USA wciąż są demokracją. W pewnym sensie

W 250. urodziny USA są na rozdrożu. Nadal są krajem wielkich możliwości, ale bez reform utracą pozycję w świecie – mówi Sean Wilentz, historyk z Princeton.
Czyta się kilka minut
Transmisja przemówienia Donalda Trumpa podczas inauguracji obchodów 250-lecia USA na National Mall w Waszyngtonie. Do 10 lipca mają tutaj miejsce liczne koncerty, pokazy wojskowe czy wystawy. 24 czerwca 2026 r. // Fot. Al Drago / Getty Images
Transmisja przemówienia Donalda Trumpa podczas inauguracji obchodów 250-lecia USA na National Mall w Waszyngtonie. Do 10 lipca mają tutaj miejsce liczne koncerty, pokazy wojskowe czy wystawy. 24 czerwca 2026 r. // Fot. Al Drago / Getty Images

MARTA ZDZIEBORSKA: Gdy USA świętują 250. urodziny, Biały Dom jest wielkim placem budowy, bo Trump wyburzył całe wschodnie skrzydło. Czy to dobra alegoria obecnej sytuacji w USA?

Sean Wilentz: To okropne, że druga kadencja Trumpa zbiegła się z obchodami 250-lecia powstania USA. Amerykanie i cały świat nie mają szansy na spokojną refleksję nad dziedzictwem i znaczeniem amerykańskiej wojny o niepodległość. Trump serwuje nam narcystyczną manifestację samouwielbienia: wyburzył wschodnie skrzydło Białego Domu, aby zbudować sobie salę balową. Ten i inne jego projekty to wypaczenie tego, czym naprawdę są Stany Zjednoczone.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że prawo daje prezydentowi dużą władzę. Tak dużą, że teoretycznie bez konsultacji z nikim mógłby zburzyć cały Biały Dom.

Trump nie tylko wykorzystuje niedoskonałości amerykańskiego systemu, ale wręcz nadużywa prawa. Szuka każdej okazji, by zmaksymalizować swoją władzę. To w myśl zasady, że jeśli działa się wystarczająco szybko, bez konsultacji i nie zważając na prawo, to wiele rzeczy może ujść na sucho. 

Prawnik Departamentu Sprawiedliwości przedstawił taką właśnie optykę, broniąc w sądzie projektu budowy sali balowej. Powiedział, że gdyby prezydent tylko chciał, to miałby też prawo szybko zburzyć Statuę Wolności i nikt nie mógłby mu w tym przeszkodzić.

Nie rozmawialibyśmy teraz o Trumpie, gdyby prezydentów wyłaniano bezpośrednio, a nie według systemu elektorskiego. W 2016 r. w skali całych Stanów więcej Amerykanów poparło Hillary Clinton niż Trumpa. Ale on uzyskał więcej głosów elektorskich, a to dzięki garstce wyborców z trzech stanów. Często powtarza Pan, że trumpizm to efekt rządów mniejszości.

Jest wiele aspektów naszego systemu konstytucyjnego, które – wykorzystane w określony sposób – mogą dać mniejszości nieproporcjonalnie dużą władzę.

Pierwszy przykład to właśnie wybory prezydenckie. Amerykanie oddają głosy nie na kandydatów, ale na elektorów danej partii. Ci zaś głosują na kandydata wskazanego przez większość wyborców w danym stanie. Mechanizm, mający uzasadnienie w 1787 r., gdy powstawała konstytucja, dziś wymaga reformy. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się to zmienić, choć w najbliższym czasie szanse na to są niewielkie. 

Zbyt dużą władzę mniejszości dają także wybory do Senatu USA. Każdy z 50 stanów – niezależnie od liczby ludności – jest reprezentowany przez dwóch senatorów. 

W ten sposób liczący niecałe 600 tys. mieszkańców stan Wyoming ma w Senacie taką samą siłę głosu co ponad 39-milionowa Kalifornia.

Jest tu też inny ważny wątek. W historii Stanów Zjednoczonych zdarzało się, że pewne grupy umacniały swoją władzę, choć stanowiły mniejszość. Niektórzy właściciele niewolników chcieli mieć wręcz prawo blokowania decyzji rządu, co przekreśliła wojna secesyjna.

Przy tak dużej polaryzacji reforma konstytucji jest dziś niemożliwa. Co można zatem zrobić, by uzdrowić amerykańską demokrację?

