Zapomnieliśmy już o pandemii. A nie powinniśmy, bo z jej skutkami mierzymy się na co dzień

Zmieniła nasz stosunek do Kościoła, szkoły i do świata nauki, do zmian klimatycznych, budowania związków i relacji społecznych, do polityki i do prawdy. Szkoda, że tego nie rozumiemy.
Czyta się kilka minut
Warszawska Syrena w maseczce podczas epidemii covid-19. Warszawa, 15 kwietnia 2020 r. // Fot. Piotr Molecki / East News
Warszawska Syrena w maseczce podczas epidemii covid-19. Warszawa, 15 kwietnia 2020 r. // Fot. Piotr Molecki / East News

Minęło pięć lat od wybuchu pandemii covid-19. Patrząc na to, co zaoferowało nam państwo oraz media z okazji rocznicy, można odnieść wrażenie, że wyparliśmy to niezwykłe wydarzenie ze zbiorowej świadomości. Świetnie obrazują to słowa byłego premiera Mateusza Morawieckiego, który w związku z oskarżeniami o organizację tzw. wyborów kopertowych powiedział: „Polskę ominął ten horror triażu, horror selekcji, te masowe groby we Francji, masowe groby w Hiszpanii, grzebanie masowo zmarłych we Włoszech, bo władze lokalne nie nadążały z chowaniem umarłych”. 

Nie chodzi wyłącznie o to, że Morawiecki się myli – patrząc na dane o tzw. nadmiarowych zgonach na koniec 2021 r., czyli po czwartej fali, Polska znajdowała się w niechlubnej czołówce, obok takich państw jak Bułgaria, Rumunia czy Litwa. Pomijam też fakt, że były premier może wierzyć w to, co mówi – jego najbliżsi współpracownicy, z którymi rozmawiałem w ramach prowadzonych w tamtym czasie badań, byli absolutnie przekonani, że Polska przeszła przez pandemię suchą stopą, bo PKB rosło, a wskaźniki „zajętości” łóżek nigdy nie dobiły do 100 proc. Dane o zgonach zostały skutecznie wyparte.

Fałszywa świadomość ówcześnie rządzących nie różni się jednak wiele od tego, jak my jako społeczeństwo postrzegamy tamte dni. Zdołaliśmy skutecznie wyprzeć ponad 200 tys. bezpośrednich i pośrednich ofiar pandemii – w końcu umierali głównie ludzie starsi. Z drugiej jednak strony niewielu jest w Polsce ludzi, którzy nikogo by w tym czasie nie stracili, choćby odległego wujka, znajomego czy sąsiada. Śmierć była blisko. 

Kto potrafił zagospodarować polskie traumy

Jeśli wierzyć różnym wspomnieniom, pierwsze lata po zakończeniu II wojny światowej to również był czas racjonalizacji, a później wyparcia, zapomnienia, odrzucenia od siebie traum. Dopiero z czasem zaczęły pojawiać się dzieła kultury, które opowiedziały ludziom wojnę i określiły sposób, w jaki powinni ją zapamiętać. 

Nie musimy sięgać do tak odległych analogii historycznych. Większość z nas pamięta przecież transformację ustrojową, nawet jeśli przeżywała ją jako dziecko. Wiemy więc, że przez całe lata traumy związane ze zmianą ustroju były wypierane z mainstreamowej pamięci. Żyły co najwyżej w niszach, a pierwszą, w której dokonano próby uchwycenia i nazwania doświadczeń transformacji, stworzył we wczesnych latach 90. XX wieku o. Tadeusz Rydzyk – zdajemy się o tym zapominać, choć był to ważny wkład Radia Maryja w najnowszą historię Polski. Zarazem to właśnie na antenie toruńskiej rozgłośni opowiedziana została trauma migracji stanu wojennego, której przedstawiciele regularnie dzwonili z zagranicy i dzielili się swoimi emocjami w ramach kultowej audycji „Rozmowy niedokończone”. 

Przez lata był to jednak margines, a słuchaczy radia postrzegano jako oszołomów, nierozumiejących logiki dziejów. Podobna reakcja towarzyszyła później Andrzejowi Lepperowi i Samoobronie. Tak naprawdę musiało upłynąć aż ćwierć wieku, by opowieść o ofiarach transformacji weszła do politycznego mainstreamu, za sprawą Jarosława Kaczyńskiego. W międzyczasie pojawiły się oczywiście książki, spektakle czy filmy – bez nich stworzenie nośnej politycznej narracji byłoby o wiele trudniejsze.

