Schizofrenia: jak odzyskać życie po kryzysie? Historia powrotu do zdrowia

Anna Grajny o życiu ze schizofrenią: objawy, diagnoza i powrót do pracy. „Nauczyłam się, że ta choroba to nie moja wina”.
Czyta się kilka minut
// Fot. Getty Images
// Fot. Getty Images

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Ten wywiad zaczął się nietypowo: to Pani zadzwoniła do mnie. 

Anna Grajny: Kiedyś pisał pan o kryzysach psychicznych, po tamtej rozmowie pozostał mi kontakt. Pomyślałam, że właśnie teraz mam do opowiedzenia ważną historię. 

O czym ona jest? 

O tym, że nawet z najcięższego kryzysu się wychodzi. I o tym, jak w tym wychodzeniu pomaga praca oraz ludzie. 

Zacznijmy od początku. 

Chyba już w podstawówce mogłam cierpieć na niezdiagnozowaną dziecięcą depresję. Gdy miałam 13 lat, umarł mój tata, z którym czułam się bardzo związana. Byłam w kiepskim stanie, dokuczały mi smutek oraz lęki. Także te szkolne, wtedy związane głównie z fobią na punkcie pisania, co zostało mi zresztą do dorosłości. 

Bałam się, że nie dostanę się do liceum, a w liceum, że nie napiszę matury i nie pójdę na studia. 

Poszła Pani. 

Pierwsze moje studia to była medycyna. Podjęłam taką decyzję z wielu powodów, nie ze wszystkich być może zdając sobie świadomie sprawę. Mój tata umarł przez zaniedbanie systemu opieki zdrowotnej – zarazili go żółtaczką typu C. Dopiero wiele lat po jego śmierci, a także sporo po próbie studiowania medycyny dotarło do mnie, że może chciałam uchronić jakąś dziewczynę przed stratą ojca – ratować ludzi takich jak mój tata.

Niestety, medycyna – jak się okazało – nie była dla mnie. Odpadłam na egzaminie z fizjologii na drugim roku, i wtedy po raz pierwszy wylądowałam na dziennym oddziale psychiatrycznym. „Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś tak cierpiał z powodu studiów” – usłyszałam od pani doktor. 

Ale z pomysłu studiowania Pani nie zrezygnowała. 

Po wyjściu ze szpitala pojechałam do Anglii, by przygotowywać się do egzaminu wstępnego na filologię – postanowiłam startować na japonistykę i anglistykę. Dostałam się na oba kierunki, wybrałam ten pierwszy – anglistów było wielu. 

Na japonistyce poczułam się jak u siebie: lubiana i akceptowana do tego stopnia, że szło mi nawet znienawidzone wcześniej pisanie prac zaliczeniowych. Dramat zaczął się dopiero wtedy, gdy przyszło do pisania pracy licencjackiej. Znowu nawrót pisarskiego bloku, lęki, kryzys. Ale na szczęście chodziłam już do psychiatry, brałam leki antydepresyjne. Zdałam licencjat z pomocą mamy, poszłam na magisterkę. I tu też pod sam koniec było podobnie – blok, lęki, kryzys, urlop dziekański dla podratowania zdrowia. 

Wtedy dowiedziałam się, że jest możliwość wyjazdu na wolontariat do Japonii. Chodziło o możliwość obejrzenia, jak wygląda japońskie rolnictwo ekologicznie. Pojechałam. I tam zaczął się mój największy krach. 

Inny niż wcześniejsze?

Inny i głębszy. 

Pojechałam do Japonii w sierpniu, w najgorszym momencie, bo tam się można w tym okresie roku ugotować. Stres, długa podróż, do tego pogoda i brak snu. W dodatku nie zarezerwowałam sobie pierwszego noclegu po przylocie, więc musiałam spędzić noc na kozetce w kawiarence internetowej.   

Nazajutrz pojechałam do gospodarzy. Gdy po jakimś czasie zabrali mnie na nabożeństwo buddyjskie, a potem na jakiś poczęstunek, nie do końca wiedziałam, co się dzieje i kto co do mnie mówi. To był początek zaburzeń postrzegania rzeczywistości: nie byłam nawet pewna, czy dziewczynki jeżdżące w ramach uroczystości na monocyklach i żonglujące piłeczkami widzę naprawdę, czy są wytworem mojej wyobraźni. 

