Pary, których dzieci przyszły w ten sposób na świat, podkreślają: „Chcielibyśmy, by do wszystkich dotarło, jak długą i bolesną drogę przeszliśmy”. Dla wielu z nich niepłodność – i wykonywany w jej konsekwencji zabieg in vitro – to doświadczenie skrajnie trudne. Zanim przystąpili do zapłodnienia pozaustrojowego, przez kilka, a niekiedy kilkanaście lat starali się o poczęcie. Mieli za sobą kilka prób inseminacji (podczas zabiegu lekarz podaje nasienie bezpośrednio do jamy macicy) i kilka poronień. Byli na skraju fizycznego i emocjonalnego wyczerpania. In vitro stanowiło dla nich ostatnią deskę ratunku. Gdyby się nie powiodło, zostaliby bezdzietni.
Do gabinetu prof. Roberta Jacha, konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, trafiają pary bezskutecznie starające się o poczęcie. Profesor długo wylicza przyczyny niepłodności. Najczęściej przesądzają o niej zaburzenia owulacji (w większości przypadków spowodowane zachwianiem równowagi hormonalnej). U ok. 35 proc. kobiet diagnozuje się endometriozę (obecność błony śluzowej macicy poza jej jamą), na zdolność do poczęcia wpływają także radioterapia i chemioterapia. Męska płodność uzależniona jest od gospodarki hormonalnej i jakości nasienia. W przypadku ok. 25 proc. par nie udaje się wyjaśnić genezy niepłodności, mówi się wówczas o jej „idiomatycznym podłożu”.
Prof. Jach podkreśla, że według raportu opublikowanego w 2023 r. przez WHO ok. 17,5 proc. (czyli jedna na sześć osób) dorosłej populacji na całym świecie doświadcza niepłodności. W Polsce problem dotyka ponad dwóch milionów ludzi. Wspomniany raport definiuje niepłodność jako chorobę „demokratyczną”, odsetek cierpiących na nią par jest porównywalny w krajach o wysokich, średnich i niskich dochodach. Ponad połowie par, które prof. Jach obejmuje leczeniem, nie można pomóc w inny sposób, niż kierując je na zabieg inseminacji, a w późniejszej kolejności in vitro.
Projekt dziecko
Anna postanowiła, że zaraz po studiach wyjdzie za mąż i zostanie mamą. Podczas wizyty przedkoncepcyjnej (służy odpowiedniemu przygotowaniu organizmu do ciąży) lekarz ginekolog spojrzał na wyniki jej badań i powiedział: „Proszę działać, jest pani w pełni zdrowa i – co ważne – młoda”. Pomiędzy Anną i jej mężem było dużo czułości. Często się kochali, początkowo Anna nie zważała na dni płodne i niepłodne. Kiedy spóźniała się jej miesiączka, drżała z emocji. Biegła do łazienki i wykonywała tekst ciążowy. Po chwili płakała nad jednym różowym paskiem w jego okienku. Lekarz polecił parze zdrową dietę, wypoczynek i uprawianie seksu w jednej – sprzyjającej zapłodnieniu – pozycji.
– Po kilku miesiącach kochaliśmy się już bez przyjemności i jedynie w dni płodne – wspomina Anna. – Nie mogłam skoncentrować się na pracy, z niechęcią spotykałam się z przyjaciółmi. Z mężem byliśmy jak maszyny zaprogramowane do osiągnięcia jednego celu. Zaczęło to przypominać obsesję.
Anna przeszła kilka zabiegów inseminacji. W końcu, po dwóch latach bezskutecznych starań, parze polecono próbę zapłodnienia pozaustrojowego. Kobieta bała się związanej z nią procedury. Miała wrażenie, że jej marzenie o naturalnym zajściu w ciążę zamieniło się w projekt. – W klinice leczenia niepłodności musieliśmy wypełniać sterty dokumentów. Czułam się, jakbym zaciągała kredyt na mieszkanie, a nie przygotowywała się do roli matki – opowiada.