Głosować i jeszcze raz głosować. Podczas trwających teraz prawyborów, które wyłonią kandydatów do listopadowych wyborów do Kongresu, widać dużą mobilizację wśród elektoratu Partii Demokratycznej. Ludzie są wściekli na obecną sytuację w USA. Są też osoby, które nie znoszą Demokratów i dlatego zagłosowały na Trumpa w wyborach prezydenckich w 2024 r. Być może tym razem odpuszczą sobie pójście do urn.

A to zwiększa szanse Demokratów na odbicie przynajmniej jednej izby Kongresu.

Dlatego pierwszą linią obrony amerykańskiej demokracji jest pójście na wybory. Długofalowo potrzebne są gruntowne zmiany, które pozwolą ograniczyć władzę prezydenta. Jeśli Demokraci wygrają w listopadowych wyborach do Kongresu, to mogą spróbować zreformować Sąd Najwyższy, gdzie przewagę mają dziś konserwatywni sędziowie, w tym trzej mianowani przez Trumpa.

Mówimy o  sądzie, którego orzeczenia kształtują przepisy w ważnych kwestiach – od dostępu do aborcji po prawa wyborcze. Jak należałoby zreformować tę instytucję? 

Kongres mógłby zwiększyć swój wpływ na to, jakie sprawy rozpatrywane są przez Sąd Najwyższy. Jest to możliwe, gdyż Kongresowi przysługują uprawnienia dotyczące regulowania jurysdykcji sądów federalnych. 

Wśród Demokratów od lat krąży pomysł, by rozszerzyć skład Sądu Najwyższego i tym samym „obalić” konserwatywną większość.

To także sposób na okiełznanie obecnej, silnie upolitycznionej większości w tym sądzie. W latach 30. XX wieku nieudaną próbę rozszerzenia składu sędziowskiego podjął prezydent Franklin D. Roosevelt. Wtedy to były jednak inne czasy, może tym razem to by się udało, kto wie.

Choć taki manewr byłby mało demokratyczny, podobnie jak system finansowania kampanii wyborczych. Politycy, od prawa do lewa, siedzą w kieszeniach miliarderów. Czy ta sytuacja wymknęła się spod kontroli wraz z orzeczeniem Sądu Najwyższego z 2010 r.? Utorował on drogę do powstania komitetów Super PACs, które bez ograniczeń zbierają pieniądze na kampanie.

Absolutnie tak. Winę za tę sytuację ponosi konserwatywna większość zasiadająca wtedy w Sądzie Najwyższym. Ich werdykt sprawił, że pieniądze zasilają machinę wyborczą bez realnej kontroli. Niestety, odkręcenie tego orzeczenia z 2010 r. jest bardzo trudne.

Jak wyglądało finansowanie kampanii politycznych w 1976 r., gdy Stany świętowały dwusetne urodziny? Miał Pan wtedy 25 lat.

To ciekawa kwestia, bo w latach 70. XX w., na fali afery Watergate, wprowadzono reformy mające zwiększyć przejrzystość finansowania kampanii. Nie ma się jednak co łudzić, pieniądze zawsze odgrywały ogromną rolę w amerykańskiej polityce. Co innego jest tu źródłem problemu. To koncentracja bogactwa w rękach nielicznych, która w ostatnich 20 latach osiągnęła niewyobrażalną skalę.

Wszystko zaczęło się w latach 80. XX w., za prezydentury Ronalda Reagana, który deregulował rynek i ciął podatki, co ułatwiło akumulowanie majątku przez najbogatszych. Ten problem pogłębiła zbyt liberalna regulacja rynku medialnego za rządów Billa Clintona. Skorzystały na tym firmy, które dorobiły się fortuny na boomie internetowym. Dodajmy jeszcze cięcia podatków za prezydentury George’a W. Busha oraz za pierwszej kadencji Trumpa, kontynuowane teraz podczas drugiej kadencji. 

Gdy urodziłem się w 1951 r., najbogatsi płacili znacznie wyższe podatki niż dziś. To był czas dobrobytu odczuwalnego dla wielu, a nie tylko dla tych najbogatszych.

Dziś według sondaży mniej niż połowa Amerykanów wierzy, że każdy może zrealizować swój American Dream. Trudno jest kupić dom, opłacić opiekę nad dzieckiem, sfinansować koszmarnie drogie studia. 

Niestety, największy egalitaryzm ekonomiczny w USA przypadł na okres od lat 50. do 70. XX stulecia. Potem, a już w szczególności od drugiej kadencji George’a W. Busha, sytuacja się pogorszyła. Procentowy udział klasy średniej w bogactwie zmniejszał się, co utrudniało awans społeczny.

