Na potrzeby tego tekstu rozmawiałam z nauczycielami i pedagogami z trzech województw: małopolskiego, wielkopolskiego i śląskiego. Poprosili o zachowanie anonimowości, by móc szczerze opowiedzieć o tym, jak radzą sobie z przepisami Ministerstwa Edukacji wymagającymi od nich indywidualnego traktowania uczennic i uczniów mających usprawiedliwione przez psychologa kłopoty z czytaniem, pisaniem i liczeniem.
Moi rozmówcy podkreślają, że co roku przybywa dzieci z opiniami o „specyficznych trudnościach w uczeniu się” (powodują je właśnie dysleksja, dysgrafia i dyskalkulia) oraz orzeczeniami uprawniającymi do „kształcenia specjalnego” (taki dokument otrzymują np. dzieci ze spektrum autyzmu). Pedagog z zachodniej Polski opowiada, że poradnia psychologiczno-pedagogiczna, z którą współpracuje, w jednym dniu rozpisała czterdzieści posiedzeń, na których specjaliści przesądzali o potrzebie specjalnego kształcenia.
A., nauczycielka języka polskiego w jednym z krakowskich liceów: – W klasie liczącej trzydzieści osób udaje mi się odczytać pismo może dziesięciorga. Choć wytężam wzrok, używając czasem lampki nocnej, na kartce widzę tylko nieczytelne „hieroglify”.
Co daje umiejętność ręcznego pisania?
Podobne doświadczenie ma C., nauczycielka polskiego z liceum ogólnokształcącego w Pile. Od kilku lat obserwuje, jak pogarsza się charakter pisma młodych ludzi, a ich notatki stają się jak szyfr. W sumie to nic dziwnego, zdecydowana większość z nich rzadko używa pisma ręcznego, o wiele częściej korzystają z klawiatur w swoich komputerach i smartfonach.
We wrześniu ubiegłego roku C. po raz pierwszy w swojej karierze wprowadziła wśród pierwszoklasistów (czyli osób piętnastoletnich) ćwiczenia z kaligrafii, choć jej nauka przewidziana jest w szkole podstawowej, i to w klasach 1-3.
C.: – Zajmuję miejsce w ławce obok ucznia. Obserwuję, w jaki sposób notuje. Sprawdzam, czy ma problem z pisaniem pojedynczych liter, czy też z ich łączeniem. A może stawia je pod zbyt dużym kątem? Myli ich kolejność bądź zniekształca? Na koniec zadaję do domu ćwiczenia, których celem jest nauka czytelnego pisania.
Uczniowie C. – zanim nie posiądą zdolności starannego pisania – nie mogą na lekcji posługiwać się długopisem. Używają specjalnych „piórek”, którymi stawia się litery wolniej, ale za to mają precyzyjniejszy kształt.
C. podkreśla, że dzieci posiadające nieczytelne pismo bądź piszące zbyt szybko i niestarannie, mogą nie radzić sobie w szkole. Przepisując z tablicy zadania matematyczne, „zapominają” np. o przeniesieniu minusa z jednej strony równania na drugą, nie są też w stanie odczytać własnych notatek z historii czy biologii, co sprawia, że gorzej się uczą. Pedagożka podkreśla więc, jak istotne jest, by dzieci otrzymały szybką pomoc. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia doświadczanie niepowodzeń edukacyjnych znacząco obniża motywację do pokonywania innych życiowych trudności. W przyszłości może powodować m.in. stany lękowe.
A. mówi, że w jednej z klas, w której uczy polskiego, co drugi uczeń nie potrafi nie tylko czytelnie pisać, ale i płynnie czytać. Powszechne jest łamanie zasad ortografii, bo po co się jej uczyć, skoro w smartfonie i w komputerze jest słownik? Najbardziej młodzi ludzie nienawidzą, kiedy A. zadaje im wypracowania. – Gdy proszę ich o napisanie „wypowiedzi argumentacyjnej”, składającej się z minimum trzystu słów, łapią się za głowy i pytają: „Ale jak mamy to zrobić?” – opowiada A. – Są po prostu przerażeni.
