Telefon dla dziecka. Prosty sposób, żeby odebrać mu wyobraźnię

Dzieci potrafią zapytać, czy kota da się zmierzyć w minutach, albo uwierzyć w stwory żywiące się kurzem. Siła ich wyobraźni jest nieograniczona. Niestety, współczesny świat, którego symbolem stał się kolorowy ekran, bardzo ją otępia.
Czyta się kilka minut
Fot. Uwe Umstatter / B&EW
Fot. Uwe Umstatter / B&EW

Kwestia mierzenia kota przy pomocy zegarka padła podczas spotkania z Agatą Romaniuk, autorką opowieści o „Kociej szajce”. Wielotomowa bajka podbiła serca najmłodszych, a autorka – podczas spotkań z czytelnikami – poznała dogłębnie świat dzieci. Przekonała się, że nie ma w nim trwałych reguł ani praw fizyki, i właściwie wszystko jest możliwe.

Telefony i dziecięca wyobraźnia

Najmłodsi z nas posiadają unikatową zdolność posługiwania się tzw. myśleniem rozbieżnym. Pojęcie to zdefiniował w 1968 r. Joy Paul Guilford, amerykański psycholog i pedagog. Ów typ myślenia charakteryzuje ludzi twórczych i umożliwia im znalezienie kilku rozwiązań danego problemu. 

Zdaniem Magdaleny Nestorowicz, terapeutki zaburzeń integracji sensorycznej, dzieci są tu „prawdziwymi poszukiwaczami alternatyw”, ponieważ poznają świat dzięki ciekawości, radości i wyobraźni. Nestorowicz podkreśla, że „myśleniem rozbieżnym” posługuje się aż 98 proc. dzieci w przedziale wiekowym 3-7 lat, jednak już wśród piętnastolatków ta umiejętność cechuje ledwie 2 proc. z nich.

Dlaczego dzieci w procesie dorastania tracą naturalną zdolność do zadawania pytań, interesowania się i zachwycania światem? Dlaczego rzeczywistość traci z czasem swą bajkowość i czar oraz powszednieje? Psychologowie dziecięcy są zgodni: odpowiedź leży po części w modelu wychowania, w którym coraz mniej miejsca jest dla swobodnej zabawy z rówieśnikami i... nudy. Winny jest także model edukacji, polegający na dość bezrefleksyjnym, pamięciowym uczeniu się pod kątem testów. 

Kolejny czynnik wymienia Nestorowicz: dzieci i młodzież – za przyzwoleniem rodziców – coraz częściej wybierają zabawy schematyczne, a wiele z nich jest uzależnionych od elektronicznych gadżetów. Z raportu „Nastolatki 3.0” Państwowego Instytutu Badawczego NASK wynika, że przeciętny nastolatek spędza przed ekranem komputera lub smartfona ok. 44 godziny w tygodniu. To więcej niż pełnoetatowa praca.

Dziecko ze smartfonem nie będzie się bawić

„Jest takie zwykłe” – pomyślała Krystyna spojrzawszy na podwórko przed blokiem, w którym mieszkała jako dziewczynka. Od kilkunastu lat niewiele się tu zmieniło. Ujrzała ten sam trawnik, który nazywały z przyjaciółkami „łączką”, drzewa i krzewy też rosły w najlepsze. Wycięto jedynie płaczącą wierzbę, która przed laty udawała górski szczyt, a kosztem starej piaskownicy poszerzono parking. Przywołując wspomnienia, Krystyna nie mogła uwierzyć, że kiedyś podwórko „przemieniało się”, w co tylko ona i jej przyjaciółki sobie zażyczyły. Kiedy bawiły się w dom, w myślach „budowały” pokoje pomiędzy krzakami, za stół i krzesła służyły kamienie, talerzami były kawałki drewna. Zakupy robiły zaś w „sklepie”, który oferował podstawowe produkty: kawałek uschniętego konara służył za bochenek chleba, piasek za mąkę. „Płaciło się” pieniędzmi z liści – wartość waluty zależała od ich wielkości.

Na podwórku każdy miał swoje tajemnice. Krystyna po cichu robiła aniołki, po czym umieszczała je w niewielkim dołku, dodawała kwiaty, przykrywała kawałkiem znalezionego szkiełka, przysypywała. Aniołek był jak talizman, strzegł przed złymi mocami. Kiedy nadchodził zmierzch, mama Krystyny wychylała się przez okno i krzyczała: „Kry-sia! Do domu!”. Kiedy dziewczynka przekraczała próg mieszkania, matka czasem się irytowała: „Żebyś ty choć raz wróciła na czas i choć raz była czysta”.