W pewnym momencie zaczęłam na tej farmie kompletnie odjeżdżać: głośno mówić, śpiewać, tańczyć, robić fikołki na trawniku. To były początki manii, czyli nienaturalnej euforii i pobudzenia, co często jest objawem towarzyszącym schizofrenii

Jak zareagowali gospodarze? 

Uznali, że coś jest ze mną nie tak i może lepiej, bym wracała do domu. Miałam już wówczas problemy ze skleceniem zdania. W dodatku zaczęłam wypisywać dziwne rzeczy na blogu, przez co zaniepokoiła się też moja rodzina. Brat zadzwonił do gospodarzy i używając prymitywnego jeszcze wtedy narzędzia do tłumaczenia sklecił zdanie: „Czy jest Ania? Jestem jej starszym bratem i chcę z nią rozmawiać”. 

Gospodarze przebukowali mi bilet na samolot i odwieźli na stację. W samolocie powiedziałam stewardessie, że jestem latającym ninją – ale dobrym ninją, który nie robi kłopotów. 

Jest taki film „W chmurach”, w którym bohaterka mówi, że dużo ciekawsze od patrzenia w mały telewizorek w samolocie jest obserwowanie ludzi. I tak też robiłam w trakcie lotu do Polski: odwróciłam się na fotelu i obserwowałam pasażerów. Rzucałam też cukierkami w dzieci, zachowując się wesołkowato i dziwnie. 

A gdy wreszcie wylądowaliśmy, na lotnisku znowu tańczyłam. Pamiętam, że klaskali mi celnicy…

Zatrzymajmy się na moment na tych scenach. Co by Pani radziła postronnym świadkom takich albo podobnych zdarzeń? Załóżmy, że osoba będąca najwyraźniej w kryzysie, dziwnie się zachowująca, nie zagraża bezpośrednio ani sobie, ani innym. Co robić? 

Mimo wszystko warto spróbować nawiązać z nią kontakt, poprosić o telefon do kogoś bliskiego. A następnie powiadomić tę osobę, np. krewną, że dzieje się coś niepokojącego. Jeśli zaś to niemożliwe, w sytuacjach ekstremalnych warto zadzwonić po prostu po pogotowie.

Laikowi trudno jest ocenić, czy dana osoba ma psychozę [stan utraty kontaktu z rzeczywistością towarzyszący m.in. schizofrenii – red.], czy może jest pod wpływem środków odurzających – niech to robią fachowcy. 

Wiemy, jak reagować. A jak – z Pani doświadczenia – wygląda najbardziej typowa reakcja? 

Tak jak ta opisana wyżej, w wykonaniu celników: „Upiła się i tańczy, więc jej poklaszczemy”. 

Częsty jest też lęk przed nieznanym? Oswoiliśmy już, zdaje się, depresję, ale schizofrenii chyba jeszcze nie? 

Zgadzam się z tą opinią. Nawet wśród pacjentów szpitala psychiatrycznego osoby ze schizofrenią bywają osobną kategorią chorujących. Ludzie się ich boją, mając być może z tyłu głowy stereotyp: „Usłyszy głosy i będzie latał z siekierą”. 

Ten stereotyp utwierdzają media, seriale, filmy. A my pamiętamy historie w rodzaju mordu dokonanego przez Mieszka R. na Uniwersytecie Warszawskim. Nie zawsze chcemy przyjąć do wiadomości, że osoby chorujące psychicznie nie popełniają przestępstw statystycznie częściej niż osoby zdrowe. 

Jeśli komuś zagrażają, to znacznie częściej sobie niż innym. Ja sama też nie stanowiłam dla nikogo zagrożenia. Za to w tym moim roztańczeniu, euforii mogłam zrobić coś głupiego i dla siebie ryzykownego. Mogłam np. tańcząc wbiec pod samochód. Ludzie w psychozie czasami podejmują też ryzykowne zachowania seksualne, bo np. kobieta może uznać się za „boginię miłości”. Osoba w psychozie może zostać napadnięta, okradziona. 

