Przyzwyczajony do oklasków, tuż przed swoimi urodzinami, które przypadły na niedzielę 14 czerwca, Donald Trump doznał terapii szokowej. Nie dość, że kolejni artyści nie chcą być z nim kojarzeni i rezygnują z udziału w koncertach na 250-lecie powstania USA, to jeszcze został wygwizdany podczas finału NBA w Nowym Jorku.
Trump musi przełknąć także to, że Kongres nie chce dać mu pieniędzy na budowę sali balowej, która miałaby powstać w miejscu zburzonego wschodniego skrzydła Białego Domu. Jeszcze w połowie maja prezydent zabiegał o te fundusze. Oprowadzając reporterów po placu budowy, pokazywał wizualizację sali, inspirowanej architekturą starożytnej Grecji i Rzymu. Obiecywał, że nacieszy ona oko i będzie odporna na zagrożenie ze strony dronów.
„Nie lubię używać słowa »snajperzy«, ale ten budynek powstanie również z myślą o nich. Mówię nie o snajperach wroga, ale o naszych. Ze względu na wysokość konstrukcji, będzie się stąd rozpościerać doskonały widok na cały Waszyngton” – rozprawiał, przekonując, że wszystko będzie najwspanialsze i największe. Podobnie jak kwota, jaką chciał wyprowadzić z budżetu.
Ile kosztuje sala balowa Trumpa
Mowa o miliardzie dolarów, który prezydent próbował zdobyć w ramach podpisanej właśnie przez niego ustawy finansującej działania służb imigracyjnych.
W tej na pozór niepasującej do siebie parze kaloszy diabeł tkwi w szczególe. Służby imigracyjne podlegają Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a jego częścią jest Secret Service – służba odpowiedzialna za ochronę najważniejszych osób w państwie. Według logiki Trumpa łączyło się to z zakupem dodatkowych zabezpieczeń wspierających pracę Secret Service, jak m.in. kuloodporne szyby czy systemy wykrywania dronów oraz zagrożeń chemicznych.
Ostatecznie, ze względów proceduralnych, a także w wyniku oporu ze strony senatorów, także tych z Partii Republikańskiej, propozycję wyrzucono do kosza. To stawia pod znakiem zapytania ambitne plany Trumpa. Podobnie jak trwająca w sądzie federalnym batalia. Rozstrzygnie ona, czy prezydent może w ogóle kontynuować budowę sali balowej (sprawa jest w apelacji).
Jak Trump zburzył kawałek Białego Domu
Trump nie daje za wygraną, choć z sondaży wynika, że większość Amerykanów jest przeciwna temu projektowi.
Aby zrealizować swoją idée fixe, prezydent kazał wyburzyć wschodnie skrzydło Białego Domu – bez konsultacji z komisją federalną, która nadzoruje projekty dotyczące budynków rządowych. Postawiono je na początku XX w. za prezydentury Theodore’a Roosevelta, a rozbudowano za rządów Franklina D. Roosevelta.
Biały Dom wykorzystał tu lukę prawną. Według przepisów federalnych z 1966 r. nie trzeba bowiem konsultować przeróbek budowlanych dotyczących trzech budynków w Waszyngtonie: Kapitolu, Sądu Najwyższego oraz właśnie Białego Domu. Choć tak mówią przepisy, prezydenci dotąd zgłaszali swoje plany odpowiednim komisjom.
Trump zignorował tę tradycję i w 2025 r. kazał zrównać z ziemią wschodnie skrzydło. Zrobił to, choć chwilę wcześniej obiecywał, że budowa sali balowej nie naruszy architektury Białego Domu.
Obiecywał też, że projekt będzie finansowany tylko z datków od darczyńców (m.in. big techów i firm kryptowalutowych), a koszt budowy wyniesie 200 mln dolarów. Dziś mowa jest o kwocie dwukrotnie wyższej, a pomysłodawca wyciąga rękę po pieniądze podatników.
Fundusz rekompensat dla swoich
Nic nie wzburzyło jednak ostatnio opinii publicznej tak, jak najnowszy pomysł prezydenta, czyli opiewający na niemal 1,8 mld dolarów fundusz rekompensat dla osób, które uważają, że zostały niesłusznie potraktowane przez rząd federalny.
Trudno tego nie odebrać jako zabiegu, który miałby zapewnić sowite wypłaty dla sojuszników Trumpa – ludzi, wobec których toczyły się federalne śledztwa lub którzy zostali skazani np. za udział w szturmie na Kapitol 6 stycznia 2021 r. Ostatecznie, wobec fali krytyki oraz decyzji sądu tymczasowo blokującej fundusz, administracja przynajmniej na razie ogłosiła wycofanie się z projektu.
