Czym jest depresja wysokofunkcjonująca. Historie zmagań i zdrowienia

Proces leczenia depresji zaczyna się od przyznania przed sobą, że coś jest nie tak. Od uznania, że cierpienie nie musi być spektakularne ani widoczne, by było realne.
Czyta się kilka minut
// Fot. Sashafolly / Shutterstock
// Fot. Sashafolly / Shutterstock

Depresja wysokofunkcjonująca nie odbiera sprawczości ani nie wyłącza z codzienności. Przeciwnie, często długo pozostaje niezauważona, bo osoba nią dotknięta nie myśli o sobie, tylko wciąż spełnia oczekiwania innych.

– Może się wydawać, że żyję jak każdy. Ale ludzie wokół mnie nie zdają sobie sprawy, ile mnie to kosztuje. To, co dzieje się w środku, jest bardzo trudne – mówi 34-letnia Anna, mama dwójki dzieci. Zawodowo zajmuje się zarządzaniem projektami.

Diagnozę depresji wysokofunkcjonującej usłyszała sześć lat temu.

– Każdy dzień dzielę na mniejsze części, bo całość mnie przerasta. Na przykład: odwożę dzieci do szkoły, ogarnę się do pracy, a tam czeka „nagroda”, choćby kawa. Czekam na nią, żeby nie myśleć o ciężarach całego dnia. U swojego psychiatry mówię, że jestem albo w „dniu świra”, albo przeżywam „dzień świstaka”. Nigdy nie wiem, który wylosuję – opowiada.

Życie z depresją nauczyło Annę czujności wobec siebie samej

Anna przyznaje, że przez lata myślała, iż to samo czuje wiele kobiet – przede wszystkim silne, przewlekłe zmęczenie. Nie wierzyła też, że jej samopoczucie może się poprawić.

– Bez względu na ilość snu i odpoczynku, na dbanie o dietę i aktywność fizyczną, czułam się wyczerpana. Pojawiało się też negatywne myślenie: o sobie, o ludziach wokół, o przyszłości. Że nie zasługuję na miłość, na dobrą pracę, na przyjaciół, spokój i szczęście – wylicza Anna.

Objawom towarzyszyło przeszywające poczucie osamotnienia. Mimo że znajomi i rodzina byli wokół, nie czuła, że wiedzą, co się z nią dzieje.

– Ci najbliżsi starają się mnie wspierać, są czuli. Ale pełnego zrozumienia pewnie zawsze będzie brakować.

Lata życia z chorobą nauczyły Annę czujności wobec samej siebie.

– Wiem, że znacznie szybciej może dotknąć mnie wypalenie zawodowe. Nieustannie towarzyszy mi poczucie, że codzienne obowiązki mnie przerastają. Mimo że często jestem w domu, to bywa, że nie mam nawet siły zagrać z dziećmi w planszówkę. To jest dla mnie za dużo. Robię wtedy tylko to, co konieczne: ugotuję obiad, posprzątam, zrobię pranie, przeczytam bajkę na dobranoc. Funkcjonuję na minimum, które dla mnie jest absolutnym maksimum – zaznacza.

Anna od lat jest w terapii i pod opieką psychiatry.

– Nie wyobrażam sobie, żebym wyszła z najciemniejszych momentów bez pomocy. Zrozumiałam też, że to choroba, która będzie mi towarzyszyć być może przez całe życie. Jednak chcę mieć ją na tyle zaopiekowaną, by epizody nie zamykały mnie już w łóżku i nie wyłączały z życia. Cały czas muszę monitorować swój stan – dodaje.

Depresja wysokofunkcjonująca: trudności w diagnozowaniu

W depresji, jaka dotknęła m.in. Annę, chora osoba przybiera maski. Funkcjonuje, jakby wszystko było w porządku, pracuje, sumiennie realizuje obowiązki, bywa zaangażowana i uśmiechnięta. Jednocześnie doświadcza przewlekłego obniżenia nastroju, poczucia pustki, stałego napięcia i emocjonalnego wyczerpania.

– Życie toczy się na autopilocie, bez realnego poczucia sensu, satysfakcji czy ulgi – tłumaczy psycholożka i psychoterapeutka Monika Machnicka.

Szacuje się, że na depresję cierpi w Polsce ponad półtora miliona osób. Spora część z nich zmaga się z tzw. depresją wysokofunkcjonującą.

