Wszystko zaczęło się tuż po tym, gdy kanclerz Willy Brandt ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta. Kończył się rok 1970. Autochtonom z Warmii pozwolono wyjechać do Niemiec i w Olsztyńskiem opustoszały setki domów.
Dekadę później, wiosną, przez morenowy, wiejski krajobraz cały dzień wędrowali ludzie. W wymarłych budynkach znajdywali dla siebie Chrystusy bez ramion, książki bez okładek. Nocą, w lesie, zapalili ognisko.
Quem quaeritis? Kogo szukacie? – pytał Anioł trzy Marie, które szły do grobu Jezusa. To pytanie zapisano tysiąc lat temu w liturgii wielkanocnej, z której narodził się nowy teatr europejski.
Gdy ogień dogasł, kilkoro wędrowców kupiło opuszczone, podolsztyńskie domy. W Polsce ledwie Gierek oddał władzę, a i tu powstał teatr. Nazwany od wsi – Węgajty.
W Teatrze Węgajty nie spektakle są głównym celem
Wolfgang Niklaus i Małgorzata Dżygadło-Niklaus mówią zza ciężkiego, drewnianego stołu. To duży dom. Pokojami w amfiladzie można obejść cały środek. Dom pojemny, ciepły – żyją tu wielki owczarek i mała kotka.

– Tamta scena sprzed Grobu Pańskiego powtarza się też w dramacie bożonarodzeniowym. W jednym z apokryfów Pasterzy, którzy idą do żłóbka, a potem Trzech Króli położne-obstetryczki pytają: „kogo szukacie?”. To samo zdanie. Nieustanny dialog. Przy końcu i przy początku – mówi Wolf.
Przyjechał z Austrii. Na początku lat 80. związał się z Ośrodkiem Praktyk Teatralnych Gardzienice, gdzie wszedł w świat wschodniej liturgii: – Tam zrozumiałem, że aby nauczyć się śpiewu starowierów, rok nie wystarczy.
A on chciał. „To nie przypadek, że sprowadził się do Polski na stałe. Bardzo często tacy ludzie znajdują miejsce właśnie tutaj. Szukają korzeni i na coś trafiają”, napisze kilka lat później o Niklausie jego przyjaciel Krzysztof Czyżewski.
Razem z Małgorzatą, scenografką po studiach u Józefa Szajny, odnaleźli swoją przestrzeń na Warmii, przy scenie założonej przez Erdmute i Wacława Sobaszków. Tu spektakle przestały być celem. Liturgiczny dramat, podobnie jak muzyka, stał się przedmiotem studiów.
Co łączy muzykę ludową, teatralną i liturgiczną
W przeciwległym rogu wielkiego domu Małgorzata pisze ikony. Sprężyny starych tapczanów (chyba znieśli je tutaj wszystkie) utrzymują kilogramy desek i opraw. Szkice, magazyny, wycinki z gazet. Z opartych o ściany świętych przedstawień spogląda Chrystus, ze zdjęć – przyjaciele i znajomi, którzy odeszli. Wśród nich dziadek Tkaczuk.
– On przekazał nam pastorałkę. Któregoś dnia na strychu rzeźbiłam rzeźby, które miały wejść do jednego z naszych spektakli. Na dole Wolf z Wackiem przeglądali teksty i pracowali nad kolędą. Wszedł dziadek Tkaczuk. „A to ja ją wam zaśpiewam!”. Znał wszystkie role. Nagraliśmy go, spisaliśmy. I z pastorałką od niego poszliśmy do ludzi – opowiada Małgorzata.
Bliscy dziadka Tkaczuka zginęli podczas wojny pod Bełżcem. Zabili ich Ukraińcy. Potem inna ukraińska rodzina wzięła go na wychowanie. Tekst podobnej pastorałki Wolf odnalazł, lata później, w zbiorach jezuickich z XVII w. Przekazali go dzieciom i tak kolęda wędrowała w czasie.
