Republikańska Ameryka. Zapytaliśmy dobrych ludzi z Teksasu o Trumpa i politykę

W oczach Europejczyków polityczna mapa Ameryki jest prosta: Stany Zjednoczone są mocno podzielone, na regiony czerwone i niebieskie – barwy Republikanów i Demokratów. Z bliska ten obraz się komplikuje. Jak on wygląda w Teksasie?
z Teksasu (USA)
Czyta się kilka minut
Hector z matką przed lokalem w Borger, listopad 2024 r. // Fot. Jan Radomski
Hector z matką przed lokalem w Borger, listopad 2024 r. // Fot. Jan Radomski

Teksas jest czerwony, republikański. Wygrywał w nim Trump (52 proc. w 2016 r., 52 proc. w 2020 r. oraz 56 proc. w tym roku), przegrywał Obama (44 proc. w 2008 r., 41 proc. w 2012 r.), wygrywał Bush, tu zresztą wychowany (59 proc. w 2000 r. i 61 proc. w 2004 r.). 

Ostatnim kandydatem Demokratów, na którego głosowali teksańscy elektorzy, był Carter. Jemu było jednak łatwiej – nie tylko za sprawą afery Watergate, która podważyła zaufanie do Republikanów. Obchodzący niedawno setne urodziny, Carter pochodzi z Georgii, jest więc południowcem. Może nie tutejszym, ale południowcem.

I choć z polskiej polityki wiemy, że głosy w dużych miastach rozkładają się inaczej, to jednak zaskakuje, że na kilka dni przed 5 listopada drużyna Dallas Mavericks gra swój mecz pod hasłem „Pride Night”. To hasło ruchu LGBT, hasło polityczne.

A przecież ten zespół jest dumą regionu. Maverick – buntownik, indywidualista – ma symbolizować ducha Teksasu. Nazwę drużyny wybrano w głosowaniu kibiców w 1980 r. Dziś, po ponad czterech dekadach, kibice tej drużyny oklaskują wokalistkę, która, ubrana w strój w kolorach tęczy, śpiewa hymn USA. Wokół przerobione na tęczowo loga sponsorów, w tym linii American Airlines (mają w tym mieście siedzibę). W Dallas kapitalizm idzie ramię w ramię z progresywnymi poglądami.

Dwie trzecie Dallas popiera Demokratów

Pewnie większość ludzi na trybunach podpisałaby się pod tym, co Gregg Popovich, legendarny trener Mavericksów, powiedział o Trumpie na konferencji prasowej: „Jest żałosny, jest mały, jest mięczakiem”.

Dwie trzecie Dallas głosuje na Demokratów. – Oczywiście, że popieram Demokratów! Trump to rasista, homofob. Tutaj prawie nikt na niego nie głosuje – mówi Laura. Dla niej to brzmi naturalnie, ale z polskiej perspektywy może dziwnie. Tutaj – czyli gdzie? Jesteśmy przecież w Teksasie.

Działaczka Partii Republikańskiej z hrabstwa Hutchinson, listopad 2024 r. // Fot. Jan Radomski

Laura przeprowadziła się do Dallas osiem lat temu, wcześniej mieszkała w Los Angeles. Pracuje jako menadżerka kawiarni. Gdy pytam, gdzie żyje się jej lepiej, bez wahania wybiera Teksas. – Ludzie są wspaniali! Nigdy nie spotkałam się z agresją, nikt w kawiarni nie zwraca uwagi na to, że nie jestem biała. Wiesz, niektórzy tylko zwracają uwagę, że młodo wyglądam – śmieje się. – W Kalifornii było gorzej, dużo agresji na ulicach. Mój brat mówi to samo.

Brat Laury jest gejem, wraz ze swoim mężem mieszkają w Los Angeles. – Powtarza, że tam na ulicach jest więcej homofobii niż w Teksasie. Lubią do mnie przyjeżdżać.

Amarillo: wiele krów i wiele plakatów Trumpa

Gdzie w takim razie jest ten czerwony Teksas? Pytam o to Bucky’ego, kelnera, który pracuje w gejowskim klubie w Oak Lawn (według „Out Traveler” najlepszej dzielnicy społeczności LGBT+ w Stanach). – U nas nie znajdziesz wyborców Trumpa – mówi ze śmiechem. – Nie widziałem ani jednego jego plakatu na ulicach Dallas.