– Trudność w diagnozowaniu polega na tym, że objawy nie pasują do potocznego obrazu choroby. Taka osoba nie wycofuje się z życia, nie przestaje działać, nawet często się uśmiecha i spełnia oczekiwania innych. Nierzadko też pomniejsza swoje cierpienie. „Przecież daję radę, inni mają gorzej, nie mam powodu, by narzekać” – zauważa ekspertka.

Tymczasem depresja wysokofunkcjonująca to zdradliwa, poważna choroba, bywa że śmiertelna. Zwłaszcza niezauważona może prowadzić do poważnych konsekwencji: – Wypalenia emocjonalnego, zaburzeń lękowych, problemów psychosomatycznych, uzależnień, pogorszenia relacji z bliskimi, a nawet myśli samobójczych – wymienia psychoterapeutka.

Maria: gdy wydarzy się coś złego, czuję się jak najgorszy człowiek na świecie

Otoczenie znało ją jako osobę energetyczną i zabawną.

– Mam gadane, zawsze byłam duszą towarzystwa. Kiedy się posypałam, wiele osób nie mogło w to uwierzyć – mówi 30-letnia Maria, autorka profilu „mariawampowie” na Instagramie.

Na depresję choruje od kilkunastu lat. Przez większość tego czasu była przekonana, że „po prostu tak ma”. Że stany, które jej towarzyszą, są czymś normalnym. Tym trudniej było jej poprosić o pomoc.

– Zdecydowałam się na nią w naprawdę trudnym momencie. Lęki były tak silne, że nie byłam już w stanie funkcjonować – wspomina.

Lekarz postawił diagnozę: depresja wysokofunkcjonująca. Bo Maria dawała sobie radę z życiem i robiła to na pełnych obrotach. Czasami wręcz przyspieszonych, jakby od czegoś chciała uciec. 

– Masz w sobie siłę, która cię pcha. Zadania wykonujesz lepiej albo gorzej, ale jakoś się maskujesz, coś tam przypudrujesz i wszystko idzie dalej. Tylko że w środku jesteś cała zablokowana – przyznaje.

Maria nie potrafiła być sama. Musiała cały czas przebywać wśród ludzi. Bała się nawet jednego wieczoru w samotności. Gdy tylko zapadała cisza, przychodziła pustka, a po niej rozpacz. Żeby ją zagłuszyć, uciekała w scrollowanie telefonu.

– Na potęgę przeglądałam rolki, a ten kolorowy świat sprawiał, że na chwilę odsuwałam niewygodne myśli – tłumaczy.

Myśli, które wracają później ze zdwojoną siłą. Wtedy wewnętrzny krytyk nie opuszcza jej nawet na krok i wszystko wyolbrzymia.

– Jakby cały czas towarzyszył mi oskarżyciel, który tylko czeka na potknięcie, by móc mnie potępić. A gdy coś złego naprawdę się wydarzy, czuję się jak najgorszy człowiek na świecie. Tyle że gdy spojrzę na to z boku, widzę raczej osobę pogubioną, a nie złą – zaznacza.

Ciało daje sygnały wcześniej niż psychika. Jakie są objawy przeciążenia

Depresja potrafi też objawić się somatycznie.

– Ciało odmawia mi posłuszeństwa, jestem senna albo wręcz zasypiam – przyznaje Maria.

Jednak najtrudniejszy pozostaje ciągły lęk. Czasem obecny gdzieś w tle, czasem obezwładniający. Maria podświadomie boi się wtedy kolejnego dnia, dlatego często siedzi do późna, przeciąga wieczór. Poranek jest wtedy bolesny.

– Bywa że ciało sygnalizuje trudności wcześniej niż psychika. Bóle głowy, napięcia mięśniowe, dolegliwości żołądkowe, zaburzenia snu czy spadek odporności są typowymi objawami długotrwałego przeciążenia – zaznacza psycholożka Monika Machnicka.

Maria nie rezygnuje z pracy nad sobą. Uczy się uważności na sygnały ciała i emocje.

– Kiedy widzę, że się przeciążam, wiem, że muszę sięgnąć po wsparcie farmakologiczne. Dzięki dobrej diagnozie mogę się leczyć – podkreśla.

Pomagają jej terapia i wiara. Czasem także najprostsze czynności, notowanie myśli, leżenie na ziemi.