Pierwszą wyprawę kolędniczą odbyli w 1989 roku. Najpierw jeździli na Żywiecczyznę, w Beskid Niski i Bieszczady. Do zimowych wyjazdów dołączyły wiosenne. U siebie, w Nowym Kawkowie i Węgajtach, wyszli z kolędą później, gdy – długo po Okrągłym Stole, otwarciu granic i jeszcze jednym układzie z Niemcami – zakrzepła tu nowa, lokalna tożsamość. A z Teatru Węgajty wykluła się dwunastoosobowa Schola.
Wolf: – Mieliśmy już doświadczenie, interesowaliśmy się liturgią wschodnią. Kolęda bożonarodzeniowa – ale też wielkanocna – uświadomiła mi, że większość z tych pieśni nawiązuje do czegoś głębiej i dawniej. Do starej muzyki liturgicznej Zachodu. Potem przyszło olśnienie: jest dramat liturgiczny. A my jesteśmy teatrem. Czemu się nim nie zająć?
Mówią, że śpiew gregoriański – to osobny wszechświat; że od muzyki ludowej i teatralnej do liturgicznej – to naturalny krok; że oddychać płucami Wschodu i Zachodu – to jak spełnienie. W tym roku, trzydziestym po założeniu Scholi, napisali: „Trafiliśmy na Źródło, które dla nas właśnie w tym miejscu na Ziemi wytrysnęło”. Popłynęły z niego: „wspólne śpiewy, opowieści, granie, tańcowanie, wyprawy kolędnicze i wielkanocne…”. Oficja, mirakle, ikonopisanie.
Jak opowiedzieć średniowiecze językiem ciała
Na co dzień wspólnie pracują nad konkretnymi tematami liturgicznymi. Żyją muzyką, teatrem i, przede wszystkim, pracą badawczą. W dorobku i repertuarze mają już siedem łacińskich dramatów liturgicznych, stanowiących kanon tego gatunku.

Szukają odpowiedzi na pytania: jak w średniowiecznym dramacie liturgicznym wyglądały gesty? Jak pracowało ciało? Studiują pokłony ze starych fresków: gdzie się zgina kręgosłup, żeby wyglądały na bardziej pokorne?
– Świat ikonografii czy fresków ze wschodniego nurtu chrześcijaństwa jest dla nas bardzo inspirujący. Ale to są stop klatki. Jak je umieścić, przepuścić przez ciało? Jak te ikony interpretować? – pyta Małgorzata. – Na starych freskach znajdziemy trzy Marie, trzech Aniołów. Czy to jeden ruch zapisany przez trzy postacie, które rozkładają się jak wachlarz? A może fazy życia jednej postaci?
Słynny XV-wieczny manuskrypt z Cividale przedstawia „Planctus Mariae”, „Lament Maryi”. Każdej frazie śpiewanej towarzyszy tekst zapisany przy nutach: tu Maria Magdalena zwraca się ku bratu, tu ku siostrze, tu Maria Matka bije się w pierś. Do każdego zdania jest gest. Z początku wydawało się, że inscenizacja będzie prosta.
– Nie uwierzyłem w te gesty. Były nieorganiczne, nienaturalne – mówi Wolf. – I wtedy pojawił się problem: bo z ciałem było trudniej niż ze śpiewem. O śpiewie dużo informacji było w źródłach. Mogliśmy je porównać z żywą do dziś tradycją Wschodu. Wiedzieliśmy, że sposób, w jaki śpiewają mnisi, to efekt XIX-wiecznej, romantycznej reformy chorału. Że zestawianie go z oryginalnym byłoby jak zestawianie bajek Grimm z ludową bajką. Tamte są takie… bidermajerowskie. Ale gdy przy piecu siada babcia i opowiada swoje – to już inna historia.
„Babcią” dla inscenizacji manuskryptu z Cividale i ratunkiem dla pracującej nad nimi Scholi okazał się inny teatr bogaty w gesty. Dzięki byłemu ambasadorowi Polski w Indiach, Marii Krzysztofowi Byrskiemu, Niklausowie poznali Annę Łopatowską, aktorkę klasyczną, która spędziła na subkontynencie 15 lat studiując tam kudijattam, dawny teatr sanskrycki.