Najbardziej obawiała się samego zapłodnienia, które dokonuje się nie podczas aktu miłosnego, lecz w sterylnej sali kliniki. Kiedy jej mąż poszedł oddać nasienie, a ona czekała na punkcję (pobranie jajeczek z jajnika, zabiegu dokonuje się pod narkozą przy pomocy długiej, cienkiej igły), przemknęło jej przez głowę: „To nie tak miało wyglądać”. Czuła, że życie odebrało jej coś ważnego i pięknego. „Jestem wybrakowana, nie jestem pełnowartościową kobietą” – myślała. „Dlaczego trafiło na mnie?”. Kiedy wybudzała się z narkozy, embriolog sprawdzał, ile jajeczek udało się pobrać. Było ich sześć, powiodło się zapłodnienie trzech. Po dwóch dniach Anna odebrała telefon z laboratorium: „Mamy dwa zarodki. Ich komórki ładnie się dzielą”. Jeden z nich umieszczono w jej macicy.
Pierwszy trymestr ciąży znosiła źle. Czuła senność, miała nudności. Na przemian płakała i wpadała w euforię. W drugim trymestrze pojawiło się nadciśnienie tętnicze, opuchlizna, ciężkie myśli. Choć mąż był dla niej czuły, miała poczucie dojmującej samotności. Nie chciała rodzić naturalnie. Bała się, że ciało znów ją zawiedzie – jak mówi: „znów okaże się wybrakowane” – i że noworodek przyjdzie na świat niedotleniony. Wybłagała lekarza, by skierował ją na cięcie cesarskie.
– Kiedy położna położyła koło mojej głowy owiniętego w pieluszkę Jeremiego, wybuchnęłam płaczem. Był siny, pomarszczony, mokry, a ja powtarzałam: „Jest piękny, Boże, jest taki piękny”. W tej chwili poczułam, że dziecko z in vitro jest takim samym cudem, jak niemowlę poczęte naturalnie.
Gra świateł
Barbara Baranowska przez wiele lat wykonywała zawód embriolożki, obecnie jest położną i wykładowczynią. „Embriolog to zawód techniczny. Owszem, jest to też rodzaj sacrum, bo osobiście łączę plemnik i komórkę jajową” – mówi w książce Sylwii Szwed „Mundra”, wydanej nakładem Wydawnictwa Czarne.
Dodaje, że embriolożka powinna być obdarzona cierpliwością. Że musi umieć bez reszty koncentrować się na jednej wykonywanej czynności. I że jej dłonie cechuje niezwykła precyzja ruchów. Ważne, by posiadała też coś, co można nazwać szóstym zmysłem.
Kiedy Baranowska otrzymywała od lekarza pobrany z jajnika kobiety płyn, wylewała go na specjalną szalkę i przystępowała do szukania komórki jajowej, czyli – jak wspomina – „takiej małej kuleczki”. Owa kuleczka jest „tak malutka, że przeciętni ludzie nie dostrzegają jej nawet pod mikroskopem, ale embriolog ją widzi”. Baranowska wspomina: „Patrzysz na przejrzysty płyn i jesteś pewna, gdzie ona jest. Jak znajdę komórkę, to wciągam ją szklaną pipetą, wszystko robię ustami”.
Po pozyskaniu komórki jajowej embriolożka ocenia jakość nasienia. By zapłodnienie się powiodło, plemniki muszą być żywotne. Samą chwilę zapłodnienia Baranowska określa jako „akt seksualny”. „Plemniki biegają, migają wokół komórki. To jest jak taniec, gra świateł, przedstawienie. Człowiek by czegoś takiego nie wymyślił – opowiada. – Jak już dojdzie do zapłodnienia, pojawia się nasza zygotka, czyli kawałek twojego faceta i ciebie”.
Dzięki pracy embriolożki dokonuje się więc akt poczęcia, powstaje nowe życie: „Na każdym kroku postępuję z pełnym szacunkiem dla komórki jajowej i zarodka. Nie potrzebuję do tego żadnej ideologii – że to jest świętość, że Pan Bóg tu wpuścił duszę… Dla mnie to jest oczywisty fakt, że zygota jest życiem. W końcu jestem biologiem” – mówi Baranowska.
Swoją pracę wspomina jako emocjonalnie wymagającą. Rozmawiała z setkami par i wie, że przeprowadzaną w laboratorium próbę zapłodnienia in vitro poprzedza wiele miesięcy, a niekiedy lat ludzkich tragedii i niepowodzeń. Do tego dochodzą kwestie finansowe: nie każda para dysponuje ogromnymi środkami na leczenie niepłodności.