Wróćmy do Pani historii z czasu kryzysu – tuż po przylocie z Japonii do Polski. 

Do dziwnych zachowań doszły – już w domu – urojenia prześladowcze. Np. wydawało mi się, że akrobata, który jeździł po krakowskim Rynku na rowerze skręcającym w stronę przeciwną do skrętu kierownicy, chce mnie zabić.

Mama pojechała ze mną do Kobierzyna, gdzie przestało być wesoło. Trafiłam na oddział ostry, tam spędziłam prawie trzy miesiące, pierwszy w części ze ścisłym dozorem. Później z kolei oddział rehabilitacyjny, no i jeszcze dzienny – łącznie ponad pół roku. 

Jaką dostała Pani diagnozę?

Schizofrenia paranoidalna. A po wyjściu ze szpitala, już będąc na powrót w normalnej rzeczywistości, dostałam epizodu depresji. 

W lutym 2011 roku wróciłam na studia. Napisałam pracę, obroniłam ją, skończyłam studia. Świat stanął przede mną potworem (śmiech).

Aż tak źle?  

Chodzi mi o lęk, że sobie nie poradzę, np. że nie znajdę pracy. Ale jakoś sobie radziłam. Najpierw były staże, np. w krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, co mi się podobało, no i pasowało do świeżo zdobytego wykształcenia. Potem były jeszcze jakieś staże, aż trafiłam do pierwszej stałej pracy – w biurze tłumaczeń. 

W 2018 roku pojechałam znowu do Japonii. Tym razem z dobrym kolegą, a nie sama, i nie w tak upalnym okresie roku. To było jak wybicie klina klinem. 

Albo jak jazda samochodem krótko po wypadku. 

Początkowo na tym wyjeździe panikowałam, że historia się powtórzy, dlatego skróciłam pobyt. Ale bardzo wiele udało się zrobić: byłam na farmie ekologicznej, trochę pozwiedzałam, spotkałam się z przyjaciółką. I przede wszystkim bezpiecznie wróciłam. 

Po pandemii straciłam pracę. Przez półtora roku byłam na bezrobociu, choć w tym okresie udało mi się też – po dwóch wcześniejszych nieudanych próbach – zdać egzamin na tłumacza przysięgłego z języka angielskiego. 

A co z japońskim? 

Nigdy go nie porzuciłam. Najpierw dla siebie, „do szuflady”, przetłumaczyłam książkę Sawako Ariyoshi „Żona doktora Hanaoki”. Później odważyłam się wysłać ten tekst do wydawnictwa.

Okazało się, że są problemy z dogadaniem się ze spadkobiercami praw autorskich, ale zaproponowano mi tłumaczenie innej książki – „Nocy na kolei galaktycznej” dla dzieci, autorstwa Kenjiego Miyazawy, a potem kolejnych pozycji. Aż wreszcie wydawnictwo dogadało się ze spadkobiercami praw do „Żony…”, więc udało się opublikować i to tłumaczenie, dzięki czemu mój dorobek urósł do pięciu książek. 

I tu zaczyna się historia, z którą Pani do mnie zadzwoniła: historia zdrowienia z pracą, i dzięki pracy. A także dzięki ludziom dookoła. 

Warto wiedzieć coś, czego ludzie nie są zwykle świadomi, jeśli chodzi o schizofrenię. Oczywiście różne są jej rodzaje, różne przypadki, ale często osoby cierpiące na to schorzenie przez lata – a nawet do końca życia – pozostają w remisji, tzn. funkcjonują normalnie, bez objawów. 

Tak jest od ponad dekady ze mną, dlatego całkiem niedawno założyłam działalność gospodarczą, na którą składają się dwa rodzaje działalności – tłumaczenia literackie z japońskiego na polski, a także tłumaczenia przysięgłe z języka angielskiego. 

Co ta praca Pani daje? 