Trudno się zatem dziwić, że pięć lat po wybuchu pandemii nie mamy spójnej opowieści. Ani polskie państwo, które jak dotąd nie upamiętniło ofiar, ani świat kultury, który ten temat obchodzi jak na razie szerokim łukiem (z małymi wyjątkami w rodzaju utworu „2021” rapera KęKę), wciąż nie pokazali nam, jak mamy pamiętać covidową traumę. Co jednak nie oznacza, że jej doświadczenie zniknęło – wręcz przeciwnie. Ona jest głęboko zakorzeniona w społecznej podświadomości. Potrzebujemy tylko akuszerów, którzy wyciągną pamięć o pandemii na powierzchnię i nadadzą jej kształt. 

Spadek zaufania do systemu edukacji

Czekając na nich, warto spróbować dostrzec, jak covid-19, a może nawet bardziej lockdowny wprowadzane w celu przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusa SARS-CoV-2 przeorały nasze życie społeczne, gospodarcze i polityczne.

Zacznijmy od edukacji. Nauczyciele i dyrektorzy szkół, z którymi regularnie rozmawiam w ramach różnych projektów badawczych, mówią wprost: pandemia wywołała w polskiej szkole prawdziwą rewolucję. Przede wszystkim należy przypomnieć, że polscy uczniowie spędzili na zdalnym nauczaniu więcej czasu niż ich rówieśnicy w krajach rozwiniętych. W przypadku szkół ponadpodstawowych nauka zdalna trwała u nas prawie semestr dłużej, niż wynosi średnia dla państw OECD. 

Już to miało i ma daleko idące konsekwencje. Jak pokazują przeprowadzone w 2022 r. badania PISA, polska szkoła zaliczyła jeden z największych spadków wyników kształcenia, zwłaszcza w grupach defaworyzowanych. W rezultacie co czwarty uczeń w wieku 15 lat we wspomnianym badaniu nie wykazał się umiejętnością czytania ze zrozumieniem na podstawowym poziomie.

To dopiero początek. Rodzice towarzyszący swoim dzieciom w procesie kształcenia online mogli doświadczyć słabości szkoły na własne oczy i uszy. Nawet ci nieco mniej świadomi, jeśli tylko posiadali zasoby finansowe, zaczęli rozważać przeniesienie dzieci do szkół niepublicznych. Ci zaś, których nie było na to stać, zmienili swoje podejście do szkoły publicznej. Nie twierdzę, że przed pandemią rodzice jej ufali, ale po okresie lockdownu nieufność stała się ustawieniem fabrycznym. Szkoła nie tyle musi dziś przekonywać rodziców, że robi coś dobrze, ale że nie robi wszystkiego źle. Mamy zatem postępującą prywatyzację edukacji, z jednoczesnym zapadaniem się szkoły publicznej, bo w sytuacji braku zasobów oraz zaufania – nie ma mowy o jej prawidłowym funkcjonowaniu.

Narastający kryzys Kościoła

Podobny proces dotknął Kościoła – możliwość śledzenia nabożeństw w domu otworzyła drogę albo do zmiany zwyczajów religijnych, albo do całkowitego porzucenia praktyk, zwłaszcza po tym, jak parafie wróciły do przedpandemicznej normalności. Nie jest w moim odczuciu przypadkiem, że odsetek osób uczęszczających na niedzielną mszę świętą spadł między 2019 a 2022 rokiem z 37 proc. do 29 proc., czyli o jakąś jedną piątą. Nie negując wpływu skandali seksualnych, sama pandemia pchnęła naprzód procesy sekularyzacyjne, co szczególnie mocno dotknęło młodych. Jako pokolenie w zasadzie zniknęli z Kościoła. 

Młodzież ma też – słabsze albo silniejsze – poczucie, że została przez resztę społeczeństwa oszukana. Kiedy inne restrykcje były obchodzone i państwo niespecjalnie przejmowało się ich egzekwowaniem, szkoły zostały zamknięte na amen, a młodzież uwięziona w domach i pozbawiona kontaktów z rówieśnikami. Tyle że nic to nie dało – wobec braku konsekwencji w innych obszarach ofiara młodych okazała się bezsensowna.