Od pierwszego czerwca 2024 r. zabieg będzie – po spełnieniu określonych warunków – finansowany z budżetu państwa. Ale jeszcze niedawno koszt każdej próby wynosił kilkadziesiąt tysięcy. Małżeństwa zaciągały kredyty, pożyczały pieniądze w parabankach, zastawiały rodzinne precjoza w lombardach. Czuły upływający czas i łudziły się, że choć nie powiodło się za pierwszym ani za drugim i trzecim razem, to być może powiedzie się za czwartym.
Pomoc czy igranie
Zanim Robert Edwards otrzyma Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, ponad dekadę poświęci na pracę nad metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Przez ten czas, wraz z Patrickiem Steptoe’em, ok. 80 razy będzie próbował umieścić w macicy kobiety zarodek. Żadna z prób nie zakończy się powodzeniem. W końcu jednak, w lipcu 1978 r., zachodnie gazety opublikują na pierwszej stronie twarz noworodka. Louise Joy Brown będzie miała niską wagę urodzeniową (zaledwie 2600 gramów) i przyjdzie na świat w wyniku cięcia cesarskiego. Będzie pierwszym na świecie dzieckiem poczętym za pomocą metody in vitro, a lekarze będą czujnie śledzić jej rozwój.
Narodziny Louise Joy Brown zainicjowały debatę na temat etycznych aspektów zapłodnienia pozaustrojowego. Od 45 lat zwolennicy i przeciwnicy tej metody powołują się na te same argumenty. Dla jednych jest ono cudem., a podczas in vitro człowiek jedynie „pomaga” naturze. W warunkach laboratoryjnych odbywa się ten sam proces, który zachodzi w ciele kobiety (podczas prób naturalnego zajścia w ciążę także dochodzi do poronień). Dla pozostałych in vitro to niebezpieczny eksperyment, igranie z naturą, zabawa w Pana Boga. Kościół katolicki mówi o naruszeniu godności dzieci i rodziców, krytykuje także selekcję i niszczenie zbędnych embrionów (podkreśla jednak, że dzieci z in vitro zasługują na miłość i szacunek tak samo jak poczęte naturalnie).
Barbara Baranowska komentuje ten problem następująco: „Testart [francuski embriolog – przyp. red.] odkrył, że gdzieś przegięliśmy. Ta przejrzysta komórka jajowa po to jest w brzuchu, byśmy jej nie oglądali. Są pewne zjawiska, które powinny zostać tajemnicą. Najbardziej niesamowite jest to, że już w 1986 r. przestał się tym zajmować, bo bał się, że zaczniemy robić rzeczy, których nie powinniśmy – np. hybrydy pomiędzy zwierzęciem i człowiekiem. Albo że tę świętą komórkę, która normalnie od razu trafia do macicy, będziemy trzymać tydzień w lodówce. I właśnie teraz tak robimy, bo technologia idzie naprzód w powalającym tempie”.
W latach 2020-21 w Polsce dzięki wykorzystaniu metody in vitro na świat przyszło 2,5 proc. noworodków. To jeden z najniższych wskaźników w Europie (niższy mają: Malta – 1,3 proc. i Litwa – 0,9 proc.). Dla porównania np. w Austrii dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu rodzi się 6,1 proc. dzieci. Z szacunków Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii wynika, że dzięki finansowaniu procedury zapłodnienia pozaustrojowego przyrost naturalny w naszym kraju się zwiększy: urodzi się nawet 15 tys. dzieci, czyli o połowę więcej niż obecnie.
In vitro nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z niepłodnością. Skuteczność tej metody porównywalna jest do innych technik wspomagania rozrodu, np. wspomnianej już inseminacji – wynosi ok. 30 proc.
Od ściany do ściany
M.in. dlatego Olga zżyma się, słysząc o funkcjonującym w polskim społeczeństwie micie, że in vitro jest „łatwe”, wystarczy mieć pieniądze. Kiedy przychodzi jej wspomnieć proces zapłodnienia pozaustrojowego, ma ciarki. Najcięższa okazała się stymulacja hormonalna (przeprowadza się ją, by organizm wytworzył większą liczbę jajeczek niż podczas naturalnego cyklu) przed zabiegiem i pierwsze trzy miesiące ciąży.
Olga: – Po stymulacji hormonalnej czułam się jak pijana. Ciągłe nudności i zawroty głowy.