Daje sens. Dzięki niej rosnę, czuję się potrzebna. Nie jest to łatwe, bo wielu zleceń na razie nie mam, a w tych najłatwiejszych tekstach tłumaczy zaczyna zastępować sztuczna inteligencja. Ale idę do przodu, rozwijam się. 

Nie muszę już pracować, jak się zdarzało, poniżej swoich kompetencji czy wykształcenia. Np. przez jakiś czas wykonywałam pracę fizyczno-porządkową. Pracował ze mną chłopak z niepełnosprawnością intelektualną, który wyglądał na szczęśliwego, że może takie czynności wykonywać. Ja nie czułam się na swoim miejscu, a nawet przeciwnie – miałam poczucie, że komuś innemu zabieram miejsce.

Niestety, to nie jest powszechny pogląd, jeśli chodzi o pracę osób po kryzysie psychicznym. Ilekroć natrafiałam na programy aktywizacyjne dla takich osób, oferowano niemal wyłącznie zajęcia typu sprzątanie. A przecież kryzys – także taki jak ten mój, poważny – dotyka ludzi bez względu na ich predyspozycje, kwalifikacje, wykształcenie. 

Teraz, gdy mam zlecenie, czuję moc. I sprawczość, która pomaga mi utrzymać się w zdrowiu. 

Wykonuję coś, do czego się latami przygotowywałam. Jestem potrzebna. Jestem samodzielna.

Co poza pracą najbardziej pomagało i pomaga? 

Bliscy i rozmowy z nimi. Zwłaszcza z rodzeństwem i mamą. Rodzina nie ma podobnych do mnie problemów. Ryzyko, że weźmie się chorobę po rodzicu, a mój tata też cierpiał na schizofrenię, określane jest na mniej więcej jeden do trzech. Jest nas troje, wypadło na mnie. 

Tata pozostaje Pani bliski także ze względu na wspólną chorobę?

Na pewno. Jego przypadek był chyba cięższy, w szpitalu był siedem razy, choć ja tego specjalnie nie pamiętam, bo byłam wtedy bardzo mała. Tata zresztą też po każdym ze swoich kryzysów wracał do pracy – był bardzo cenionym etnografem

A co do żyjących bliskich, siostra jest artystką, rzeźbiarką i ceramikiem, a równocześnie twardo stąpa po ziemi. Można z nią porozmawiać na każdy temat. Też założyła działalność gospodarczą, wiele mi w tej mierze pomogła. Dużo mnie też słuchała.

Z mamą z kolei sporo chodziłam na spacery. Przechodziłyśmy ze sobą wszystkie zakątki parku w Kobierzynie. A potem, gdy już byłam w domu, ale nadal zdrowiałam, też razem wędrowałyśmy. W ogóle spacery, aktywność fizyczna, to jest coś, co bardzo w kryzysie i po kryzysie pomaga. 

A znajomi? Przyjaciele? 

Wiele kontaktów się pourywało, także z mojej winy – bałam się odrzucenia, więc sama zrywałam relacje. 

Ma Pani spory dystans do choroby, to też się przydaje?  

To przyszło dopiero z czasem. Wcześniej choroba była dla mnie tragedią. I źródłem poczucia winy. Myślałam o sobie: złodziejka, pasożyt – że nie mam prawa studiować, pracować, a jeśli to robię, zabieram miejsce innym.

 W akceptowaniu siebie pomagały przyjaźnie, także z osobami podobnie jak ja cierpiącymi. Jedna z moich przyjaciółek miała nawet cięższą sytuację. Jesteśmy dla siebie wsparciem. 

Poza tym śpiewam w zespole wokalnym przy Centrum Kultury i Sportu w Skawinie. I tam też mam przyjaciółki. Śpiewanie było i jest ważne także z tego powodu, że przezwyciężałam w ten sposób lęki przed wystąpieniami publicznymi. Nie mam teraz czasu na inne swoje hobby – fotografię – ale należę do Skawińskiego Towarzystwa Fotograficznego. 