Gdy Bucky dowiaduje się, że następnego dnia (a więc w dniu wyborów) jadę do Amarillo, reaguje entuzjastycznie: – Stamtąd pochodzę! No, tak, tam zobaczysz wiele plakatów Trumpa. Wiele krów i wiele plakatów Trumpa.

Bucky pochodzi z miejscowości na granicy między Teksasem a Oklahomą: – Tam nikt nie przyznaje się, że jest Demokratą. Moi rodzice są Republikanami, choć teraz głosują na Harris. Ale Trumpa popierają wszyscy, reszta rodziny, sąsiedzi, przyjaciele z dzieciństwa.

Gdy pytam, jak się z tym czuje, odpowiada z uśmiechem: – W porządku, nie przeszkadza mi to! To ich sprawa, takie mają przekonania. Ale to dobrzy ludzie – zaznacza, a ja nie spodziewam się jeszcze, jak często usłyszę  zdanie: They are good people.

– Na północy wszyscy są gościnni, na pewno wspaniale cię przyjmą. Ale jeśli chcesz się jutro z kimś cieszyć, lepiej zostań na wieczór wyborczy z nami – mówi mi na pożegnanie.

Texas panhandle: region o trudnej historii

Najbardziej wysunięty na północ fragment stanu to Texas panhandle. Panhandle, rączka od patelni. Nazwany tak, gdyż wbija się między inne stany: Oklahomę i Nowy Meksyk. Linia graniczna jest efektem zawiłej historii USA. Dwadzieścia sześć hrabstw zajmuje 10 proc. powierzchni Teksasu, choć mieszka tu tylko 1,6 proc. populacji.

To ziemia z trudną historią. Timothy Egan pisze w książce „Brudne lata trzydzieste”: „Ludzie ściągali (...) na Wysokie Równiny, ponieważ nie załapali się na wcześniejsze akcje rozdawania ziemi, zasiedlenia jej, wydzierania podstępem tubylcom ani na licytacje zadłużonych nieruchomości. Ominęły ich najlepsze grunty rolne, najlepsze tereny skradzione Indianom”.

Opowieść o tej części Stanów to historia wielkich nadziei i wielkich oszustw. Ludzie zostali sprowadzeni obietnicą otrzymania ogromnych połaci ziemi. Ta jednak okazała się jałowa. Aby przeżyć, musieli uprawiać rośliny tak intensywnie, że teren całkiem wysechł.

Wraz z tym przyszły dustery: wielkie burze piaskowe, które w latach 30. XX w. nawiedzały tę część Stanów. Intensywne rolnictwo wraz z suszą sprawiły, że wyschnięta gleba unosiła się w powietrzu na setki metrów. Stworzone tak kłębowisko pyłu przetaczało się po regionie, niszcząc uprawy, wsie i miasta. Ludzie desperacko czekali na deszcz.

Opady wróciły w 1938 r., ale okres burz piaskowych na zawsze zmienił ten kraj. Wielu ludzi porzuciło domy i szukało nowego życia gdzie indziej. „Zakopany po uszy w czarnym, starym pyle / musiałem spakować się i iść” – śpiewa Woody Guthrie w utworze „Dust Bowl Blues”. To właśnie o dusterach – i migracji, będącej ich skutkiem – opowiadał John Steinbeck w swoich najsłynniejszych powieściach.

Miami w Teksasie to najbardziej protrumpowe miasto w USA

Bucky nie kłamał. W hrabstwie, z którego pochodzi, 89 proc. głosów oddano w 2020 r. na Trumpa. W pobliskim hrabstwie Roberts jeszcze więcej: 96 proc. (Biden otrzymał... 17 głosów).

Nie przesadzał też, gdy mówił, że wokół widać krowy i Trumpa. Zapomniał jednak dodać, że rozciągającą się po horyzont prerię przecinają charakterystyczne kiwony – wieże służące do pompowania ropy. Jej zapach jest tak intensywny, że nie tylko wchodzi do nosa, ale też osiada w gardle.