Pozytywny test ciążowy zamiast radości przyniósł pogorszenie samopoczucia. Olga nie mogła spać w nocy, wstawała rano, by do popołudnia snuć się w piżamie po mieszkaniu. A kiedy pies zaczynał piszczeć pod drzwiami, z trudem się ubierała i wyprowadzała go na spacer. Przestała jeść, z byle powodu wybuchała płaczem. Pojawiły się lęki. – Bałam się, że nie donoszę ciąży, że stanie się coś złego. Kiedy mąż pytał: „Ale co ma się stać?”, zaczynałam szlochać. Wydawało mi się, że słyszę uderzenia własnego serca, oblewał mnie zimny pot, zaczynały drżeć dłonie. Czułam, jakbym nagle znalazła się w czyimś ciele. Chodziłam od ściany do ściany, zagryzałam zęby i powtarzałam sobie: „Musisz, słyszysz? Musisz to przetrwać”.
Walka z niepłodnością podobnie wyglądała w przypadku Krystyny. Rozpoczęła starania o dziecko w wieku 34 lat. Mówi, że „miała zdrowe ciało i wypełniało ją bezgraniczne pragnienie posiadania dziecka”. Po roku bezskutecznych prób zgłosiła się z mężem do ginekologa zajmującego się leczeniem niepłodności. Wspomina, że dobrze się poczuła, kiedy „całym procesem zaczął zarządzać lekarz”. Parze zaproponowano inseminację. Żeby odpowiednio przygotować organizm do zabiegu, kobieta również (jak w przypadku in vitro) poddawana jest stymulacji hormonalnej. Krystyna musiała robić sobie zastrzyki w brzuch. Należało je aplikować o wyznaczonej porze, a ta wypadała w trakcie pracy. Ze strzykawką ukrywała się więc w toalecie. Później przeszła wykonywany bez znieczulenia zabieg udrażniania jajowodów. W nocy ciężko było jej zasnąć. Miała dreszcze, ból był trudny do zniesienia. – Komórki jajowe namnażały się w zastraszającym tempie. To wykluczyło nas z zabiegu inseminacji i in vitro. Powoli zaczynałam godzić się z naszą bezpłodnością – wspomina Krystyna. Docierało do niej, że ona i jej mąż znajdują się w tym procencie par, których problemów nie rozwiąże in vitro.
Świat wokół przestał istnieć
Ewa pamięta z kolei, jak z niecierpliwością czekała na telefon z laboratorium. Miała uzyskać informację, czy z pobranych komórek udało się uzyskać zygoty i czy rozwijają się prawidłowo. Przy pierwszej próbie przeżył jeden zarodek, lekarz umieścił go w macicy Ewy. Kolejne dwa tygodnie upłynęły w oczekiwaniu na test HCG-beta (badanie poziomu gonadotropiny kosmówkowej, hormonu, który występuje jedynie w organizmie ciężarnej). Test był pozytywny, ale poziom hormonu okazał się zbyt niski: za kilka dni Ewa miała już miesiączkę.
Kolejne próby nie przyniosły rezultatu. W tamtym czasie spoglądała na siebie w lustrze i myślała: „Być może nigdy już nie będą matką? Być może będę musiała zadowolić się myślą o tym, że udało się zapłodnić moją komórkę jajową i to było moje macierzyństwo?”.
Lekarz polecił jej jednak wykonanie dodatkowych badań. Ich wyniki wskazały na problem z krzepliwością krwi o podłożu genetycznym. Kobieta musiała codziennie robić sobie zastrzyki z heparyny. Podczas czwartej próby in vitro nie powstał ani jeden zarodek.
– Nie umiem oddać mojego emocjonalnego stanu słowami, wypowiem ich przecież zaledwie kilka, a przeżyłam wiele miesięcy nieprzerwanego stresu, przygnębienia. Moje życie zdominowała jedna myśl: „zostać matką”, jakby świat wokół przestał istnieć – wspomina Ewa.
Lekarka, którą Ewa określa jako „bezpośrednią”, powiedziała jej i jej mężowi: „Mogą państwo spróbować raz jeszcze”. Zaznaczyła jednak, że jeśli tym razem spotka ich niepowodzenie, to jest mało prawdopodobne, że uda im się doczekać dzieci z własnych gamet. Będą musieli rozważyć skorzystanie z dawstwa komórek rozrodczych.