Spora część z nich zapewne już sobie radzi (albo niedługo zacznie), korzystając z pomocy narzędzi podobnych do ChatGPT, co jeszcze bardziej zamaskuje problemy uczniów i sprawi, że w przyszłości wielu z nich stanie się niesamodzielnymi ludźmi. Jest to o tyle niebezpieczne, że nakłada się na kolejny problem – w szkołach (zwłaszcza średnich) przybywa uczniów dotkniętych zaburzeniami zdrowia psychicznego.
Co to jest dysgrafia?
Słowo pochodzi od przedrostka „dys” i greckiego czasownika „grapho”, czyli piszę. Dysgrafia objawia się trudnością w uczeniu się czytelnego pisania. Notatki ucznia obciążonego tą dysfunkcją są nieestetyczne i nieczytelne, co wynika z zaburzeń koordynacji wzrokowo-ruchowej. Chociaż w powszechnej opinii dysgrafia objawia się jedynie nieczytelnym pismem, to de facto dotyka wielu sfer życia. Takie dzieci uważane są za „niezgrabne” ruchowo, nie radzą sobie podczas gry w siatkówkę, futbol czy koszykówkę – wyzwaniem może być też dla nich nauka gry na instrumentach muzycznych, wymagająca dużej koordynacji.
Masowa produkcja opinii o dysleksji i dysgrafii
Wielu uczniów i uczennic lęka się relacji z rówieśnikami, a wyjście z domu uważa za „konfrontację ze światem”, kontaktując się z nim poprzez portale społecznościowe – tylko z pozoru bezpieczniejsze, bo nieustannie pobudzające mózg i przepełnione hejtem. Z czasem taka młodzież stara się o zaświadczenia od psychiatry, uprawniające do „nauczania indywidualnego” (w domu ucznia lub za pośrednictwem internetu).
A. zwraca jednak uwagę, że system szkolny nie radzi sobie z dostosowaniem nauczania do rosnących, indywidualnych potrzeb uczniów. Widoczne jest bardziej to, że praca nauczycieli znacznie się wydłużyła, obrastając w biurokrację, która zresztą nie wiąże się z dodatkową gratyfikacją.
Część nauczycieli twierdzi, że opinie i orzeczenia są „masowo produkowane” przez psychologów, pedagogów i lekarzy. Najczęściej podawane w wątpliwość są opinie o dysleksji i dysgrafii. Pedagodzy wątpią, czy naprawdę co czwartego, a czasem wręcz co drugiego ucznia nie da się nauczyć zasad ortografii, czytelnego pisania i płynnego czytania.
Korzyści z posiadania zaświadczeń są dla uczniów bardzo konkretne. Dzieciom obciążonym dysfunkcjami nauczyciel musi zapewnić więcej czasu na napisanie klasówki, podczas której dyslektyk może popełnić więcej błędów ortograficznych i interpunkcyjnych, a także nie powinien być narażany na stres wywołany czytaniem na głos. Dzieci z dysleksją głęboką mogą zostać zwolnione przez dyrektora szkoły z nauki drugiego języka obcego, mają też prawo do dłuższego czasu podczas pisania egzaminu ósmoklasisty, ponieważ słabiej się koncentrują (maturzyści nie mają takiego przywileju).
Więcej ułatwień system szkolny przewiduje dla dzieci z orzeczeniami o specjalnym kształceniu, np. z uwagi na autyzm. Może przysługiwać im m.in. nauczyciel wspomagający, który czuwa podczas lekcji, by dziecko przepisywało treści z tablicy, ze zrozumieniem czytało polecenia i zanadto nie rozpraszało swojej uwagi. Tyle że nauczycieli wspomagających brakuje; kiedy któryś z nich zostawia na branżowym forum internetowym anons o poszukiwaniu pracy, pod postem natychmiast pojawiają się oferty z kilku bądź kilkunastu szkół. Niekiedy zgłaszają się placówki z sąsiednich województw.
K., pedagożka pracująca w jednym z krakowskich liceów, twierdzi, że rodzice i uczniowie często pytają ją wprost, jak „załatwić” zaświadczenie. Część uczniów szuka zaś w internecie wiedzy, co zrobić, by podczas testów wyjść na dyslektyka. Gdy już jednak otrzymają „papier”, nie są chętni do uczestnictwa w zajęciach „kompensacyjnych” i nie wykonują ćwiczeń zaleconych w opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej.