Bunt pokolenia Z

Nie powinno być zatem wielkim zaskoczeniem, że młodzi – klasyfikowani jako pokolenie Z – w badaniach sprzed pandemii charakteryzowali się silniejszymi postawami prowspólnotowymi niż ich poprzednicy, a po pandemii stali się w dużym stopniu cynicznymi indywidualistami, dbającymi tylko o swój interes. Wbrew obiegowej opinii, jeśli wierzyć badaniom prowadzonym regularnie m.in. przez CBOS, młodzi mają w głębokim poważaniu zmiany klimatyczne i nie sympatyzują z działaczami Ostatniego Pokolenia. Nie chcą się po raz kolejny samoograniczać – wolą żyć pełnią życia. 

Czują to także liderzy polityczni, którzy wycofują się z ambitnych polityk klimatycznych. Mówiąc nieco ironicznie, Greta Thunberg po pandemii nie zostałaby już gwiazdą mediów. Dziś podstawowe obawy dotyczą technologii, zmian społecznych, lęku przed skutkami niekontrolowanej migracji oraz zagrożenia wojną – niekoniecznie „zielonych” tematów.

Słabną związki, rośnie popularność pornografii

Ma to oczywiście wpływ na postawy polityczne. Wzrost poparcia dla partii takich jak Konfederacja, głoszących pochwałę indywidualizmu, a jednocześnie wytrwale krytykujących wszelkie lockdowny, jak również polityki klimatyczne, wydaje się czymś logicznym. Ma to również przełożenie na inne decyzje; trudno choćby nie dostrzec postpandemicznego tąpnięcia w liczbie zawieranych małżeństw, jak i we współczynniku dzietności. Tak, negatywne trendy demograficzne towarzyszą nam od lat, ale pandemia stała się ich potężnym katalizatorem. 

Nie można również ignorować faktu, że okres zamknięcia nie tylko nie sprzyjał budowaniu związków i relacji społecznych, ale wytworzył też nowe formuły zaspokajania potrzeb. W tym tych seksualnych, i to niespecjalnie służąc prokreacji. Ostatnio w „Tygodniku” ukazał się wywiad z prof. Mateuszem Golą o zjawisku, które sam określam mianem epidemii pornografii

Czasy covidowego zamknięcia miały chronić nas przed jednym wirusem, ale ułatwiły rozprzestrzenianie się innych. Wystarczy spojrzeć na pandemiczny skokowy wzrost przychodów niektórych platform internetowych, by przekonać się, że porno na dobre zagościło w naszych domach i głowach. Także tych najmłodszych, bo jeśli wierzyć badaniom, pierwsze stałe kontakty z treściami pornograficznymi dotyczą dziś już dzieci w wieku 7 lat. To zaś będzie mieć dewastujące skutki nie tylko dla ich psychiki, ale też zdolności do tworzenia trwałych związków, stanowiących podstawową przestrzeń, w której pojawiają się dzieci. 

No dobrze – mamy zauważalne i jak się wydaje dość trwałe zmiany w takich obszarach jak edukacja, podejście do zmian klimatycznych, postawy religijne i polityczne, demografia. Gdzie jeszcze widać inne trwałe skutki pandemii? Pomijając takie kwestie jak modele spędzania wolnego czasu czy wzorce zakupowe, ważnym dziedzictwem pandemii jest też strukturalne podważenie zaufania do nauki oraz wyników badań z jednej strony, a dojście do głosu polityki „zdrowego rozsądku” z drugiej.

Współczesny człowiek, doświadczający coraz większej złożoności świata, próbuje radzić sobie z niepewnością poprzez szukanie autorytetów. Media, w tym zwłaszcza telewizje informacyjne, odpowiadają na to zapotrzebowanie, goszcząc dziesiątki ekspertów wypowiadających się na przeróżne tematy. Nierzadko nie mają oni większego pojęcia o materii, w jakiej się wypowiadają, ale najczęściej nie ma to fundamentalnego znaczenia.

