„Żądam wyjaśnień”. „Pójdę z tym do kuratorium”. Jak rodzice prześladują nauczycieli

Wakacje to dla nauczycieli nie tylko czas odpoczynku od uczniów. Coraz więcej pedagogów bardziej sobie ceni brak kontaktu z ich rodzicami. Przez kilka tygodni nikt ich wreszcie nie nęka, nie wyszydza i nie prześladuje.
Czyta się kilka minut
Rozpoczęcie roku szkolnego. Warszawa, 2 września 2024 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East News
Rozpoczęcie roku szkolnego. Warszawa, 2 września 2024 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East New

Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty zaznacza, że rozmawiamy o wciąż niewielkim odsetku matek i ojców. Są to jednak ludzie wyjątkowo uciążliwi – swoim zachowaniem potrafią zdezorganizować pracę szkoły. Dyrekcja i nauczyciele zamiast skoncentrować się na uczniach, zajmują się nimi.

– Cechuje ich nieufność wobec szkoły i pieniactwo. Potrafią zasypywać pedagogów skargami, zażaleniami, „żądaniami pisemnego wyjaśnienia”, protestami. Straszą: „Jeśli mój problem nie zostanie natychmiast rozwiązany, zwrócę się do kuratorium”, albo „Pójdę z tym do prokuratury”, czy „Nie dam wam spokoju” – relacjonuje Pleśniar. 

– Uważają, że „jako podatnicy” są pracodawcami nauczycieli, więc mamy „uzgadniać z nimi wszystkie kwestie dotyczące edukacji ich dzieci”. Nie stronią też od inwektyw. Te łagodniejsze brzmią: „Czy potrafi pani czytać ze zrozumieniem?”, lub „Czy wystarczy pani inteligencji, by to załatwić?”. Niekiedy nauczyciele słyszą jednak gorsze słowa: „Jest pan idiotą”, „Jest pan po prostu głupi”. 

Rodzic w Librusie

Pleśniar wspomina sytuację, gdy do jego gabinetu – jak huragan – wpadła matka jednego z uczniów. Dobrze ją znał, ponieważ często zgłaszała różnorakie pretensje. Od progu krzyczała, żywiołowo gestykulowała. Po chwili usiadła i powiedziała: „No, już mi lepiej!”.

Pleśniar zaznacza: – Uciążliwi rodzice nie są w oświacie nowym problemem. Kilka dekad temu zachowania nacechowane przemocą stanowiły jednak niechlubny wyjątek. Jako urzędnicy państwowi, pedagodzy cieszyli się większym szacunkiem społecznym niż obecnie. Jeśli rodzice nie zgadzali się z ich zdaniem, nie mówili tego raczej swoim dzieciom. Dziś autorytet nauczycieli coraz częściej kwestionują na głos.

Pan Andrzej, dyrektor szkoły podstawowej na Górnym Śląsku, mówi, że praktycznie w każdej klasie są matki i ojcowie, którzy próbują do przesady skrócić dystans z nauczycielem. Do jego gabinetu lub do pokoju nauczycielskiego wchodzą nie zapukawszy. W rozmowie nie używają słów grzecznościowych. W Librusie (portalu służącym do komunikacji między nauczycielami i rodzicami) piszą: „żądam”, „domagam się”, „wnioskuję”.

Kiedy ich dziecko otrzyma niesatysfakcjonującą ocenę bądź uwagę dotyczącą zachowania, natychmiast wysyłają nauczycielowi (a niekiedy i dyrekcji) wiadomość. Nieustannie skarżą się na liczbę prac domowych, choć zakaz ich zadawania dotyczy wyłącznie klas 1-3 podstawówek (w klasach 4-8 wolno je stosować, ale są nieobowiązkowe). 

Pani Magda, polonistka, otwierając Librusa, czuje ścisk w żołądku. Wie, że najprawdopodobniej znajdzie w nim wiadomość od pani Anny, mamy ucznia z klasy, której jest wychowawczynią. – Ona wprost zasypuje mnie pytaniami, najczęściej dotyczą kwestii błahych, ale jest ich bardzo dużo. Bywa, że w tygodniu otrzymuję kilka, a nawet kilkanaście wiadomości – opowiada pani Magda.