Około 90 proc. osób urodzonych w okolicach roku 1940 zarabiało w dorosłości więcej niż ich rodzice, po uwzględnieniu inflacji. Natomiast wśród Amerykanów urodzonych w latach 80. XX w. ten odsetek spadł do około 50 procent.

Pan miał swój American Dream, robiąc licencjat na Uniwersytecie Columbia oraz studia magisterskie i doktorskie na Yale. Łatwiej było wtedy opłacić naukę na prestiżowych uczelniach z tzw. Ligi Bluszczowej?

Zdecydowanie. Kiedy w 1968 r. zaczynałem studia licencjackie na Uniwersytecie Columbia, czesne wynosiło ok. 2,6 tys. dolarów za cały rok akademicki. To równowartość ok. 24 tys. dolarów dzisiaj, po uwzględnieniu inflacji. Tymczasem dziś czesne za rok studiowania jest trzykrotnie wyższe. Do tego trzeba doliczyć również rosnące koszty zakwaterowania, wyżywienia i podręczników. 

Natomiast moje studia na Yale to była zupełnie inna bajka. Większość studentów z mojego rocznika, w tym i ja, nie musiała w ogóle płacić czesnego, a do tego dostawaliśmy jeszcze stypendium.

Dziś to nie do pomyślenia... Kolejną bolączką Amerykanów są wysokie koszty opieki zdrowotnej. Według Pew Research Center aż 66 proc. uważa, że rząd federalny powinien zapewnić ją wszystkim. Czy to nie zaskakujący wynik w kraju, gdzie fundamentami są indywidualizm i obawa przed nadmierną ingerencją rządu?

Cóż, mnie te dane nie zaskakują. Stworzenie w latach 60. XX w. rządowych programów opieki dla seniorów Medicare oraz dla najbiedniejszych (Medicaid) wpłynęły na przestrzeni kolejnych dekad na oczekiwania Amerykanów. Wiele projektów, nazywanych dziś pogardliwie socjalistycznymi, wpisuje się w założenia Nowego Ładu, programu reform gospodarczo-społecznych z lat 30 XX w. 

Ówczesny prezydent Franklin D. Roosevelt próbował wprowadzić powszechne ubezpieczenia zdrowotne, ale wycofał się pod presją lobby lekarskiego. Hasła typu „Medicare dla wszystkich”, głoszone dziś przez zdeklarowanych socjalistów, jak Bernie Sanders, to w rzeczywistości kontynuacja linii reform sprzed niemal wieku. 

Dorastałem w latach 50. i 60. XX w., więc potrafię sobie wyobrazić, że odwrócenie zmian rozpoczętych za Reagana byłoby możliwe. Ale nie będzie to łatwe.

Co przede wszystkim należy zmienić?

Zwiększyć wydatki na programy społeczne, wzmocnić kontrolę nad rynkiem medialnym i zreformować system podatkowy tak, by bardziej obciążał osoby o wysokich dochodach.

Wróćmy do finansowania kampanii. Jest tu szansa na reformę? Konstytucję trudno zmienić, a politycy nie palą się do wprowadzania restrykcji, bo sami siedzą w kieszeniach miliarderów.

Być może należałoby wprowadzić coś w rodzaju publicznego finansowania wyborów, co jest już testowane na szczeblu stanowym i lokalnym. W Ameryce reformy przebiegają czasem od dołu do góry. Zanim np. uchwalono Nowy Ład, podobne rozwiązania wprowadzały niektóre stany. Potrzeba było dopiero tamtego Wielkiego Kryzysu, aby politycy wzięli się za ogólnokrajową reformę. Ktoś kiedyś nazwał rządy stanowe „laboratoriami demokracji” i jest w tym dużo racji. 

Czy w latach 70. XX w. możliwe było rozkręcenie kampanii prezydenckiej bez wsparcia armii miliarderów?

Tak, choć nie trzeba cofać się aż tak daleko. Spójrzmy na Baracka Obamę. Gdy startował w wyborach prezydenckich w 2008 r., miał co prawda wielu darczyńców, ale to nie jest tak, że tylko dzięki nim mógł rozwijać karierę. W chwili startu był wciąż człowiekiem znikąd.

Jednak był już wtedy senatorem.

Owszem, ale dopiero od kilku lat. Nie siedział głęboko w kieszeniach bogaczy.