Zaproponowała, by zbudować cały alfabet – język gestów związany z konkretnymi zwrotami, które w Węgajtach śpiewano. Powstały gesty do słów „Duch Święty”, „Panna”, ale też „ja”, „ty”, „ty z atencją”.
Wolf: – Ten język, alfabet, tworzyliśmy kilka lat. Nie były to kopie gestów z kudijattam, choć energia i to, skąd gest idzie, jak jest zbudowany – były takie same. Tam nie ma gestów realistycznych. Są nawiązania do rzeczywistości pozanaturalnej.
– Zależało nam na tym – dopowiada Małgorzata – aby ruch postaci na scenie bronił się i liturgicznie, i dramaturgicznie. Ale tak, to nie były gesty potoczne. Nie należały do dnia codziennego.
Liturgia i ciało - czy da się to połączyć
Niklausowie wracają pamięcią do swoich wcześniejszych wypraw. Widzieli, co liturgia potrafi zrobić z ciałem. U starowierów, gdy do molenny (domu modlitewnego), podpierając się laseczkami, wchodziły starsze panie. Szły ledwo ledwo, po czym żwawo biły 72 pokłony. (Małgorzata: „Ich kręgosłupy wyglądały tak, jak kręgosłupy młodych dziewczyn. Dlatego że miały to w ciele”). U prawosławnych, gdy całowali nie tylko ikony, ale i relikwie (Wolf: „To jest fizyczne dotykanie”).
U serbskich zakonników w Deczanach w Kosowie, którzy po wielkanocnej procesji rozhuśtowują ogromne kandelabry ze świecami. Jest rezurekcja, zmartwychwstanie, nowy czas – a one wirują. To powoduje, że wszyscy święci z fresków zaczynają tańczyć. Wchodzisz do przestrzeni zmartwychwstania – i taniec. Po paru godzinach modlitwy, po wyjściu na zewnątrz – zimno, światło, inny ruch.
– Liturgia nabiera innego wymiaru, jeśli całą się ją śpiewa – mówi Wolf. – Śpiew liturgiczny to podstawowy środek potrzebny w liturgii. Tak samo jak ikonografia. To nie są dodatki. Te różne formy budowały przez wieki liturgię chrześcijańską, także na Zachodzie. We wschodnim Kościele wciąż rozumie się ich wagę. Jasne, można się spierać: czy dziś do liturgii pasuje wciąż XIX-wieczna polifonia? Sami prawosławni mówią często, że nie. Że bardziej „liturgiczny” jest ten stary, jednogłosowy śpiew.
Wolf dodaje: – Istotne nie jest perfekcyjne wykonanie. Istotne jest to, że to śpiew – a w ślad za nim i ciało – jest integralną częścią liturgii. Bez niego jej nie ma. Choć sami wierni nie muszą śpiewać. Wystarczy kantor. Gdy on prowadzi, śpiew sam idzie.
Poszukiwania Teatru Węgajty: od chasydów po Hucułów
Doświadczenia podróży, patrzenia, podsłuchiwania, czerpania i łączenia towarzyszyły Niklausom od pierwszych chwil z Teatrem Węgajty. Wtedy zafascynowała ich kultura chasydzka. Z Sobaszkami całymi dniami śpiewali niguny, czytali opowieści chasydów, które spisał Martin Buber. Tak powstał program „Książeczka nigunim”.
Wyjeżdżali na pogranicza, do kulturowych enklaw. Na Huculszczyznę, do Przemyskiego, na Łemkowszczyznę i Podhale. Wszędzie tam, gdzie w pamięci ludzi zachowały się jeszcze stara muzyka i obyczaje. Łukiem Karpat doszli na Bałkany.
Wolf grał na trembicie, wprawdzie kurpiowskiej, ale czy to ważne? Stanisław Vincenz został ich nieoficjalnym patronem. W pierwszych polskich wydaniach „Na wysokiej połoninie”, z pamiętnymi zielonymi okładkami, odnajdywali przetworzone historie własnego życia: wędrówki i fascynację kulturami tradycyjnymi. Spektakl, który wtedy powstał, zatytułowali: „Historie Vincenza. Historie dziwne, zaśnione, lecz niezmiernie wyraźne..., o Prawdziwym Żydzie, Antychryście i Preoswiaszczennym Metropolicie”.