Jej gnębicielka korzysta z Chata GPT. Wiadomości, które wysyła nauczycielce, są więc długie, nie zawsze spójne, każda zawiera kilka cytatów z paragrafów prawnych. 

Przykładowo: pani Anna „żąda wyjaśnienia”, dlaczego jej syn dostał tylko ocenę dobrą z wypracowania; chce wiedzieć, dlaczego nauczycielka go na lekcji przesadziła i z jakiego powodu – podczas omawiania wyników sprawdzianu – poprosiła, by podszedł do jej biurka jako ostatni, przecież to „jawna dyskryminacja”. Kilka dni temu zażądała, by pedagożka „wytłumaczyła się” z oceny z zachowania, którą otrzymał jej syn. Matka wie bowiem, że jej dziecko zachowuje się lepiej niż inne.

Nauczyciel – zgodnie z prawem – ma dwa tygodnie na udzielenie rodzicowi odpowiedzi. Pani Magda stara się jednak odpisywać jeszcze tego samego dnia, najpóźniej nazajutrz. Jeśli tego nie uczyni, pani Anna zacznie wydzwaniać do dyrekcji szkoły albo zjawi się w placówce. Do pokoju nauczycielskiego wejdzie nie powiedziawszy „dzień dobry”, a od progu jej głos się uniesie. 

Cały korytarz (w tym dyrekcja) dowie się, że jej dziecko zostało niesprawiedliwie ocenione, a nauczycielka nie nadaje się do tej pracy. Rozmowa zamieni się w monolog, bo matka zawsze przerywa nauczycielce w połowie zdania; ta zaś będzie musiała zachować spokój, choć wewnątrz cała się trzęsie.

Co w szkołach nie pasuje rodzicom?

Pleśniar uważa, że „pieniacze” są przekonani, iż poprzez swoje awantury realizują misję polegającą na walce o dobro szkolnej społeczności. Choć nie mają pedagogicznego wykształcenia (a wielu też matury), wiedzą, jak placówka powinna funkcjonować. Kwestionują szkolny program nauczania, chcą decydować o lekturach, które czytają dzieci, oraz o miejscach, do których udają się w ramach klasowych wycieczek.

Nie przychodzi im do głowy, że ludzie zatrudnieni w szkołach wiedzą, co robią. Spora część karmi się też konfliktem; kiedy tylko udaje się wyjaśnić jakiś problem lub rozwiązać spór, od razu inicjują kolejny.

Największym nieszczęściem pozostaje jednak fakt, że „pieniacze” starają się angażować w te spory innych rodziców. Zawsze znajdą czas, by do znudzenia przekonywać ich do swoich racji. Z pomocą przychodzi im wówczas technologia: rodzice korzystają z komunikatorów internetowych, które pozwalają im zrzeszać się w grupach. Tu zaś można toczyć regularne wojny. Wystarczy zadać pytanie: „Czy nie uważacie, że nauczyciel jest zbyt wymagający”, albo „Nie sądzicie, że z tymi pracami domowymi to przegięcie?”.

Taka sytuacja wydarzyła się w szkole córki pani Mai, która uczęszcza do siódmej klasy. Uczyła ją młoda matematyczka. Była pełna chęci do pracy z dziećmi, chciała, by zajęcia nie polegały jedynie na rozwiązywaniu zadań z podręcznika, zabierała uczniów do centrów nauki. Zorganizowała nawet lekcję pokazową z uniwersyteckim profesorem.

Była jednak wymagająca: zadawała zadania domowe, systematycznie egzekwowała zdobytą wiedzę, odpytując uczniów i zapowiadając kartkówki. Do dnia, aż jeden z rodziców napisał na komunikatorze internetowym: „A co sądzicie o tej od majcy?”. Odzew matek i ojców był pozytywny, ale wystarczył jeden mniej pochlebny komentarz, by inicjator dyskusji dał upust swej frustracji: „Chyba chciała zostać na uniwerku, ale talentu zabrakło”. Potem było tylko gorzej. Podważał kompetencje pedagożki, twierdził, że dzieci otrzymują zadania do domu, bo „kobieta jest słaba” i „zwala swoją pracę na innych”.