– Niekiedy mama podnosiła głos, ale ja i tak byłam przeszczęśliwa. Podczas zabawy na podwórku czułam, że wszystko jest możliwe, że jestem księżniczką, młodą mamą, baletnicą. Podwórko miało dla mnie magiczną moc. W dorosłym życiu taki przypływ radości dawały mi chyba tylko górskie eskapady – wspomina Krystyna.

Dzieciństwo Krystyny przypadło na lata 80. XX wieku. Dzieci rzadko przynosiły wtedy na podwórko swoje zabawki (bo miały ich niewiele), a jeśli już – prawie zawsze była to piłka albo guma do skakania. Te mniejsze brały ze sobą łopatki i wiaderka. Resztę rzeczy do zabawy trzeba było znaleźć, stworzyć albo sobie wyobrazić.

Kiedy przychodziła jesienna słota, więcej czasu spędzało się w domu. Maja (rocznik 1972) wspomina, że jej pokój – liczący dziewięć metrów kwadratowych – przemieniał się w górską wioskę. – Rodzice mówili mi, że mogę robić, co tylko zapragnę, jeśli po skończonej zabawie posprzątam – opowiada Maja. Pod biurkiem, przy pomocy rozstawionych szeroko krzeseł i koca, powstawał namiot. Maja – razem z rodzeństwem – urzędowała w nim cały dzień. W namiocie dzieci jadły, a nawet odrabiały lekcje.

Dziecko z telefonem dobre dla dorosłych

Współcześnie miejskie dzieci bawią się najczęściej pod okiem rodziców, patrząc w ekran smartfona lub komputera, gdzie wszystko podane jest „na tacy”. Minęły czasy klucza na szyi i beztroskiego hasania po okolicy. W opinii duńskiego psychologa, Jespera Juula, autora książek na temat wychowania, brak swobodnej zabawy stanowi jedną z największych traum najmłodszych. Bez niej wyobraźnia umiera. 

W wywiadzie rzece „Przestrzeń dla rodziny” Juul mówi: „Największą stratą dla dzieci w ostatnim trzydziestoleciu jest fakt, że nie istnieje dla nich żadna przestrzeń wolna od dorosłych. Nie ma już drzewa na podwórku, gdzie mogłyby przebywać same. Dawniej dzieci kształtowały swoje kompetencje społeczne w zabawie i komunikacji z innymi dziećmi. Takiej możliwości już prawie nie mają, bo nawet kiedy są razem, to dookoła stoją dorośli, którzy się do wszystkiego wtrącają”.

Ciągły rodzicielski dozór dewastuje wyobraźnię. Psycholożka Justyna Pięta uważa, że opiekunowie zbyt często mówią dzieciom, w co i w jaki sposób powinny się bawić, przez co trudniej wychodzić im poza określone przez opiekunów ramy, a tym samym zaspokajać głód twórczej zabawy i twórczych opowieści. Agata Romaniuk przekonała się o tym, będąc „panią wieczorynką, która opowiada improwizowane bajki na życzenie”.

– Dzieci bardzo rzadko chciały usłyszeć bajki standardowe: o księżniczce, syrence, smoku czy wyścigach samochodowych. Pragnęły opowieści o stworach, które karmią się kurzem, czy kostce lodu, która za nic nie chciała się rozpuścić w wodzie – opowiada autorka „Kociej szajki”.

Wszechobecna kontrola rodzicielska wiąże się z pozbawianiem dzieci ruchu. Na podwórko samemu wyjść raczej nie można, zresztą zazwyczaj jest tam pusto. W dodatku najlepiej, by było się „czystym” i „cichym” – zamiast drzeć się, ganiając wokół bloku, jak w czasach PRL. Opiekunowie uważają też, że ich pociechy nie powinny „tracić czasu”. Każde zajęcie powinno nieść ze sobą korzyść, dlatego wiele dzieci codziennie uczęszcza na zajęcia pozalekcyjne.

Magdalena Nestorowicz podkreśla, że dzięki wspólnym, spontanicznym zabawom ruchowym najmłodsi uczą się funkcjonowania w relacjach społecznych, rozwijają twórcze myślenie, rozładowują napięcie i wyciszają się. Brak ruchu powoduje zaburzenia integracji sensorycznej – mózg dziecka nie radzi sobie z uporządkowaniem nadmiaru informacji, których dostarczają mu zmysły. Maluch staje się nadpobudliwy, a nawet agresywny.