Gdy wracali, kolażu tradycji szukali też tu.
– Warmiaków zostało u nas mało – tłumaczy Wolf. – W naszej wsi ostatnia rodzina już wyjechała. Jest jedna w sąsiedniej. To tyle. Z ich odejściem kończy się wszystko: wiara, gwara, warmijski dialekt. Wszystkie zwyczaje.
Są jednak ślady litewskie, białoruskie, ukraińskie. Po wojnie przyjechało sporo ludzi z Mazowieckiego. Nieopodal jest granica Warmii. Tuż za Starym Kawkowem zaczynają się Mazury.
Jak chrześcijaństwo wpasowało się w cykl przyrody
Co to jest rok liturgiczny? Wolf mówi: to przede wszystkim cykl. Może taki, o którym zapomnieliśmy? Jak pory roku albo fazy księżyca, których w miastach doświadcza się coraz mniej.
– Cykl to początek – tłumaczy. Chrześcijaństwo nie wprowadziło wszystkiego na nowo. Nawiązało do cyklu, do starych świąt i obrzędów. Nie wiemy zresztą wszystkiego o tamtych początkach. Ale samo doświadczenie przyrody… Jeśli tylko je włączymy do obrzędowości, powstaną narodziny i śmierć. Pełen cykl życia. Tego tu i tego poza.
Teraz, przed Bożym Narodzeniem, przed kolejnym początkiem, w warmińskim domu Niklausów czas wyraźnie zwalnia.
Małgorzata: – Boże Narodzenie jest dla nas. Dla rodziny. Mam nadzieję na krótki wyjazd medytacyjny. I cieszę się na kolędę. Ta gwiazda kolęduje z nami już ponad 30 lat. A ja jestem Gwiazdorem.
Teatr w obliczu wojny - zadania i obowiązki
Na Warmii cykl życia, pracy i liturgii od zawsze łagodnie przechodził w cykl przyrody. Ale tu też dużo się zmieniło. Jest początek grudnia, pierwszy śnieg jeszcze trzyma, ale prognozy zapowiadają ocieplenie. Pełnia, lecz zima jest szara, nie odbija w niebo światła księżyca. Za kilka dni prognozy zapowiadają dziesięć stopni.
Główny zegar, zegar natury, który regulował wszystkie inne – sam już nie chodzi dobrze. Na koniec pytam właśnie o to.
Małgorzata odpowiada wspomnieniem. O Piotrze Romanowskim, bosonogim rolniku, artyście, który latami bronił warmińskiej przyrody: – Był między. Jeździł do Puszczy, wieszał się na drzewach. Dzięki jego świadomości udało się nam wybronić aleję drzew przy drodze. Wspólnie z ekspertami dotarł do mikroorganizmów, których obecność na tych drzewach obroniła je przed wycięciem. Włączyło się w to lokalne stowarzyszenie. Ludzie zaczęli się interesować.
Skoro Puszcza – to spory, podziały. O migrantów, Tuska i Mentzena. Muszą tu być jakieś.
Wolf: – Są, jak wszędzie indziej. Ale nie we wspólnym śpiewie.
Siedemdziesiąt kilometrów stąd jest granica. Za nią stoją iskandery Putina.
Małgorzata: – Dużo o tym rozmawialiśmy. W ramach projektu „Sztuka w obejściu”, który prowadzimy w sąsiedzkim kręgu, w Węgajtach, Pupkach, Bałągu, Skolitach i naszym Nowym Kawkowie. Pytaliśmy się nawzajem: jak podejść do tej sytuacji? Jak teraz działać? Odpowiedź była jedna: róbmy dobrze swoje.
Zacytowali Havla: „Nadzieja to nie przekonanie, że coś się dobrze skończy, tylko pewność, że coś ma sens niezależnie od tego, jak się skończy”.
I poszły w ruch koła garncarskie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