– Wciąż szukam w sobie odpowiedzi na pytanie, jak czuje się człowiek, który jest zdrowy – dodaje.

Beniamin: Długo uczyłem się mówić otwarcie o swoich emocjach

– Mam w umyśle mechanizm zajeżdżania się, więc biorę na siebie jak najwięcej obowiązków. Dokładam kolejne aktywności, żeby wracać późno do domu, bo nie lubię być sam – mówi Beniamin Marcisz, 21-letni student dietetyki. Na depresję cierpi od siedmiu lat.

Jego choroba układa się w fale. Jeśli przesadzi z życiem na pełnych obrotach, przychodzi zjazd.

– Wychodzenie z domu sprawia mi wtedy trudność. Zamykam się w czterech ścianach. Jakbym przeskakiwał między skrajnościami – tłumaczy.

Każdej z nich towarzyszy jednak poczucie samotności. Dobitne i przeszywające.

– Mimo że mam ludzi wokół siebie, często czuję się samotny. Potrzebuję nowych znajomości, bo mam gorszą relację z samym sobą – mówi.

Nawet jeśli wszyscy wokół twierdzą, że Beniamin jest wartościowy, głos wewnętrzny wszystko podważa.

– Nawet gdy osiągnę coś, z czego powinienem być dumny, nie ma we mnie radości. Wmawiam sobie, że to za mało – tłumaczy, dodając, że w najtrudniejszych momentach korzysta z terapii, która pozwala mu panować nad skrajnymi emocjami. Dzięki temu choroba go nie wyniszcza.

O swoich doświadczeniach Marcisz opowiada w internecie.

– Żyjemy w matriksie, w którym najlepiej udawać, że nic się nie dzieje, i siedzieć cicho. To nie jest dobra droga. Ja sam długo uczyłem się mówić otwarcie o swoich emocjach. Dziś lubię rozmawiać o tym, co czuję. Dzięki temu buduję głębsze relacje, za które jestem wdzięczny – dodaje.

Skąd się bierze depresja i rozpoznać jej sygnały

U podłoża depresji leżą m.in. doświadczenia z dzieciństwa (zarówno w rodzinie, jak i w szkole), traumatyczne wydarzenia, przeciążenie emocjonalne. Wielu pacjentów tłumi wtedy swe uczucia, nadmiernie się kontroluje, popada w pracoholizm, perfekcjonizm lub nałogi; zmaga się z natręctwami. Mają one dać – niestety złudne – poczucie kontroli nad rzeczywistością. 

Chory funkcjonuje wtedy kosztem siebie, stopniowo tracąc kontakt z własnymi potrzebami i emocjami. Taka forma depresji ma często charakter przewlekły. I cichy. Towarzyszy nieustannie jak cień. Tyle że z dnia na dzień odbiera coraz więcej.

– Wiele osób nie pamięta już, jak to jest doświadczać lekkości, spontanicznej radości czy głębokiego odprężenia. Depresja zlewa się z osobowością i codziennością – zauważa Monika Machnicka. 

Z jej doświadczeń wynika, że osoby w tym stanie są chwalone za zaradność, obowiązkowość i odporność, co paradoksalnie wzmacnia destrukcyjny mechanizm: „im gorzej się czuję, tym bardziej muszę się starać”. Dlatego tak istotne jest, by nie ignorować sygnałów choroby.

– Zaniepokoić powinny: chroniczne zmęczenie niewspółmierne do wysiłku, trudności ze snem i koncentracją, drażliwość, zobojętnienie emocjonalne, utrata radości z rzeczy, które wcześniej były ważne, a także poczucie, że nigdy nie jest się wystarczająco dobrym – wylicza psycholożka.

Proces leczenia zaczyna się od przyznania przed sobą, że coś jest nie tak. Od uznania, że cierpienie nie musi być spektakularne ani widoczne, by było realne. Wsparciem może być wtedy psychoterapia, która pozwala przyjrzeć się destrukcyjnym schematom. Czasem wskazana jest również konsultacja psychiatryczna oraz leki.

Kluczowe jest jednak, jak podkreśla Machnicka, danie sobie prawa do słabości i świadoma decyzja, że tak dalej żyć nie można i trzeba sięgnąć po pomoc.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 07/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Sam sobie wrogiem