Spada zaufanie do nauki i naukowców

W pandemii, kiedy nagle wiedza stała się istotna, bo kompletnie nie wiedzieliśmy, co robić, opinie ekspertów stały się głównym punktem odniesienia i dla politycznych decydentów, i dla przeciętnego Kowalskiego. Problem polegał na tym, że nawet naukowcy specjalizujący się w tematyce chorób zakaźnych mieli problem z udzieleniem wiarygodnych, kompleksowych odpowiedzi na pytania, które nurtowały odbiorców. Nie był szczególnie zaskakujący fakt, że eksperci takimi odpowiedziami nie dysponowali – wszak wirus był nowy i potrzebowaliśmy czasu, by go rzetelnie zbadać. Frustrujące było co innego.

Przez ostatnie lata świat nauki wytworzył wokół siebie nimb świętości, a naukowcy weszli w rolę proroków obiektywnej prawdy. Ten brak pokory w pandemii bardzo się na nas wszystkich zemścił. Skoro nauka nie dawała satysfakcjonujących odpowiedzi, zaczęliśmy poszukiwać ich gdzie indziej. To otworzyło przestrzeń do popularyzacji różnych teorii spiskowych, upraszczających skomplikowane zjawiska do jednej przyczyny, lub do promocji myślenia „zdroworozsądkowego”. Sprzyjały mu algorytmy mediów społecznościowych, w których prawdą jest to, co się lepiej klika. 

W duchu angielskiego źródłosłowu zdrowy rozsądek – common sense – to taki sens lub logika, które są najbardziej rozpowszechnione. Tyle że prawda się nam nie zobiektywizowała, ale zdemokratyzowała, a i to tylko pozornie – w końcu o powszechności nie decydują użytkownicy, lecz twórcy algorytmów. Nie ma żadnego przypadku w tym, że polityczna rewolucja, którą przynosi nam Donald Trump z Elonem Muskiem, odbywa się pod sztandarem „zdrowego rozsądku”. Skoro pandemia rozmontowała autorytet i nauki, i państwa, które poruszało się we mgle, zakazując ludziom wchodzenia do lasów, droga do rządów technologicznych oligarchów stanęła otworem. 

Demontaż państwa i powrót przemocy

Tak dochodzimy do chyba najpoważniejszej konsekwencji pandemii. Silne wkroczenie instytucji państwa na arenę w 2020 r. otworzyło drogę dla realizacji dwóch scenariuszy. 

Jednym z nich była reinstytucjonalizacja rzeczywistości publicznej i powrót państwa słabnącego wcześniej pod naporem sił globalnego kapitalizmu. W uproszczeniu, instytucje są narzędziem, które umożliwia wyrównywanie szans oraz eliminuje przemoc w relacjach międzyludzkich. Jeśli ktoś pamięta Polskę lat 90., zanim przeszliśmy proces instytucjonalizacji wymuszony wejściem do UE, powinien rozumieć, co mam na myśli. Słabość instytucji skutkuje „Dzikim Zachodem” i „wolną amerykanką”. Jeśli miałbym powiedzieć, co stało się największym plusem integracji ze strukturami unijnymi, to nie byłyby nimi fundusze europejskie, ale cały skrypt instytucjonalny, który ucywilizował nasze relacje wewnętrzne. 

Drugi scenariusz był przeciwny – deinstytucjonalizacja, dalszy demontaż państwa i powrót przemocy na poziomie międzynarodowym, jak i wewnątrzkrajowym.

Na nasze nieszczęście, wygrał ten drugi, po części dlatego, że państwo nie spełniło pokładanych w nim obietnic. W konsekwencji świat zaczął się pogrążać w anarchii i chaosie, a ład instytucjonalny, kojarzony z dziedzictwem zachodniej demokracji liberalnej, na naszych oczach się rozpada. Nie wiem, jak długo stary świat będzie się bronić. Nie przesądzam też ostatecznego wyniku tej rywalizacji, którą dziś najmocniej obserwujemy za oceanem. Mam jednak obawę, że w podręcznikach historii w XXII wieku (o ile świat do tego czasu przetrwa) to właśnie pandemia będzie uznana za jedno z najważniejszych wydarzeń, które fundamentalnie zmieniły pierwszą połowę XXI stulecia.

Autor publikuje w „Tygodniku” od 2022 roku.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zapomniana rocznica