Viviana nie przyszła jeszcze na świat, a już sporo przeżyła. Będąc w brzuchu mamy, uczestniczyła w waszyngtońskiej gali, podczas której 25 kwietnia miała miejsce kolejna próba zamachu na Trumpa. Napastnik sforsował punkt kontrolny, ale nie dotarł do sali balowej, gdzie był prezydent, jego żona, członkowie rządu i zaproszeni dziennikarze. Obok pierwszej damy siedziała 28-letnia Karoline Leavitt: rzeczniczka Białego Domu i mama Viviany.
Potem Leavitt zdążyła jeszcze poprowadzić briefing prasowy, na którym sugerowała, że odpowiedzialność za tę próbę zamachu ponosi retoryka polityków Partii Demokratycznej i medialnych komentatorów.
Cztery dni później była na porodówce. Narodziny córki ogłosiła na Instagramie: cały świat mógł zobaczyć, jak ją przytula, ubrana w różowy sweterek i dresowe spodnie.
Biały Dom nie podaje, na jak długi urlop macierzyński udała się Leavitt. Jako pracownicy federalnej przysługują jej trzy miesiące płatnego wolnego, ale nie jest jasne, czy wykorzysta całość. W jej zastępstwie briefingi dla mediów prowadzili sekretarz stanu Marco Rubio i wiceprezydent JD Vance. Można odnieść wrażenie, że to nowy zabieg Trumpa, by obu wypróbować – zanim namaści swego faworyta w walce o prezydenturę w 2028 r.
Karoline Leavitt, mała Viviana i multitasking
Karoline Leavitt jest pierwszą w historii rzeczniczką, która w trakcie pracy dla prezydenta USA urodziła dziecko. Ma też prawie dwuletniego syna Nicholasa. On z kolei przyszedł na świat podczas kampanii w 2024 r., gdy Leavitt była rzeczniczką sztabu Trumpa.
Wtedy też był zamach. Chłopiec urodził się trzy dni przed wiecem w Pensylwanii, gdzie Trump został postrzelony w ucho. Z uwagi na to, zaraz po rozwiązaniu Leavitt wróciła do pracy, rezygnując z urlopu. W magazynie „The Conservateur” wspominała, że musiała być wtedy mistrzynią multitaskingu. Bywało, że robiła makijaż, jednocześnie karmiąc synka, rozmawiając przez telefon i przygotowując się do występu w telewizji.
Ponoć gdy wcześniej ludzie ze sztabu Trumpa proponowali jej pracę rzeczniczki, nie zniechęciła ich informacja, że Leavitt jest we wczesnej ciąży. „Nie ma dla niego [Trumpa – red.] znaczenia, czy jesteś mężczyzną, czy kobietą, z dziećmi czy bez. On po prostu chce najlepszego i zaangażowanego pracownika. I właśnie to czyni go świetnym szefem” – przekonywała Leavitt jesienią 2024 r.
Matki z otoczenia Trumpa promują liczną rodzinę
W otoczeniu Trumpa zapanował dziś istny baby boom. Oprócz rzeczniczki Białego Domu, która poród ma już za sobą, szykują się do niego Usha Vance, żona wiceprezydenta, a także Katie Miller, której mąż Stephen jest wpływowym doradcą Trumpa. To on odpowiada choćby za agresywną politykę migracyjną tej administracji.
Zarówno Usha, jak i Katie spodziewają się czwartego dziecka i obie promują w sieci posiadanie potomstwa. W Dzień Matki, który w tym roku w Stanach obchodzono 10 maja, Usha Vance przekonywała w specjalnym nagraniu, że „dzieci są największym przywilejem jej życia”.
Z kolei Katie Miller opublikowała swoje zdjęcie z widocznym ciążowym brzuchem, które opatrzyła stwierdzeniem, że „rodzenie dzieci to szczyt feminizmu”. Oraz że najbardziej radykalną rzeczą, jaką kobieta może zrobić, jest pogodzenie się ze swoim „biologicznym przeznaczeniem”.
Pronataliści w USA chcą odbudowy rodziny i małżeństwa
Prominentne matki z Waszyngtonu są pijarowską twarzą ekipy Trumpa, która zachęca Amerykanów do prokreacji i odwrócenia trendu w demografii. Współczynnik dzietności osiągnął bowiem w USA historycznie niski poziom: 1,6 dziecka na kobietę. To dzwonek alarmowy dla demografów. A także dla rosnącego w Stanach ruchu pronatalistów, którzy wzywają do powiększania rodzin i sprzyjającej temu polityki.
