republikanów woli nie wychodzić przed szereg, bo za nielojalność wobec Trumpa i jego zwolenników mogliby zapłacić wysoką cenę. Pokazuje to historia Liz Cheney, która w wyniku wewnątrzpartyjnej nagonki straciła ostatnio ważne stanowisko w Izbie Reprezentantów i ma przed sobą trudną walkę o reelekcję.

W Partii Republikańskiej nie brakuje młodych polityków, którzy na sojuszu z Trumpem chcą robić karierę. Portal „Politico” podaje, że w dniu głosowania w sprawie wspomnianej komisji śledczej grupa republikańskich kongresmenów pojechała z Trumpem na granicę z Meksykiem. W przygranicznym mieście w Teksasie były prezydent mówił o konieczności budowy muru i oskarżał Bidena o rzekomo nieudolną odpowiedź na rekordowy napływ imigrantów z Ameryki Środkowej.

Nie bez powodu Republikanie sięgają po temat imigracji – to kwestia, która trafia do konserwatywnych wyborców i może stać się motywem przewodnim przyszłorocznej walki o Kongres. Ostatnie miesiące pokazały też, że dobrze sprzedają się kłamstwa dotyczące „skradzionych wyborów” w 2020 r. Taka retoryka niepokoi szczególnie w przypadku lokalnych kandydatów ubiegających się o fotele gubernatorów i sekretarzy poszczególnych stanów – czyli stanowiska, które odgrywają decydującą rolę w procesie organizacji wyborów.

„Dosłownie w każdym kluczowym stanie znajdzie się kandydat, który albo podważa wynik wyścigu prezydenckiego w 2020 r., albo brał udział w szturmie na Kapitol. Przyszłoroczne wybory będą referendum nad naszą demokracją” – przekonywała w rozmowie z „Washington Post” Jena Griswold, Demokratka i sekretarz stanu Colorado.

Według badania Reuters/Ipsos aż 61 proc. republikańskich respondentów wierzy, że wybory w 2020 r. „skradziono”, 53 proc. zaś uważa, że to Trump, a nie Biden jest prawowitym prezydentem USA.

Przymiarki do roku 2024

Donald Trump unika deklaracji, czy wystartuje w wyborach prezydenckich w 2024 r. Bada grunt i podczas rozpoczętej pod koniec czerwca serii wieców testuje swoją popularność. Lubi jednak podroczyć się z sympatykami i dziennikarzami; np. w niedawnym wywiadzie dla Fox News mówił enigmatycznie, że „podjął już decyzję” w sprawie roku 2024.

Przyszłość polityczna Trumpa zależy jednak mniej od jego własnej decyzji, a bardziej od dwóch czynników: przebiegu dotyczących go śledztw oraz sukcesu lub porażki tych kandydatów startujących w wyborach do Kongresu, którym udzieli poparcia. Tymczasem w Partii Republikańskiej nie brak polityków, którzy chętnie powalczyliby o Biały Dom. Wśród nazwisk pojawiają się Nikki Haley (była ambasador USA przy ONZ), Mike Pompeo (były sekretarz stanu), senator Ted Cruz i 42-letni gubernator Florydy Ron DeSantis.

Ten ostatni przedstawiany jest jako młodsza i nieco bardziej „ułożona” wersja Trumpa, ponieważ nie zalewa internetu obraźliwymi tweetami. Florydzki gubernator jest ostatnio na fali – tak jak niegdyś Trump, bryluje w konserwatywnej telewizji Fox News i ma dobre notowania w środowiskach republikańskich.

Amerykańskie media przywołują ankietę przeprowadzoną wśród uczestników prestiżowej konferencji konserwatystów w Denver: wynika z niej, że DeSantis nieznacznie wyprzedza Trumpa w roli faworyta w wyścigu o partyjną nominację (uczestnicy mogli zaznaczyć więcej niż jedną odpowiedź: na DeSantisa głosowało 74 proc., a na Trumpa 71 proc.). Nawet tak nieznaczna przewaga DeSantisa zaskakuje, bo w 2020 r. na tej samej konferencji Trump uzyskał poparcie niemal 95 proc. uczestników.

Nie ustąpimy

Na razie, na ponad trzy lata przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, pewne jest jedno: dla konserwatywnych wyborców Trump wciąż jest niekwestionowanym liderem Partii Republikańskiej. Tak wynika m.in. z sondażu Quinnipiac University, według którego aż dwie trzecie republikańskich respondentów chce, aby to on uzyskał partyjną nominację.

Na tym bazuje Donald Trump, który podczas wiecu w Sarasocie przekonywał: „Nie ma szczytu, jakiego nie jesteśmy w stanie pokonać, nie ma wyzwania, jakiego nie moglibyśmy podjąć (…). Nie poddamy się i nie ustąpimy. Nasz ruch jest daleki od zakończenia. W zasadzie dopiero się zaczął”.

Były prezydent ma rację co do jednego. Nawet jeśli nie wystartuje w 2024 r., filary jego polityki – określane jako „trumpizm” – nie znikną tak szybko z Ameryki. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka specjalizująca się w tematyce amerykańskiej, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. W latach 2018-2020 była korespondentką w USA, skąd m.in. relacjonowała wybory prezydenckie. Publikowała w magazynie „Press”, Weekend Gazeta.pl, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2021