W Stanach nie ma ciszy wyborczej, więc w dniu wyborów na ulicach widać osoby, które mają czapeczki bądź plakietki z Trumpem. Ale nikt nie agituje, ludzie z uśmiechem pozdrawiają się na ulicy, pokazują sobie kciuki, machają.

W Miami, stolicy hrabstwa Roberts (przez niektóre media określanym jako najbardziej protrumpowe miasto w Stanach), rozmawiam Richardem, 70-latkiem, który siedzi na murze obok szkoły. Na początku podejrzliwy, pyta, skąd jestem i kogo popieram, ale gdy dowiaduje się, że jestem z Europy, rozkręca się.

– Widziałeś, ile tu jest opuszczonych sklepów, farm, biznesów? Rząd o nas nie dba. Trump obiecał, że to zmieni, że takie regiony znów zaczną żyć. Nie będzie dawał kasy tylko na wielkie miasta, gdzie mieszkają bogaci ludzie – mówi z nadzieją.

Na pytanie, co dla niego najważniejsze, odpowiada od razu: – Ekonomia, a on się na tym zna. Nigdy nie miałem biznesu, byłem robotnikiem. Ale ten kraj bez biznesu nie istnieje.

Miasteczko na teksańskiej prerii: Trump przywróci nam godność

Od gospodarki zaczyna też właściciel palarni cygar, z którym rozmawiam w Borger, 12-tysięcznym mieście w hrabstwie Hutchinson: – Ekonomia, mały biznes. Jak Trump był prezydentem, małemu biznesowi było lepiej.

A co z Harris? – Jej poglądy w sprawie aborcji są dla mnie niedopuszczalne. Jestem też pastorem – wyjaśnia. Gdy pytam, czy zna osoby, które popierają Demokratów, odpowiada: – Niewielu, ale tak, znam. To są dobrzy ludzie – słyszę po raz kolejny.

Właściciel palarni cygar i zarazem pastor z Borger, listopad 2024 r. // Fot. Jan Radomski

Temat aborcji pojawia się w rozmowach chyba często. Dwukrotnie na pytanie, jakie Trump ma wady, słyszę tę samą odpowiedź: – Zmienił zdanie wobec aborcji, a to niedopuszczalne. To zbyt ważny temat, żeby raz uważać tak, a raz inaczej. Ale i tak na niego zagłosuję.

Poglądy Kamali Harris nawet nie mieszczą się w głowach osób, z którymi rozmawiam.

– Cieszę się, że rozmawiasz z nami, a nie tylko z mieszkańcami Dallas czy Austin. My przecież też istniejemy – mówi kobieta przed lokalem wyborczym w Borger. W Polsce jej słowa by mnie zaskoczyły. Przecież takie osoby jak ona są dla nas twarzą Teksasu. Ale w miasteczku na prerii rzeczywiście wydaje się, że to jej głos jest wykluczony.

– Wielkie miasta pokazują w telewizji. Tam ludzie interesują się polityką. U nas każdy żyje swoimi sprawami. Ludzie za mało mówią tu o polityce, bo nie mają czasu, ciężko pracują. Nawet księża boją się powiedzieć, by głosować na Trumpa. Tylko dwóch księży ma odwagę, ale i tak tylko sugerują, by głosować na tego, kto nie chce zabijać dzieci. Powinni mówić to głośniej. Ameryka to nie tylko wielkie miasta – stwierdza kobieta ze smutkiem.

– Trump przywróci nam godność! – dopowiada nagle przysłuchujący się nam mężczyzna.

Miasto Borger zbudowano na oszustwie

Nazwa miasta Borger pochodzi od Ace Borgera. Szemrany biznesmen, w 1926 r. kupił w tym regionie ogromną działkę. Ze względu na złoża ropy miasto szybko się rozrosło, a Borger brutalnie zarządzał nim przez swojego współpracownika, który został burmistrzem. Z całych Stanów zjeżdżali tu kryminaliści. Władzę w mieście sprawowała zarządzana przez Borgera i jego wspólników mafia, która zajmowała się nielegalną produkcją alkoholu.