Normalnie wygląda
W dużym mieście o in vitro można mówić swobodnie. Małgorzata jest po trzydziestce, ale mimo „książkowych wyników badań” przez ponad rok nie udało jej się zajść w ciążę. Lekarz polecił zapłodnienie pozaustrojowe. Wraz z mężem wahała się, czy procedurze poddać się w Polsce, czy za granicą. Wybrali klinikę w kraju. Zabieg powiódł się przy pierwszej próbie. Mówi o tym spokojnie. Jej rodzina i znajomi wiedzą, że została matką dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu.
Zupełnie inaczej jest na prowincji, nawet w miejscowościach leżących nieopodal dużych miast. Kinga mieszka na południu kraju, właśnie w podmiejskiej wsi. W ciążę zachodziła bez problemu, ale za każdym razem była to ciąża pozamaciczna. Po kolejnym zabiegu łyżeczkowania macicy lekarz zabronił jej naturalnego poczęcia. Ostrzegł, że ciąża rozwijająca się w jajowodzie, a nie w macicy, stanowi zagrożenie dla jej życia. „Jedyną szansą na posiadanie potomstwa jest dla państwa zabieg in vitro” – powiedział.
W kolejną ciążę zaszła po pierwszym transferze zarodka do jamy macicy. Kasia urodziła się mała (ważyła jedynie 2,5 kg), ale zdrowa. Kiedy miała kilka miesięcy, Kinga przekonała się jednak, że in vitro przynosi ryzyko stygmatyzacji. W sklepie usłyszała, jak sąsiad mówi do kolegi teatralnym szeptem: „Mam jeszcze trochę kasy, to może sobie fundnę takiego dzieciaka”. Na ulicy wytykano je palcami: „No patrzcie, normalnie wygląda, a jest przecież z probówki”. Kiedy córeczka Kingi trafiła do szpitala, wieś grzmiała, że choroba dziecka jest „karą za in vitro”. Kinga odcięła się od koleżanek, z którymi się wychowywała, unikała publicznych imprez. Dziś boi się, co będzie, kiedy Kasia skończy siedem lat i pójdzie do szkoły. Rozważa, czy nie dowozić jej do placówki w mieście.
Gdyby Bóg chciał
Emilia przez sześć lat próbowała zajść w ciążę. Mówi, że wraz z mężem testowali wszystko: osiem prób inseminacji, akupunkturę, hipnozę. Zdecydowali się na in vitro. Z zapłodnionych komórek jajowych powstały trzy zarodki, lekarz umieścił je wszystkie w macicy Emilii. Na kontrolnym USG wpatrywał się w ekran monitora i mówił: „O, jeden się przyjął i drugi też, trzeci obumarł”. Dziś Emilia jest mamą bliźniaków (chłopca i dziewczynki). Jej rodzeństwo i rodzeństwo jej męża wiedzą, że dzieci pochodzą z in vitro. Dziadkowie bliźniaków są świadomi, że para długo leczyła się z powodu niepłodności, ale nie ośmielili się zapytać, co pomogło w poczęciu. Zapadło milczenie, którego nie przerywają także Emilia i jej mąż.
Ten schemat się powtarza, bo starsze pokolenie często nie akceptuje zapłodnienia pozaustrojowego. Przyszła babcia czy dziadek szukają „przyczyn niepłodności”. Mówią, że „winien” albo „winna” na pewno nie jest jej/jego córka czy syn. Bo przecież w „ich rodzinie dzieci rodzi się normalnie”. Niepłodne kobiety, które decydują się na zapłodnienie pozaustrojowe, słyszą z ust bliskich: „Gdyby Bóg chciał, żebyś miała dzieci, dałby ci je”.
Bywa też, że kiedy rodzice dowiadują się, że ich córka bądź syn spodziewają się dziecka z zapłodnienia pozaustrojowego, zrywają z nimi kontakt. Przez dziewięć miesięcy nie pytają, jak czuje się przyszła matka i czy płód rozwija się prawidłowo. Dopiero kiedy otrzymują fotografię noworodka, przełamują się i dzwonią. Tu też niejednokrotnie pada, wypowiadane ze zdziwieniem: „Wygląda normalnie”.
Z tego powodu niektóre pary nie informują nawet najbliższej rodziny, że ich dzieci pochodzą z zapłodnienia pozaustrojowego. Milczą, kiedy bliscy się dziwią: „Będziecie mieli bliźniaki? Skąd? Przecież w naszej rodzinie nigdy nie było bliźniaków”. Podobnie jest z dawstwem nasienia bądź adopcją komórek jajowych.