Kontrowersje budzą także okoliczności utworzenia funduszu, który miał powstać w wyniku ugody Trumpa z urzędem skarbowym. Jednym słowem: prezydent dogadał się z własnym rządem po tym, jak wcześniej pozwał go, żądając 10 mld dolarów odszkodowania za to, że pewien urzędnik skarbówki przekazał mediom jego zeznania podatkowe (urzędnik został zresztą namierzony, trafił przed sąd i został skazany).
Ugoda, która chroni Trumpa i jego rodzinę
W ramach tej ugody prezydent uzyskał też coś znacznie dla siebie ważniejszego. Mianowicie skarbówka dostała bezterminowy zakaz prowadzenia audytów dotychczasowych zeznań podatkowych Trumpa, członków jego rodziny i jego firmy Trump Organization. Krótko mówiąc: rząd USA chroni swojego szefa i jego rodzinę przed potencjalnymi karami.
Dla Trumpa to ważna rzecz, jako że znany jest on z kombinowania, co pokazały choćby udowodnione w sądzie oszustwa finansowe jego firmy deweloperskiej. Gdy zaś sześć lat temu dziennik „New York Times” prześledził jego zeznania podatkowe (te, które wyciekły do prasy), okazało się, że Trump przez lata raportował fiskusowi wyższe straty niż zyski – po to, by uniknąć federalnego podatku dochodowego lub płacić tylko symboliczne kwoty.
Trump miał uzyskiwać taki efekt dzięki umiejętnemu „rozłożeniu” na kolejne lata dużych strat poniesionych w gorszych czasach – wykorzystując tu lukę w prawie podatkowym.
Dwa lata temu jeden z synów Trumpa, Eric, przyznał w rozmowie z „New York Timesem”, że skarbówka wciąż prowadzi wobec jego ojca audyt. Jeśli dotąd nie został on zakończony, to za ogrywanie fiskusa – konkretnie: za dwukrotne odliczenie tych samych strat – prezydentowi mogła grozić kara co najmniej 100 mln dolarów.
Na czym jeszcze zarabia prezydent USA
Ugoda ze skarbówką to najbardziej jaskrawy przykład tego, jak Trump robi ze Stanów własną skarbonkę. Ale dalece nie jedyny: prezydent nie ma skrupułów, aby zarabiać na akcjach firm, których kondycja finansowa zależy bezpośrednio od polityki Białego Domu.
Jak wynika z oświadczenia Trumpa, upublicznionego w połowie maja, tylko w pierwszym kwartale 2026 r. przeprowadził on ponad 3,7 tys. transakcji giełdowych o wartości szacowanej między 220 a 750 mln dolarów. Inwestował m.in. w banki oraz spółki z branży big tech, w tym Nvidię – firmę produkującą chipy.
Trump kupił akcje tej firmy niedługo przed tym, jak jego rząd wydał zgodę na eksport zaawansowanych chipów AI do Chin, co wywindowało notowania giełdowe Nvidii. Innym razem w imieniu Trumpa kupowano akcje firm z branży energetycznej – dokładnie w dniu, w którym odszedł on od gróźb ataku na irańskie elektrownie i ogłosił przedłużenie rozejmu z Teheranem.
Firma Trump Organization twierdzi, że wszystkie decyzje inwestycyjne podejmują niezależne instytucje finansowe i że ani prezydent, ani jego rodzina, ani kierownictwo firmy nie mają nad tym kontroli.
Konflikt interesów mu nie przeszkadza
Bez względu na to, gdzie leży prawda, Donald Trump po raz kolejny łamie przyjętą tradycję w amerykańskiej polityce. Choć prawo nie zakazuje prezydentom obracania akcjami, to zazwyczaj na czas rządów przekazywali oni swoje aktywa niezależnemu funduszowi powierniczemu, tak aby nie być posądzonym o konflikt interesów.
Co do zasady, głowę państwa obowiązują formalnie mniejsze obostrzenia niż innych pracowników rządowych. Trump może więc np. przyjąć od prezesa firmy Apple szklany dysk na podstawie pokrytej 24-karatowym złotem, ale urzędnik z jego administracji – już nie może. Prawo zakazuje bowiem urzędnikom przyjmowania prezentów od firm, których działalność zależy od polityki ich departamentu.