Ostatecznie gubernator stanu w 1927 r. spróbował spacyfikować miasto – wysłał strażników Teksasu (jednym z nich był Frank Hammer, który kilka lat później zabił Bonnie i Clyde’a). Sytuacja trochę się poprawiła, ale na ulicach wciąż ginęły dziesiątki osób, a rok później w mieście wprowadzono stan wojenny. Do normalności miasto wróciło dopiero po 1934 r., gdy Ace Borger został zastrzelony przez swojego współpracownika.

Podobnie jak Texas panhandle, tak samo Borger zbudowane jest więc na oszustwie. Trudno mi nie myśleć o historii założyciela tego miasta, gdy słyszę, z jaką nadzieją mieszkańcy mówią o Trumpie.

Dlaczego Latynosi z Teksasu popierają Trumpa

Pod lokalem wyborczym w Borger spotykam Hectora, który na głosowanie przyszedł z matką. Dla formalności pytam, na kogo głosuje. Odpowiedź nie dziwi: – Na Trumpa.

Jednak później dodaje coś, czego się nie spodziewałem: – Ale moja mama głosuje na Harris.

Hector należy do tej grupy wyborców, która okaże się kluczowa dla wyniku: Latynosów, którzy poparli Trumpa chętniej niż zazwyczaj. Według exit polls cztery lata temu na Bidena głosowało ok. 70 proc. Latynosów i Latynosek. W tym roku na Harris oddano w tej grupie już tylko ok. 60 proc. głosów.

– U was mało osób głosuje na Harris – mówię do matki Hectora, co jej syn tłumaczy na hiszpański. – Tak, jest nas niewielka grupa – odpowiada zawstydzona w tym samym języku. Hector wyjaśnia, jaki jest podział rodzinny: – Mama ma ponad 70 lat, całe jej rodzeństwo jest za Harris. Ale już dzieci i wnuki głosują na Trumpa. 

Gdy pytam kobietę, jak się z tym czuje, odpowiada, że młodsza część jej rodziny jest loco, i wymownie kręci palcem przy głowie. Robi to jednak z uśmiechem. – Nie kłócimy się o politykę, wszyscy się kochamy – zaznacza zaraz Hector.

Pytam go o kwestię stosunku Trumpa do Latynosów. – Dla mojej mamy to problem, ona jest z pokolenia, które tu przyjeżdżało często nielegalnie. Ale ja jestem Amerykaninem! Dla mnie ważne jest dobro Ameryki. Mam wielu kolegów z Meksyku, którzy tu żyją, ale nie chce im się pracować, chcą dostawać pieniądze za nic. Jeśli Trump ich wyrzuci z kraju, to dobrze.

O Kamali Harris słyszę same najgorsze rzeczy

W lokalnej siedzibie Partii Republikańskiej nastroje dobre, witają mnie lokalne działaczki. Sherry zapisała się do partii kilka lat temu, gdy jej dzieci stały się samodzielne. Wcześniej pracowała w domu: – Chciałam pójść do pracy, ale mąż powiedział, że tyle lat nie mieliśmy dla siebie czasu, że teraz musimy być więcej ze sobą. Więc zapisałam się do partii.

Sherry z dumą pokazuje materiały reklamowe Trumpa: koszulki, plakaty, czapeczki. – To, że on przeżył zamach, to był cud – opowiada o nim z zachwytem. – Ale nie myśl, że się w nim bujam! (I have a crush on him) – mówi z uśmiechem. 

Działaczki Partii Republikańskiej z hrabstwa Hutchinson, listopad 2024 r. // Fot. Jan Radomski

O Kamali Harris słyszę same najgorsze rzeczy: chce zabijać dzieci, jest skorumpowana, nie dba o ludzi. – Demokraci wysyłają pieniądze na Ukrainę, a tak naprawdę to wszystko wraca z powrotem i napycha ich portfele, przez te wszystkie fundacje Gatesa czy Sorosa. Nie można im w nic wierzyć – stwierdzają kobiety. Jednak gdy pytam o ludzi, którzy głosują na Demokratów, znów słyszę: – To są dobrzy ludzie.

Kobiety różnią się właściwie tylko co do tego, co wydarzyłoby się, gdyby wynik był nie po ich myśli. – Jesteśmy chrześcijanami, jeśli Harris wygra, to taki był boski plan. Mam nadzieję, że nie będzie zamieszek – to Sherry.