W raporcie The Heritage Foundation ze stycznia 2026 r. (to think tank mający duże wpływy w ekipie Trumpa) czytamy, że jedynym sposobem, by „Ameryka mogła się rozwijać w przyszłości”, jest odbudowa rodziny i ożywienie instytucji małżeństwa. Dlatego rząd powinien wprowadzić ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych oraz… finansować obozy szkoleniowe, które przygotują pary żyjące dotąd bez ślubu do małżeństwa.
Z pronatalistami dogaduje się prezydent Vance. Po objęciu urzędu w styczniu 2025 r. stwierdził, że chce, by w USA rodziło się więcej dzieci, a zadaniem państwa jest pomoc młodym rodzicom w ponoszeniu kosztów ich wychowania. Rok później, podczas Marszu dla Życia w Waszyngtonie, jako ojciec spodziewający się czwartego dziecka żartował: „Niech zostanie to odnotowane: macie wiceprezydenta, który postępuje zgodnie z tym, co głosi”.
Elon Musk i Dolina Krzemowa inwestują w dzietność
Ruch pronatalistów skupia w USA dwie grupy: zwolenników tradycyjnego modelu rodziny i miliarderów z Doliny Krzemowej. Choć obie sporo też dzieli.
Najbardziej znany pronatalista to Elon Musk, który głosi, że niska dzietność to największe zagrożenie dla cywilizacji. Sam spłodził czternaścioro potomków – choć nie w modelu tradycyjnym, lecz z pięcioma kobietami. Inni, zamiast jak Musk samemu zapełniać lukę demograficzną, inwestują w start-upy wspomagające rozrodczość. Np. Peter Thiel wyłożył pieniądze na TMRW Life Sciences: firmę, która stworzyła nowoczesny system przechowywania zamrożonych komórek jajowych i zarodków.
W Dolinie Krzemowej są też start-upy pracujące nad budową sztucznej macicy i takie specjalizujące się w zaawansowanych badaniach genetycznych zarodków. Te ostatnie wpisują się w pęd bogaczy, pragnących „tworzyć” sobie idealne dzieci. Ponoć z takich usług korzystała Shivon Zilis, matka czworga dzieci Muska.
Korzysta z nich też najbardziej medialna para pronatalistów w USA: Simone i Malcolm Collinsowie, rodzice piątki dzieci. Otwarcie mówią, że wybierają sobie najlepsze zarodki. Głoszą też tezę, że bezdzietni są mniej wartościowi społecznie i powinni mieć ograniczone prawo głosu. Tego samego zdania zdaje się być Vance: w 2021 r., gdy ubiegał się o fotel senatora, sugerował, że głos dzietnych Amerykanów powinien znaczyć przy urnach więcej.
Ulgi podatkowe i in vitro w polityce prorodzinnej Trumpa
W tej historii jest też Donald Trump. Podczas prezydenckiej kampanii, wspierany przez Muska, obiecał, że rozkręci w USA baby boom. Po powrocie do Białego Domu okrzyknął siebie „prezydentem płodności” i wziął się za wdrażanie reform.
I tak, w 2025 r. podniesiono ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi i wprowadzono program jednorazowych wypłat dla dzieci urodzonych w trakcie drugiej kadencji Trumpa. Od lipca ich rodzice będą mogli założyć konto inwestycyjne, na które rząd „na dzień dobry” przeleje tysiąc dolarów. Potem wpłacać mieliby już sami rodzice, maksymalnie 5 tys. dolarów rocznie. Uzbieraną kwotę dziecko wypłaci po ukończeniu 18. roku życia, po potrąceniu podatku.
Administracja Trumpa wynegocjowała też z firmami farmaceutycznymi obniżkę cen leków stosowanych w in vitro. Według szacunków rządu, starający się o dziecko zaoszczędzą ok. 2 tys. dolarów. Tyle że jeden cykl in vitro kosztuje 15-30 tys. dolarów. I tu administracja wyszła ostatnio z kolejną propozycją: chce tak zmienić przepisy, by firmom łatwiej było oferować dofinansowanie leczenia niepłodności w ramach pracowniczych polis zdrowotnych.
„New York Times” twierdzi, że te reformy podobają się nawet przeciwnikom Trumpa. „Choć go nie lubię, byłoby niesamowite, gdyby to się udało” – tak zapowiedź obniżenia cen leków do in vitro komentowała w „NYT” 42-letnia pielęgniarka Kirstyn Cooke. Tłumaczyła, że dotąd, by sfinansować kolejne procedury in vitro, odkupowała leki od innych kobiet, mających jak ona problemy z płodnością, i musiała sięgać do oszczędności emerytalnych.