Efekt? Dzieci naprawdę dotknięte dysfunkcjami nie są traktowane poważnie – opinii o dysleksji i dysgrafii jest tak dużo, że nauczyciele nie bardzo w nie wierzą. Z takim problemem zetknęła się pani Maria z Krakowa. Nauczycielka nauczania początkowego stwierdziła na temat jej syna: „To żaden dyslektyk, tylko leń”. Matkę niepokoiło jednak, że dziecko pytane, jak prawidłowo pisze się „góra”, mówiło, że „przez o z kreską”, ale pisało „gura”. Chłopiec mylił też „b” z „d” i miał problem z płynnym czytaniem. W poradni psychologiczno-pedagogicznej zdiagnozowano dysleksję.
Niekiedy zrozumienia dla swoich dzieci nie mają też sami rodzice, i proszą o traktowanie dyslektyków „normalnie”. D., dyrektor jednej ze śląskich podstawówek, pamięta ojca, który poprosił, by jego syn nie korzystał z żadnych ulg. „Sam jestem dyslektykiem, a przy moim komputerze zawsze leży słownik ortograficzny” – argumentował.
Co to jest dysleksja?
Wiąże się z myleniem liter (np. B i D), pisaniem ich w odbiciu lustrzanym oraz robieniem błędów mimo znajomości zasad poprawnej pisowni. Dyslektyk może mieć trudność z układaniem klocków i puzzli, myli kierunki świata, trudno mu skoncentrować uwagę. Walijska badaczka Angela Fawcett uważa, że w porównaniu ze „zwykłym” uczniem, dziecko z taką dysfunkcją musi włożyć o wiele więcej wysiłku w naukę i poświęcić na nią wielokrotnie więcej czasu. Niekiedy osoba z dysleksją nie jest w stanie nauczyć się na pamięć nawet krótkiego wierszyka. Problemem jest także tzw. automatyzacja czynności, dlatego dyslektykom tak trudno jest nauczyć się płynnie czytać, a w dorosłym życiu – prowadzić samochód.
Dysleksja i dysgrafia nie mijają po szkole
Dr Urszula Sajewicz-Radtke i dr Bartosz M. Radtke są gdańskimi specjalistami psychologii klinicznej, z wieloletnim doświadczeniem w diagnozowaniu oraz pracy z dziećmi z dysleksją i dysgrafią. Kiedy słyszą o „pladze dysleksji”, mówią, że to przesada. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia ok. 20 proc. populacji zmaga się z dysleksją. W Polsce (według Państwowej Komisji Egzaminacyjnej) w latach 2015-2021 średnio 14 proc. uczniów piszących egzaminy zewnętrzne (ósmoklasisty, gimnazjalny, maturalny) posiadało opinie o dysleksji. Lokalnie bywało jednak gorzej. Np. w 2015 r. w Trójmieście aż 28 proc. uczniów kończących gimnazjum legitymowało się opinią o dysleksji bądź dysgrafii.
Tendencja ta wzrasta jednak w całym kraju. W roku 2023 opinię taką posiadało już 24,6 proc. polskich uczniów i uczennic przystępujących do matury.
Dr Radtke nie sądzi, by opinię o dysleksji bądź dysgrafii można było sobie „załatwić”. – Jeśli tak się dzieje, są to tylko niechlubne wyjątki. Tak jak w pojedynczych przypadkach udaje się komuś „oszukać diagnostę” lub diagnozę „wyłudzić” – mówi dr Radtke. – Sporo jest też uczniów, którzy potrafią przez wiele lat kompensować dyslektyczne trudności np. wysoką sprawnością intelektualną. Dopiero w późniejszych latach, przed egzaminami zewnętrznymi, dysleksja zaczyna się mocniej ujawniać.
Dr Urszula Sajewicz-Radtke podkreśla, że dysgrafia, która w powszechnej opinii objawia się jedynie nieczytelnym pismem, de facto dotyka wielu sfer życia. Takie osoby sprawiają wrażenie nieporadnych i niejednokrotnie słyszą: „gapa jesteś”, „o własne nogi się potykasz”, „co ci dam do ręki, to zaraz zepsujesz”. Bywa, że z powodu zaburzeń w koncentracji oddają niestaranne prace i wciąż słyszą, że nie przykładają do nauki odpowiedniego wysiłku.