Dziecko z telefonem nie będzie się nudzić

Anna postanowiła wychowywać swoją córkę w duchu pedagogiki Juula. Spędzała z nią czas na spacerach w lesie, podczas których organizowały biwak bądź „wspinaczki na Mount Everest”. Zauważyła, że dziewczynka bawi się z przyjemnością także w domu: tym, „co akurat leży na stole”. Za figurki dwóch rozmawiających kobiet służyły jej np. łyżeczki do herbaty, które ubierała w spódnice z papierowych serwetek. Ale kiedy poszła do przedszkola, zaczęła pytać mamę, dlaczego rówieśnicy mają dużo zabawek, a ona nie ma ich praktycznie wcale. By dziecko nie czuło się gorsze, Anna kupiła jej drewniany domek dla lalek.

– Był piękny – opowiada. – Sama marzyłam o takim w dzieciństwie.

Domek miał dwa piętra, a każdy pokój wyposażono w miniaturowe mebelki. Zaraz po otrzymaniu zabawki córka była nią zachwycona, ale radość ta szybko przerodziła się w znudzenie. Domek wylądował w kącie i zaczął obrastać kurzem. – Był zbyt dosłowny, nie pozostawiał przestrzeni dla wyobraźni. Żeby z niego korzystać, córka musiała wejść w schemat zabawy wymyślony przez producenta. Nie chciała tego – opowiada Anna.

Pedagożka Justyna Sieradzka, także na podstawie swoich obserwacji podczas pracy w szkole, twierdzi, że dzieci żyją współcześnie w czasach nadmiaru. Ich pokoje pękają w szwach od zabawek, gier, ilustrowanych książek. Niewiele jest jednak zabawek, które można wykorzystać w sposób twórczy, coś przy ich pomocy stworzyć, zbudować. Dużo częściej można spotkać te z instrukcją dokładnie określającą, w jaki sposób je wykorzystać. Rozwinięty jest co prawda rynek księgarski, ale i książki powinno się wybierać w sposób odpowiedzialny, zbyt bogate w ilustracje mogą uśpić umysł.

– Historia przedstawiona w książce powinna rodzić się w wyobraźni, nie powinny wyręczać jej ilustracje. Dziecko ma raczej zamknąć oczy i „zobaczyć” świat, o którym czyta mama bądź tata – mówi Sieradzka.

Rodziców często drażni, a niekiedy wręcz wpędza w poczucie winy widok dziecka snującego się po mieszkaniu i mówiącego: „Nudzę się”. Wiele matek i ojców czuje się w obowiązku czymś je zająć, zainteresować. Każda zabawa winna służyć rozwojowi, zdobywaniu nowych kompetencji. Tymczasem Sieradzka uważa, że najbardziej twórcze zabawy rodzą się właśnie z nudy. 

Dorośli nie powinni także ingerować, kiedy dzieci „ponosi wyobraźnia” – wymyślają sobie nieistniejących przyjaciół (czasem są to ludzie, czasem zwierzęta lub bajkowe postaci), opowiadają o „przygodach”, które z nimi przeżyły, albo uczą się wymyślonego przez siebie języka. Najmłodsi w myślach konstruują sobie wtedy bezpieczny świat, szukają rozwiązań trapiących je problemów, osiągają ukojenie.

Właśnie dlatego obowiązujący u nas system edukacji, oparty na uczeniu się do testów, staje się wrogiem wyobraźni, przez co dzieci zamykają się na różnorodność interpretacji (np. podczas omawiania lektur szkolnych, dyskusji na temat zjawisk historycznych). Współczesna szkoła uczy myślenia schematycznego, mieszczącego się w ściśle określonych ramach. Bywa, że zadawanie pytań lub myślenie twórcze są wręcz karane, ponieważ nie mieszczą się w kluczu odpowiedzi przewidzianym dla testu.

Telefon doskonale hipnotyzuje dziecko

W obecnym świecie już niemowlęta – „by grzecznie jadły” albo „ładnie umyły zęby” – oglądają bajkę na ekranie. Widok siedzącego w wózku malucha, wpatrzonego w smartfona mimo hałasu w autobusie, stał się powszechny. Justyna Pięta wyjaśnia, że oglądając kreskówkę, maluch odczuwa dużą przyjemność dzięki wytwarzanej przez mózg dopaminie. Dziecko nie będzie chciało później rezygnować z takiego doznania i może szybko uzależnić się od urządzeń elektronicznych.