Lubię też prace manualne. Bywa, że dziergam, lepię, rysuję. W grudniu zrobiłam szopkę na konkurs parafialny. W trzy godziny. Patchworkową, z resztek różnych materiałów. Poszły na to podkoszulki i inne części garderoby. Grota betlejemska była z szarych skarpetek, Matka Boska miała niebieski płaszcz i rude włosy zrobione z pociętych podkoszulków.  

Jak się ma wiara do kryzysów? 

Jestem osobą wierzącą i praktykującą. Ale czasem się zdarzało, że to mi nie pomagało. Wkradało się dodatkowe poczucie winy. 

Że?

Że myśli samobójcze, a takie miałam, to grzech przeciw Duchowi Świętemu. I grzech dodatkowy: pychy. Bo skoro chcę się zabić, to dlatego, że uważam, iż zasługuję na lepsze życie, na lepszą pracę – pomimo choroby. Terapeuci, lekarze, mama, siostra – wyciągnęli mnie z tego poczucia, ale ono długo we mnie tkwiło. 

Religia, wiara, może dawać otuchę, ale może też stanowić obciążenie. Wiele zależy od tego, jakich księży się spotka podczas spowiedzi. Ja nie spotkałam takich, którzy by mnie potępili. Ci, na których natrafiłam, podeszli do mnie z empatią i zrozumieniem. 

A psychoterapia?

Była bardzo istotna! Pomogła mi zaakceptować siebie i wyjść z poczucia winy. Biadoliłam, że sama to wszystko spowodowałam. Długo było tak: ja swoje, terapeutka swoje, w końcu zrozumiałam, że to, jak potoczyło się moje życie, to nie moja wina. 

Życie jest piękne? 

Bywa piękne. A bywa, że wracają złe myśli. 

Życie jest piękne, bo…

…bo wciąż może się zdarzyć coś nieprzewidywalnego. Bo można spotkać kogoś, kogo się człowiek nie spodziewa. Bo złe chwile, teraz to wiem, w końcu przechodzą. 

ANNA GRAJNY jest tłumaczką, mieszka i pracuje w Skawinie pod Krakowem. Z japońskiego na polski przetłumaczyła m.in. „Riku i królestwo bieli” Randy Taguchi i „Przeklęty bębenek” Kyūsaku Yumeno. 


Dominika Dudek // Fot. Grażyna Makara

Prof. Dominika Dudek, psychiatra: 

Zdrowienie z tak ciężkiej choroby jak schizofrenia to złożony i długi proces. 

Osoby cierpiące często czują się osamotnione, dlatego tak ważna jest praca i ludzie dookoła. Dzisiaj na szczęście dominuje środowiskowe podejście do leczenia: osoby z psychozą stają się częścią lokalnych społeczności, a w rekonwalescencji pomaga często asystent zdrowienia – to nowy, powołany przez reformę psychiatrii zawód, którego przedstawiciele sami mają za sobą kryzysy, ale w danej chwili czują się dobrze i po odbyciu szkolenia wspierają innych chorych. 

Warto też wspomnieć inicjatywy pozarządowe, które zachęcają do aktywności w kryzysie i po kryzysie – jak słynny krakowski Pensjonat „U Pana Cogito” czy społeczna kawiarnia Zakręcony Pan Cogito.

Ciężka choroba psychiczna nie zawsze pozwala na pełną aktywność. Osoby ze schizofrenią dzielą się tu na trzy zbiory. 

Pierwszą jest grupa, do której należy bohaterka tej opowieści: to osoby, które w remisji żyją normalnie bądź prawie normalnie, pracując w swoich zawodach, zakładając rodziny itd. 

Grupa druga to ludzie, którzy miewają częstsze nawroty, ale są na tyle samodzielni, że nie wymagają stałej opieki. Ich kondycja zdrowotna sprawia jednak, że pracują na niższych niż ich potencjał stanowiskach, w innych niż te wyuczone zawodach. 

Wreszcie grupa ostatnia to osoby ze schizofrenią chroniczną – nierzadko oporną na leczenie, wymagającą częstych hospitalizacji i opieki osób trzecich.  

Niezależnie od tego, do której z grup należy dana osoba, aktywność, poczucie sensu i obecność dookoła ludzi to bezcenne elementy zdrowienia. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Sztuka wracania