Żeby nie musiały się bać
Stowarzyszenie na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”, pomagające bezdzietnym parom, zainicjowało akcję „Żeby nasze dzieci nie musiały się bać”. Na opublikowanym przez organizację filmie wypowiadają się dorośli, którzy przyszli na świat dzięki in vitro. Padają m.in. słowa: „Pamiętam, kiedy usłyszałam, że jestem dzieckiem Frankensteina, byłam wtedy dorosła, myślałam, że mnie to nie rusza, a jednak te słowa zapadły głęboko i zostały w środku”; „Dlaczego ten temat cały czas wraca? Dzieci połamane? Z bruzdą? Zaskoczę was, niczym się nie różnimy”; „Kiedy mówią, że jesteś produktem, a nie człowiekiem, to boli, nieważne, ile masz lat”.
Ewa po próbie „ostatniej” szansy zapłodnienia in vitro starała się żyć „zwyczajnie”. Podczas zakupów w sklepie spożywczym usłyszała dzwonek telefonu. Laborantka przedstawiła się i powiedziała, że test na obecność hormonu HCG beta w jej krwi jest pozytywny: była w ciąży, Dziś ma dwójkę dzieci – dziewczynkę i chłopca. Mówi, że dał je Pan Bóg i in vitro.
Krystyna, której komórki jajowe zbyt intensywnie się namnażały, odłożyła starania o dziecko. Dostała awans w pracy, skoncentrowała się na karierze. Po kilku miesiącach okazało się, że jest w ciąży. Co umożliwiło zapłodnienie? Stymulacja hormonalna? Zabieg udrożnienia jajowodów? To pozostanie tajemnicą.
NA CZYM POLEGAJĄ PROCEDURY IN VITRO

Zapłodnienie in vitro (pozaustrojowe) to nie tyle jedna procedura, ile raczej spory pakiet rozmaitych metod mających doprowadzić do rozwinięcia się ciąży u pary zmagającej się z niepłodnością.
W 1978 r. urodziło się pierwsze dziecko poczęte in vitro (Brytyjka Louise Brown), a dzisiejsze metody to rozmaite wariacje na temat tej zastosowanej prawie pół wieku temu. Istota jest jednak zawsze ta sama: pobieramy od matki komórkę jajową (lub ich większą liczbę), od ojca plemniki, a następnie doprowadzamy do ich połączenia się poza ustrojem matki (stąd nazwa). Gdy to się uda, embrion wszczepia się do macicy.
Dziś stosuje się rozmaite procedury zwiększające prawdopodobieństwo sukcesu. Szybko upowszechniła się na przykład kontrolowana hiperstymulacja jajników: przy pomocy odpowiednio dobranych hormonów próbuje się wywołać w organizmie kobiety uwolnienie więcej niż jednej komórki jajowej podczas owulacji. Choć znacząco podnosi to szanse na zapłodnienie, może prowadzić do niepożądanych skutków ubocznych, zwłaszcza tzw. zespołu hiperstymulacji jajników (OHSS). Jego postać łagodna jest powszechna, ale nawet u kilku procent kobiet występuje w postaci ostrej, wymagającej hospitalizacji.
Plemniki i komórki jajowe inkubuje się ze sobą w kontrolowanych warunkach przez czas liczony w godzinach. Jeśli plemniki są mało ruchliwe, można ręcznie umieścić jeden z nich wewnątrz komórki jajowej (to tzw. procedura ICSI). Gdy dojdzie do zapłodnienia, zarodki utrzymuje się w hodowli pozaustrojowej jeszcze przez kilka dni. W tym okresie są pilnie obserwowane, a do implantacji wybiera się tylko te, które „najlepiej rokują”. Może też dojść do selekcji zarodków, np. pod kątem wad genetycznych.
Czas trwania hodowli i zakres tej selekcji są przedmiotem szczególnych kontrowersji, bo czy wolno wybierać embriony, kierując się nie tylko koniecznością medyczną, ale też preferowanymi cechami dziecka? Jeszcze większą bombą etyczną są istniejące już techniki edycji genetycznej, które mogłyby posłużyć do aktywnego „wykasowania” chorób genetycznych, a także wprowadzenia praktycznie dowolnych zmian w genomie dziecka.
Łukasz Lamża
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