– Oczywiście, że będą zamieszki. Tym razem nie odpuścimy! Jeśli Trump przegra, Teksas ogłosi niepodległość, a sąsiednie stany przyłączą się do nas. Nie będziesz mógł stąd wyjechać przez kilka tygodni – to jej koleżanka, półżartem. – Ale to dobrze, Teksas to przecież fajne miejsce do życia.

Harris? Marksistka! Trump? Apokalipsa!

Na szczęście nie musiałem tego sprawdzać. W wieczór wyborczy szybko okazało się, że wyniki są zgodne z wolą większości mieszkańców Texas panhandle.

– Jestem taka szczęśliwa! – krzyczy do mnie wieczorem na ulicy napotkana kobieta. Gdy pytam, co ta wygrana dla niej oznacza, mówi: – Nie będziemy musieli więcej żyć w kraju komunizmu. Kamala Harris jest marksistką, wiesz o tym, prawda?

Następnego dnia jadę do San Antonio i znów jestem w innym świecie. – Słyszałeś już o wyniku wyborów? – pyta Deon, weteran wojenny, który służył w marynarce. – Nie interesuję się polityką, mam politykę w dupie. Ale Trump jest wariatem, szaleńcem. To dyktator. Człowiek, który wywoła kolejną wojnę, zobaczysz. Jak Hitler, jak Putin. Pieprzyć Hitlera, pieprzyć Putina, pieprzyć Trumpa. Jesteśmy wolnym krajem, a wybraliśmy na prezydenta kogoś, kto wprowadzi nam dyktaturę.

Charakerystyczny dla teksańskiego krajobraru kiwon do pompowania ropy, listopad 2024 r. // Fot. Jan Radomski

Kilka godzin potem barman powie: – Jestem załamany. Trump to ktoś, kto nienawidzi ludzi. Chyba że jest się białym chrześcijaninem.

Po którejś podobnej rozmowie zaczynam myśleć o dusterach. Dla wielu zwycięstwo Trumpa przypomina taką apokaliptyczną chmurę pyłu. „Myśleliśmy, że to nasz osąd, myśleliśmy, że to nasz koniec” – śpiewa Woody Gunthrie w „The Great Dust Storm”. Ale kluczowy jest tu czas przeszły. Bo ostatecznie bohaterowie pakują się do samochodu i ruszają w poszukiwaniu nadziei. Ameryka odradza się na nowo.

Austin jest niebieskie, ale Teksas czerwony

Kilka dni później jestem w Austin, milionowej stolicy Teksasu. Staram się nie myśleć o polityce – siedzę i odpoczywam przy słynnej Szóstej Ulicy, przy której w licznych lokalach rozbrzmiewa muzyka na żywo.

– Mówisz po polsku? Pochodzę z Polski! – zagaduje James, który do Austin przyjechał na koncert, choć okazuje się, że po polsku zna tylko kilka słów. W Teksasie jest dopiero drugi raz w życiu. – Wolę unikać tego stanu – mówi z przesadnie skrzywioną miną.

James mieszka w okolicach Seattle, a pochodzi ze Wschodniego Wybrzeża. Niemal od razu przechodzi do wyborów: – Jestem niesamowicie wkurzony. – Więc głosowałeś na Harris? – pytam. – Oczywiście. Ale rozejrzyj się dookoła, jestem jedynym, który nie głosował na Trumpa.

Próbuję z nim dyskutować. Przecież Austin to miasto, gdzie trzy czwarte ludzi popiera Demokratów. James niby o tym wie, ale jakby niespecjalnie w to wierzył. A ja myślę, jak śmieszne jest to, że jego spojrzenie na Teksas bardziej łączy go z ludźmi z Europy niż z rodakami.

– Tak, Austin jest niebieskie, ale Teksas czerwony. Nie znam nikogo, kto głosował na Trumpa. Nikogo! Nikt z mojej rodziny, znajomych. A tutaj? Wszyscy – powtarza i znów wskazuje na ludzi przechadzających wokół nas.

Tym razem nie słyszę nic o tym, że to dobrzy ludzie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 48/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Dobrzy ludzie z Teksasu