Większość rodziców nie dała się sprowokować i przez kolejne dni stawała w obronie zdolności pedagogicznych matematyczki. Cieszyli się, że uczy ich dzieci, i mieli nadzieję, że doprowadzi je do egzaminu ósmoklasisty. Jednak po kartkówce, gdy duża część klasy otrzymała oceny niedostateczne i dostateczne, na komunikatorze pojawiło się więcej chętnych do negatywnych komentarzy. 

„Co ona sobie wyobraża?” – pytali rodzice. „Nie każdy musi być orłem z matematyki”; „Moja Zosia jest humanistką, więc na co jej to wszystko?”. Kilku rodziców – pod przewodnictwem konfliktowego ojca – zaczęło składać skargi do dyrekcji szkoły, a ta regularnie wzywała matematyczkę na rozmowy. Po kilku miesiącach nie wytrzymała presji i sama zwolniła się z pracy.

Podobna sytuacja miała miejsce w trzeciej klasie innej z krakowskich podstawówek. Zdaniem kilkorga rodziców nauczycielka języka angielskiego była „zbyt ambitna” i dlatego nie wszystkie dzieci dostawały szóstki i piątki. Po kilku skargach złożonych na ręce dyrekcji pedagożka zwolniła się z pracy. Rodzicom nie przeszkadzał fakt, że przez kilkanaście tygodni ich dzieci zamiast uczyć się angielskiego, nudziły się na zastępstwach.

„Spotkamy się w sądzie” – usłyszała od rodzica krakowska nauczycielka 

Wielu konfliktowych rodziców czerpie satysfakcję z poniżania nauczycieli. Zjawisko to narasta przez lata wraz z pauperyzacją zawodu i coraz niższym jego statusem społecznym. Pedagodzy, z którymi rozmawiałam, słyszeli m.in.: „Wiem, że źle pani płacą, ale niech się pani cieszy, że nie siedzi pani na kasie w Biedronce”; „Ile jeszcze musi pani zaliczyć wtop, by dyrekcja się panią zajęła?”. 

Niekiedy rodzice wręcz wpajają dzieciom, że wcale nie muszą słuchać nauczycieli: „Pani niczego nie może ci nakazać czy zakazać, od tego są mama i tata”, „Jeśli nie chcesz czegoś robić, to nie rób, masz zgodę mamy i taty”, „A któż to taki jest, ta pani od pisania literek, byś był jej posłuszny?”. Bywa, że uczniowie wprost cytują nauczycielom te słowa.

Katarzyna, polonistka ucząca w krakowskim liceum, zetknęła się z hejtem rodziców po tym, jak na zebraniu ogłosiła, że dzieci nie pojadą na wycieczkę. Nauczycielka podjęła taką decyzję (poparł ją dyrektor placówki), ponieważ uczniowie stali się w ostatnich miesiącach niezdyscyplinowani i konfrontacyjni. Bała się, że podczas wyjazdu nie będzie w stanie zapewnić im bezpieczeństwa.

Katarzyna: – Jeden z ojców, i to na stronie internetowej szkoły napisał, że „powinnam zmienić zawód”. Stwierdził, że „robię problemy dzieciom”, a jedna z matek skonstatowała: „Jej psim obowiązkiem jest organizować dzieciom wycieczki”.       

Katarzyna opowiada, że niejeden rodzic straszy ją „konsekwencjami prawnymi” za obniżenie dziecku oceny z zachowania. Według krakowskiej nauczycielki, tacy ludzie nie dopuszczają do siebie, że ich latorośl może postępować niekulturalnie, nie chcą nawet poznać podstawowych faktów. „Spotkamy się w sądzie” – usłyszała niedawno Katarzyna.

Najbardziej konfliktowi rodzice, w razie np. uwagi o złym zachowaniu, od razu zaczynają swoje prywatne śledztwo. Sprawdzają (rozmawiając ze swoimi dziećmi, ich kolegami i koleżankami, czyli „świadkami zdarzenia”, a także innymi rodzicami), czy istniały jakieś okoliczności łagodzące.

Po czym dzwonią do dyrekcji placówki z awanturą. Ostatnie, co przychodzi im do głowy, to refleksja, że może jednak z ich dzieckiem coś niepokojącego się dzieje. Ważniejszy jest jego wizerunek.   