Dysleksja kojarzy się z kolei z robieniem błędów ortograficznych i interpunkcyjnych oraz nieumiejętnością płynnego czytania. Choć wciąż spotykamy się z twierdzeniami, że „kiedyś dysleksji nie było, bo dzieci były miej leniwe i się uczyły”, to kłam tej teorii zadają badania. Jako jeden z pierwszych w historii przeprowadził je Albert Galaburda, urodzony w Chile neurobiolog. Odkrył on, że mózgi osób obciążonych dysleksją posiadają inną budowę, gdyż w życiu prenatalnym doszło w nich do zaburzonej migracji neuronów. Dr Radtke mówi, że dyslektycy potrzebują więcej czasu, by zrozumieć, co czytają. Choć ich uszy prawidłowo odbierają dźwięki, to mózg w nieodpowiedni sposób je przetwarza, dlatego „Kasia” i „kasza” brzmi dla nich tak samo.
Dr Urszula Sajewicz-Radtke uważa, że system edukacji ma problem z efektywnym planowaniem wsparcia dla dzieci i młodzieży. – Jeśli na klasę liczącą dwadzieścia pięć osób piątka posiada opinie o trudnościach w nauce, a kolejna trójka orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego, dla szkoły może to być olbrzymim wyzwaniem. Dziś coraz częściej nie udzielamy więc efektywnej pomocy, bo jest to po prostu niewykonalne – mówi Dr Sajewicz-Radtke.
Co to jest dyskalkulia?
Potocznie nazywana jest dysleksją matematyczną. Polega na trudności w nauczeniu się liczenia (dziecko myli cyfry, liczby, symbole, znaki, daty), w rozwiązywaniu nawet prostych zadań matematycznych, na nieradzeniu sobie ze zrozumieniem abstrakcyjnych idei. Dziecko z dyskalkulią nie jest w stanie osiągnąć poziomu matematycznego stosownego do swojego wieku, do prostych działań matematycznych wykorzystuje kalkulator, liczy na palcach, ma również problemy z pojęciem czasu i odczytaniem godziny na zegarze.
Cały stos kłopotów
Współczesna szkoła powinna nie tylko uczyć, pouczać i dyscyplinować uczniów, ale też podążać za nimi, a także mądrze reagować na świat, który w dwóch ostatnich dekadach zupełnie się zmienił, niosąc nieznane wcześniej zagrożenia. Młodzież żyje dziś w dużej mierze w rzeczywistości cyfrowej, a to sprawia, że jej wyobraźnia nie jest pobudzana w efektywny sposób, lecz raczej zastępowana przez wygenerowane na ekranach obrazy – natomiast koncentracja uwagi bywa zupełnie rozproszona nadmiarem bodźców.
Młodzi ludzie są zarazem nastawieni na szybkie wyszukiwanie treści i natychmiastową gratyfikację, także w obrębie uczuć i emocji. Na przerwach siedzą wpatrzeni w ekrany smartfonów, coraz rzadziej rozmawiają ze sobą twarzą w twarz – wolą posługiwać się komunikatorami internetowymi, nawet jeśli ich kolega lub koleżanka siedzi niedaleko. Zdarza się nawet, że w wieku jedenastu, a nawet trzynastu lat nie potrafią odczytać godziny na tradycyjnym zegarku.
Prawdziwą plagą jest również niechęć do czytania. Choć – jak podkreśla C. – zdarzają się pasjonaci ambitnej i trudnej literatury, to dla niejednego licealisty przeczytanie książki znajdującej się w kanonie lektur jest torturą. Kiedy C. poprosiła swoich uczniów, by szczerze odpowiedzieli na pytanie, kto z nich przeczytał stosunkowo łatwo przyswajalną „Lalkę” Bolesława Prusa – dowiedziała się, że spośród dwudziestu ośmiu jedynie sześć osób oddało się lekturze powieści. Część „podjęła próbę” jej przeczytania, kilkoro sięgnęło po audiobook, reszta wybrała streszczenia. Licealiści twierdzili, że „lektury szkolne są nudne” i „powodują martwicę mózgu”. Być może dysgrafia i dyskalkulia nie są więc największym problemem, z jakim będziemy musieli się w najbliższym czasie zmierzyć.
Imiona nauczycieli zostały zmienione
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