Tak było w przypadku Lilianny, która wykrzyczała do rodziców: „Jeśli zabierzecie mi telefon, stracę wszystko!”. Dziewczynka nie mogła się uspokoić, zanosiła się płaczem. Smartfona otrzymała w wieku dziesięciu lat, ale miał on służyć raczej rodzicom – do kontroli córki podczas jej powrotów ze szkoły. Szybko zauważyli, że dziewczynka sięga po aparat bez wyraźnej potrzeby. Nie raz przyłapali ją ukrytą pod kołdrą, gdzie bez ustanku przeglądała media społecznościowe. Po smartfona chciała sięgać nawet podczas posiłków, a w szkole siedziała jak na szpilkach – regulamin placówki mówi, że na czas lekcji uczniowie muszą zostawić urządzenia elektroniczne w szafkach.

– Przeraziłem się, gdy odkryłem, że córka spędza w sieci nawet osiem godzin dziennie – opowiada ojciec Lilianny, który zauważył, że ma z Lilą utrudniony kontakt. Wtedy też na jej telefon ściągnął aplikację mierzącą czas spędzony online i pokazującą historię odwiedzanych stron. Dzięki temu dowiedział się, że córka niemal bez ustanku rozmawia z rówieśnikami przy pomocy komunikatorów internetowych, słucha muzyki albo przegląda sklepy internetowe z kosmetykami i odzieżą.

– Gdybym mógł cofnąć czas, nie pozwoliłbym jej korzystać z telefonu tak wcześnie – przyznaje. Twierdzi też, że „życie w sieci” zupełnie zmieniło jego dziecko. Lilianna praktyczne przestała spotykać się z rówieśnikami, w miejsce spacerów z koleżankami i gier planszowych pojawiły się rozmowy przez internet (często prowadzące do kłótni), a po nich złe emocje. Dziewczynka zarzuciła chodzenie na basen. Na każdą propozycję wyjścia z domu odpowiadała: „To jest nudne”. Nudne stały się: place zabaw, muzea, weekendowe warsztaty organizowane w ukochanym dawniej kinie.

W końcu ojciec Lilianny postanowił poruszyć problem uzależnienia dzieci od urządzeń elektronicznych na szkolnym zebraniu. Tylko kilkoro rodziców ze zrozumieniem pokiwało głowami, reszta się żachnęła. „Takie są teraz czasy” – usłyszał. Albo: „Przecież dziecku można wyznaczyć limit korzystania z sieci. Moje ma. Tylko pięć godzin dziennie!”.

Rodzice mieli nadzieję, że Lilianna zrezygnuje ze smartfona na wakacjach u babci. Uwielbiała tę górską wioskę i nigdy nie pozwalała zagonić się do łóżka przed zachodem słońca. Kiedyś godzinami biegała z kuzynostwem po ogrodzie. Bawili się w berka, budowali domek na drzewie, w strumieniu urządzali morze. Wchodząc do domu mówiła z wypiekami na twarzy: „Jestem głodna! Nie mam siły na kąpiel!”. Niestety, również na wsi Lilianna miała do rodziców tylko jedno pytanie: „Kiedy dostanę telefon?”.

Największy problem dziecka: dorosły z telefonem

Tomasz Stawiszyński, filozof i publicysta, napisał z myślą o dzieciach książkę „Misja Sowy”. Jest ona hołdem złożonym wyobraźni, zachętą do poznawania świata dzięki lekturom. Jej bohaterami jest rodzeństwo – Tosia i Franek, które gubi się w centrum handlowym. Trafiają do „Bardzo Dziwnego Sklepu”, w którym dzieci podejmuje tytułowa Sowa. By odnaleźć rodziców, Tosia i Franek muszą odbyć długą podróż, zagłębić się w świecie fantazji. Przekonują się, że coraz więcej ludzi „spędza dnie i noce z nosami w telefonach komórkowych i tabletach”, przez co nie dostrzegają otaczającego je świata.

Po lekturze „Misji Sowy” nasuwa się pytanie, czy wychowywanie dziecka bez dostępu do telefonu komórkowego jest w ogóle możliwe? W każdym domu sięga się po niego, by „szybko coś sprawdzić”; nawet by przekonać się, jaka jest temperatura powietrza, mimo zawieszonego przy oknie termometru. Terapeuci dziecięcy są tu zgodni: prawdziwą sztuką jest nauczenie dziecka umiejętnego korzystania z urządzeń elektronicznych. Wytłumaczenie mu, że elektronika nie może zastępować książek, że informacje zawarte w sieci bywają zmanipulowane lub wręcz fałszywe. Ale by ten efekt osiągnąć, trzeba z dzieckiem przebywać nie tylko ciałem, lecz też duchem. A przede wszystkim rozmawiać i słuchać. Czy jeszcze sami to potrafimy? 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Smartfon na pełen etat