Kłopotliwy rodzic w kuratorium

Wychodząc z gabinetu pana Andrzeja (wspomnianego dyrektora jednej ze śląskich podstawówek), rodzice krzyczą: „Ja tego tak nie zostawię!”. Ich zażalenia, dotyczące obniżonej oceny dziecka z danego przedmiotu czy też „sposobu zachowania nauczyciela”, który uważają za „niedopuszczalny” – trafiają do Śląskiego Kuratorium Oświaty. 

Bywa także i tak, że rodzice ignorują przyjętą drogę komunikacji i – pomijając szkołę – od razu kierują skargi do wyżej wymienionej instytucji. Kuratorzy, powołani do rozwiązywania naprawdę ważnych problemów, otrzymują więc pisma dotyczące przepychanek między dziećmi na szkolnym korytarzu albo kanapki, którą koleżanka zjadła koleżance.

Najbardziej problemowi rodzice rzadko zmieniają swoją postawę. Pleśniar wspomina matkę, która zasypywała skargami dyrekcję szkoły, a w całym mieście rozpowszechniała złe opinie o placówce. Zmęczona sytuacją dyrektorka poprosiła kobietę na rozmowę. Spokojnie tłumaczyła: 

„Rozumiem, że nie spełniamy pani oczekiwań, choć ze wszech miar staramy się, by pani dziecko zostało dobrze wykształcone i przebywało w przyjaznej atmosferze. Być może jedynym wyjściem z sytuacji jest przeniesienie pani córki do innej szkoły. Możemy w tym pani pomóc, porozmawiamy z dyrekcją wybranej przez panią placówki”. Na to wzburzona matka wstała i wykrzyczała: „Wasze niedoczekanie!”.

Jak chronić nauczycieli przed kłopotliwymi rodzicami

Pleśniar wskazuje na brak mechanizmów prawnych, które pozwoliłyby placówkom oświatowym radzić sobie z kłopotliwymi rodzicami. Dyrektor OSKKO uważa, że problemu nie rozwiąże (obecnie dyskutowane) uczynienie nauczycieli funkcjonariuszami publicznymi. Oprócz większej ochrony prawnej, ta grupa zawodowa podlega też większej odpowiedzialności karnej (do trzech lat więzienia za nierzetelne wykonywanie obowiązków zawodowych). 

To zaś mogłoby się okazać wodą na młyn kłopotliwych rodziców, którzy zamiast do kuratorium (jak obecnie) ze wszystkim swoimi pretensjami biegliby od razu do sądu. Pleśniar uważa, że w celu zapewnienia ochrony nauczycielom, Ministerstwo Edukacji Narodowej powinno nawiązać współpracę z resortem spraw wewnętrznych.

Konieczne jest zwłaszcza uwrażliwienie policji na problemy szkolne, tak by np. wnikliwiej analizować doniesienia nauczycieli na temat nękania ich oraz naruszania dóbr osobistych przez rodziców (obecnie większość spraw jest umarzana z uwagi na rzekomo niską szkodliwość społeczną).

Piotr Otrębski, rzecznik prasowy MEN, zapewnia, że bezpieczeństwo nauczycieli wiąże się z prestiżem zawodu, dlatego resort zaproponował ustanowienie nauczyciela funkcjonariuszem publicznym. – Propozycja ta została negatywnie oceniona przez nauczycielskie związki zawodowe i przedstawicieli kadry kierowniczej oświaty, wobec czego ministerstwo wypracuje w dialogu społecznym inne, zadowalające nauczycieli rozwiązanie – obiecuje Otrębski.

Dziś jednak nauczyciele czują się pozostawieni z problemem sami. Nie rozumieją, dlaczego są zmuszani, by z pokorą wysłuchiwać inwektyw i pretensji, albo odpisywać na niekończące się zażalenia i skargi. Mówią, że nie po to kończyli studia pedagogiczne i nie w tym celu nieustannie się kształcą (kończąc studia podyplomowe i różnego rodzaju kursy dodatkowe), by przełykać rosnące upokorzenia. Chcą pracować z dziećmi i młodzieżą, a nie walczyć z ich matkami i ojcami. Jeśli ministerstwo szybko nie przyjdzie im z pomocą, kolejni wartościowi ludzie odejdą z tego zawodu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Żądam wyjaśnień