Dlaczego tak jest? W Stanach od lat trwa dyskusja, czy Kongres ma konstytucyjne prawo, by objąć prezydenta tymi samymi restrykcjami, co resztę egzekutywy. Niektórzy argumentują, że taki ruch mógłby utrudnić mu sprawowanie władzy. Prezydent, podobnie jak inni pracownicy rządowi, musiałby unikać angażowania się w sprawy, które mogą mu przynieść jakiekolwiek korzyści finansowe
Teraz, na fali kolejnych wątpliwych etycznie posunięć Trumpa, odżywają głosy, aby prezydentów i wiceprezydentów objąć tymi samymi obostrzeniami. Od lat jak bumerang wraca też projekt, aby prezydentowi i kongresmenom zakazać obracania akcjami na giełdzie.
Kryptowaluty – nowa żyła złota
Matt Lewis, który w książce „Filthy Rich Politicians” opisał korupcję wśród polityków w USA, od prawa do lewa, twierdzi, że w zestawieniu z Trumpem poczynania innych to jak „kradzież długopisów”. „Nikt, kogo krytykowałem (…), nie dorównuje nawet w najmniejszym stopniu tej maszynie do zarabiania pieniędzy na skalę przemysłową, jaką jest druga kadencja Trumpa” – pisze Lewis w serwisie The Hill. Zaznaczając, że Trump przebija sam siebie, bogacąc się bardziej niż za pierwszej kadencji.
Według analizy „Forbesa” z marca, majątek Trumpa w ciągu roku od objęcia urzędu urósł o 1,4 mld dolarów (i wynosi dziś 6,5 miliarda). Wzrost ten Trump zawdzięcza głównie kryptowalutom. „Wall Street Journal” wylicza, że firma World Liberty Financial (WLF), utworzona na finiszu kampanii w 2024 r., w ciągu 16 miesięcy przysporzyła tyle samo gotówki, co imperium deweloperskie Trumpa przez osiem lat (mowa o okresie 2010-17).
Kryptowalutowy biznes kręci się, bo tokeny, które sprzedaje World Liberty Financial, bywają traktowane jak „danina” przez tych, którzy chcą uzyskać coś od rządu. Według ustaleń „New York Timesa” tokeny kupili np. inwestorzy z Izraela i Hongkongu oraz Justin Sun, chiński przedsiębiorca kryptowalutowy, oskarżony w USA o manipulacje na rynku giełdowym.
Uwadze mediów nie umknęła też sekwencja zdarzeń wokół przejęcia 49 proc. udziałów w WLF. Najpierw emiracki szejk Tahnoon bin Zayed Al Nahyan kupił je za pół miliarda dolarów, a kilka miesięcy później rząd USA zezwolił na sprzedaż zaawansowanych chipów AI do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Kluby golfowe i pieniądze od lobbystów
Trump zarabia na władzy także dzięki projektom deweloperskim za granicą. Prowadzona przez jego synów Trump Organization korzysta na tym, że inwestorzy lgną do marki Trump, a rządy różnych krajów nie chcą robić problemu z wydaniem zgód na budowę, aby nie zadrzeć z Białym Domem.
Maszynką do robienia pieniędzy są także rzeczy na pozór drobniejsze – jak wysokie opłaty członkowskie w klubie Mar-a-Lago i klubach golfowych, które mają pomóc lobbystom i szefom korporacji w zdobyciu przychylności prezydenta.
Zastrzykiem gotówki dla niego stały się też ugody sądowe. Pozywając stacje telewizyjne i platformy społecznościowe (te drugie, bo blokowały jego konta w social mediach po szturmie na Kapitol), Trump uzyskał w 2025 r. co najmniej 90 mln dolarów.
Amerykańska demokracja a prezydent-biznesmen
No i są jeszcze hojne prezenty od zagranicznych rządów (odrzutowiec od Kataru, złoty zegar od Szwajcarów). Oraz projekty, które Trump wymyśla, by karmić swoje ego, jak budowa łuku triumfalnego w Waszyngtonie, propozycja wydrukowania banknotów 250-dolarowych z własnym wizerunkiem, a teraz huczne 80. urodziny, które miały pochłonąć 60 mln dolarów.

W przeddzień jubileuszu 250-lecia powstania USA, który przypada 4 lipca, Trump wykazuje co i rusz, że amerykańska demokracja okazuje się nieprzygotowana na prezydenta, który całe życie wykorzystywał luki prawne, czyniąc z tego modus operandi.
Wygląda na to, że prawo w USA wymaga gruntownej reformy. Bez tego Trump będzie mógł dalej działać, a teoretycznie patrzący mu na ręce kongresmeni – będą mogli bogacić się na giełdzie.
Tekst ukończono 11 czerwca
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