Cięcia socjalne mogą osłabić pronatalistyczne plany USA
Krytycy zarzucają jednak administracji Trumpa, że z jednej strony zachęca Amerykanów do prokreacji, a z drugiej im ją w istocie utrudnia.
W tej samej ustawie, przewidującej „tysiąc plus”, zredukowano fundusze na pomoc żywnościową i zdrowotną dla najbiedniejszych. To w najbliższych latach odbije się także na kobietach w ciąży, które w wyniku finansowych cięć dla pobliskich szpitali będą musiały jechać do bardziej odległych placówek. Może oznaczać dodatkowy koszt, dłuższe kolejki na ostrym dyżurze, a nawet potencjalne powikłania.
Wśród krajów rozwiniętych Stany mają największy wskaźnik umieralności matek przy porodzie lub w połogu. Winny jest m.in. właśnie brak dostępu do powszechnej opieki zdrowotnej.
Rzadkością w USA jest też płatny urlop macierzyński. Bywa, że Amerykanki wracają do pracy nawet kilkanaście dni po porodzie, bo ze względu na finanse czy strach przed zwolnieniem nie mogą sobie pozwolić na dłuższą przerwę. To, że Karoline Leavitt zrezygnowała z macierzyńskiego przy pierwszym dziecku, nie jest w Stanach niczym niezwykłym.
Wracając do dyskusji o demografii: krytycy zarzucają też Trumpowi, że jego agresywna polityka migracyjna pogłębia problem. Bowiem to napływ imigrantów, a nie porody, odpowiada za ok. 80 proc. przyrostu ludności USA. Trend się pogłębia: jak mówi cytowany przez „New York Times” demograf Kenneth Johnson, jeszcze w latach 2010-2020 imigracja odpowiadała za ok. 40 proc. wzrostu populacji.
Dlaczego Amerykanie coraz później decydują się na dzieci
W USA współczynnik dzietności systematycznie spada od 2007 r. Początkowo demografowie tłumaczyli to niepewną sytuacją ekonomiczną, w związku z ówczesnym kryzysem finansowym. Gdy po wyjściu z kryzysu Amerykanie nie wrócili ochoczo do prokreacji, zaczęto szukać kolejnych przyczyn.
Jako jedną z nich podaje się niski współczynnik dzietności wśród nastolatek, który od 2007 r. skurczył się aż o 72 proc., m.in. ze względu na powszechny dostęp do antykoncepcji. Bardziej prawdopodobne jest dziś, że dziecko urodzi kobieta po czterdziestce niż nastolatka, co wpisuje się w trend także w innych krajach rozwiniętych.
Amerykanie odkładają decyzję o dziecku, bo chcą najpierw skupić się na karierze, mają niepewną sytuację ekonomiczną czy zwyczajnie nie widzą siebie w roli rodziców. Według badania naukowców z Michigan State University, w latach 2002-2023 podwoiła się liczba osób deklarujących, że w ogóle nie chcą mieć dzieci (z 14 do 29 proc.).
Hamulcowym dla baby boomu bywa też brak szans na kredyt hipoteczny, wysokie koszty związane z opłatą za żłobek czy zadłużenie, jakie na starcie Amerykanie fundują sobie w postaci kredytu studenckiego.
Bez opieki zdrowotnej i urlopów baby boomu raczej nie będzie
Gdy rok temu „New York Times” ujawnił, że w ekipie Trumpa krążą takie projekty, jak wypłata 5 tys. dolarów za każde urodzone dziecko czy medale dla matek co najmniej sześciorga, w USA zawrzało. Cytowane w mediach Amerykanki mówiły, że potrzeba realnych reform: powszechnej opieki zdrowotnej, płatnych urlopów rodzicielskich, darmowych żłobków.
Ludzie dali też upust frustracji, gdy prawicowe media chwaliły rzeczniczkę Białego Domu, że choć jest w ciąży, ciężko pracuje na tak odpowiedzialnym stanowisku.
„A teraz wyobraźcie sobie siłę pracującej samotnej matki, która nie jest żoną dwa razy starszego od siebie milionera, nie zarabia na życie kłamaniem w telewizji i jeszcze musi płacić dwukrotnie wyższe składki na ubezpieczenie zdrowotne, a to z winy człowieka, dla którego pracuje Karoline” – pisała na platformie X dziennikarka Christina Lorey.
Pod jej postem rozlała się lawina komentarzy kobiet, które twierdziły, że same pracowały aż do porodu i nie mogły pozwolić sobie na dłuższy urlop macierzyński.
Tak wygląda twardy kapitalizm w USA. Baby boomu raczej więc nie będzie. Chyba że w otoczeniu Trumpa i milionerów z Doliny Krzemowej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