Upieram się, że nadal można zaistnieć w polityce bez ogromnych pieniędzy, ale potrzeba tu niezwykłego zbiegu okoliczności. Jest znacznie trudniej niż w latach 70., ale wciąż uważam, że nie jesteśmy jeszcze oligarchią. Oczywiście, mamy prezydenta-kleptokratę posiadającego ogromną władzę nad zastraszonym Kongresem. Chyba nie można sobie wyobrazić gorszej sytuacji. Nie sądzę jednak, aby to był prognostyk na przyszłość. Nie jesteśmy drugą Rosją.

Amerykański historyk Alfred W. McCoy twierdzi, że USA są hegemonią w fazie ostatecznego upadku, o czym mają świadczyć interwencje za granicą i niestabilna sytuacja wewnętrzna, co z kolei jest sprzężone z utratą wpływów na arenie światowej. Zgadza się Pan z taką diagnozą?

Nie. Pomimo głupich i szalonych przygód za granicą, takich jak wojna z Iranem, Stany nadal są bogatym krajem o wielkich możliwościach. Wciąż w pewnym sensie jesteśmy demokracją. Nie podzielam poglądu, że powinniśmy porównywać się z dawnymi imperiami, które upadły. Mamy dziś inne realia, a do tego Stany to kraj jak żaden inny. 

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jesteśmy idealni. Ale biorąc pod uwagę nasz potencjał, uważam, że upadek hegemonii USA nie jest przesądzony.

Pół wieku temu USA też obchodziły urodziny w trudnym czasie. „Kraj wychodził z afery Watergate, zakończyła się interwencja w Wietnamie. Te kwestie polaryzowały. Mieliśmy wtedy nadzieję, że obchody 200-lecia pomogą zakopać podziały. Ale teraz atmosfera jest znacznie bardziej ponura” – mówi Sean Wilentz. Na zdjęciu: studenci z Los Angeles protestują przeciw wojnie w Wietnamie, 1972 r. // Fot. Larry Dalton / Archive Photos / Getty Images

Utrzymania dominacji USA nie ułatwia rekordowy dług publiczny, cięcia w nauce czy technologiczny i wojskowy rozwój Chin. „New York Times” twierdzi, że dominacja USA słabnie i dlatego amerykańskie wojsko musi wymyślić się na nowo. Choćby pod kątem używania tańszych technologii, a nie wyłącznie systemów kosztownych i wyrafinowanych. To pokazała ostatnio wojna z Iranem.

Jeśli Ameryka będzie kontynuować politykę obecnego reżimu, bo tak nazywam administrację Trumpa, to upadek Stanów jako światowej potęgi wydaje się nieunikniony. Tę sytuację można jednak odkręcić i mam nadzieję, że tak się stanie.

Jak porównuje Pan obchody 250-lecia USA z tymi sprzed 50 lat?

To też był trudny czas. Kraj wychodził z problemów po aferze Watergate, w 1974 r. prezydent Richard Nixon ogłosił rezygnację. Wcześniej, w 1973 r., zakończyła się interwencja USA w Wietnamie. Stany miały też za sobą trudną i długą walkę o prawa obywatelskie. Te kwestie polaryzowały społeczeństwo. Mieliśmy wtedy nadzieję, że obchody 200-lecia pomogą nam zakopać podziały.

Teraz atmosfera jest znacznie bardziej ponura. No chyba że ktoś jest fanem koszykarzy z New York Knicks i tak jak ja był na ich zwycięskim meczu z San Antonio Spurs [po 53 latach przerwy Knicks zostali mistrzami NBA – red.]. Byłem też ostatnio na koncercie Bruce’a Springsteena. To na takich wydarzeniach czuć dziś ducha Ameryki, a nie w Waszyngtonie na obchodach 250-lecia. USA są na rozdrożu, na którym nie były od dawna.

Sean Wilentz // Fot. Daniel Kramer

SEAN WILENTZ (ur. 1951) jest profesorem historii z Uniwersytetu Princeton. Bada zagadnienia dotyczące polityki i społeczeństwa amerykańskiego od czasów rewolucji w 1776 r. do współczesności. Autor wielu książek, z których jedna „The Rise of American Democracy: Jefferson to Lincoln” (Rozwój amerykańskiej demokracji: od Jeffersona do Lincolna) w 2006 r. trafiła na listę finalistów Nagrody Pulitzera.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Wyobrażam sobie inną Amerykę